Blog > Komentarze do wpisu
miły miałam wieczór
Obudził mnie świergot ptaków mieszający się z narastającym szumem ruchu ulicznego (przynajmniej nie jest aż tak hałaśliwy jak np. w Rzymie). Nie lubię klimatyzacji, więc przez całą noc moje okno było otwarte, bo ciepło tu jednak, i musiałam się przyzwyczaić, po absolutnej ciszy Renkum, do zasypiania przy dźwięku autobusów.
Wczoraj zamiast podążać za tłumami turystów, oderwałam się bardzo szybko od głównego nurtu i wspięłam po setkach schodków na bardziej tubylczy rejon. Na małym placyku Largo Trinidade Coelho kończył się właśnie mały międzykulturowy jarmark i załapałam się jeszcze tylko na taniec ciemnoskórych nastolatek wyposażonych w staniki z dzwoneczkami i hasających do dźwięków bongo. 
Natychmiast zostałam też zaszczycona przez miejscową faunę, bo nasrał na mnie jakiś ptaszek (nie trzeba stawać na drugi raz pod pomnikiem ciemnoto). Plac był gdzieniegdzie wzbogacony o drewniane krzesła różnych maści i na tych to krzesłach przysiadali sobie tubylcy, małe staruszki i staruszkowie, matki z dziećmi i młodzież.
 Ciągnęło mnie coraz bardziej do odleglejszych rejonów, zdecydowanie w stronę morza, ale się opamiętałam za sprawą chłodnego powiewu (po ponad 28 st. w mieście zadziałał on na mnie trzeźwiąco) i udałam w drugą stronę, w stronę słońca. 
Zaskakująco moje mapa turystyczna, albo i kiepskie poczucie kierunku, złożyły się na to, że w pewnym momencie nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem. Albo jak wrócić do punktu bardziej turystycznego. 
Co robić, wstąpiłam do maleńkiego supermarkeciku i zakupiłam trochę produktów żywnościowych, bo nigdy nie wiadomo czy jeszcze uda mi się dziś natknąć na restauracje. Siedząc na ławeczce na skwerku, który później okazał się być Placa de Principe Real, przeżyłam coś w rodzaju de ja vu. Moim oczom ukazał się bowiem widok iście kalifornijski. Na horyzoncie zamajaczył mi bowiem nie kto inny, ale sam Golden Gate Bridge.

 
Z narastającym podejrzeniem obejrzałam sobie te miejscowe ciasteczka, które zaczęłam wcinać ( a nuż zamiast rośnięcia, u mnie powodują tylko halucynacje), popiłam dużą ilością wody, popatrzyłam znowu, GGB był tam gdzie poprzednio. Potem już w hotelu doczytałam, że w tym de ja vu nie jestem odosobniona i że GG-look-alike nazywa się tutaj mniej romantycznie bo Ponte 25 de Abril. Obejrzę go sobie dokładniej w drodze na Belem. 

Od tego momentu oświecenia droga odnalazła się prawie sama i doprowadziła mój nie tak znowu pusty żołądek w okolice turystycznych atrakcji podniebienia.  Zamiast przytulnej knajpki z fado, żołądek ten zaprowadził mnie to Cervejaria Trinidade, malowniczej restauracji urządzonej w pomieszczeniach trzynastowiecznego klasztoru Najświętszej Trójcy. Wysokie półokrągłe sklepienie w kolorze czerwieni sieneńskiej, żelazne żyrandole na których nie jeden muszkieter by się pobujał, małe stoliczki, wytatuowany kelner przypominający pirata i uparcie mówiący do mnie po portugalsku, były oprawą mojej pierwszej samotnej kolacji. Złożył się na nią pyszny chleb z pastą z oliwek, pół litra wody mineralnej oraz dorsz a la St. Bras, całkiem dobry.

Potem już się zrobiło koło 22, to zaczęłam zmykać w kierunku hotelu. Zbiegłam po setce schodków pomiędzy kafejkami i restauracyjkami rozłożonymi na tych schodkach, pełnymi turystów pochłaniających steki przy dźwiękach nie tylko fado (ale było wreszcie).  Przebiegłam poprzez plac o zapachu czegoś co przywodzi mi na myśl zaniedbanych starszych ludzi lub bezdomnych, dołączyłam na chwilę do rzesz turystów szukających czegoś do pożarcia i w opustoszałym metrze na stacji Restauradores poczekałam na swój pociąg.



Nadjechał wraz z niewidomym artystą/żebrakiem grającym na metalowym kiju i puszce, dobrze mu szło, ale dużo chyba nie zarobił. 
Taki był mój pierwszy wieczór w stolicy Portugali. Dziś już się nie mogłam doczekać kiedy ruszę na podbój innych dzielnic, to wstałam o ósmej (matko moja! ja o ósmej?), pobiegłam na zimną jajecznicę z boczkiem i już miałam wyruszać, kiedy sobie przypomniałam o makbóku i bezprzewodowym internecie za darmo. Miałam sprawdzić tylko pogodę, fesjsbóka i czy muzea są za darmo. Od tej pory siedzę już chyba z półgodziny i wypisuję.

Koniec z tym, lecę lepiej na miasto, zanim skwar stanie się uciążliwy. Tak dużo do zobaczenia, że do zobaczenia! 

niedziela, 23 maja 2010, aniafin

Polecane wpisy

  • 18.01.12

    Dzisiaj przeniosłam się z pracą do domu, bo od kilku dni w naszej otwartej przestrzeni ,w budynku bez barier ciągle wiało mi po nogach, a paluszki przemarzały d

  • szydełko i szaruga

    Nadal nie mogę znaleźć natchnienia, a może po prostu rozleniwiłam się w pewnych dziedzinach. Codziennie po znojnej pracy idę po najmniejszej linii oporu wiodące

  • po obronie

    No wiem, wiem, straszliwie się zaniedbałam. Jeszcze do września dało się to jakoś wytłumaczyć zbliżającą się obroną i naukowo-nerwowym wyczerpaniem umysłu. Choć