Blog > Komentarze do wpisu
nowoczesne oblicze Lizbony czyli power of ocean
A mogło być tak pięknie. Jeśli nie trzeba by było iść do pracy. W poniedziałek rano praca ta oznaczała dla mnie wymeldowanie z mojego przyjaznego hoteliku koło metra i przebycie połowy Lizbony, tym samym metrem, z walizką na kółkach, w poszukiwaniu sztywnego i wyniosłego hoteliska Sana Metropolitan (już sama nazwa zniechęca). 

Trochę się schodziłam głównie wzdłuż ruchliwych ulic otaczających uniwersytet lizboński, szpital uniwersytecki (ścieżka ma wiodła niepokojąco obok szpitalnej kostnicy), przez parę skrzyżowań, na których kierowcy (oczywiście nie wliczam w tę grupę taksówkarzy) nie są już tacy mili jak na starym mieście. 

Ech, grunt że koło dziesiątej już tam byłam, witana przez specjalnie wynajęty komitet, złożony z dwóch zestresowanych portugalczyków w gajerkach. Zestresowani byli bo im komputer się wieszał (no jak mają della to nie dziwota;)), ale starali się zachować twarz, przekręcając wybitnie pisownie mojego nazwiska i na wstępie żądając ponad czterech setek gotówką.

 No to poszłam do bankomatu, na szczęście zadziwiająco blisko był recepcji (co za luksus), a ten mi na to, że więcej niż dwóch stów mi nie da. Pomyślałam, że może taki dziwny mam debet na karcie i się poddałam, gajerkowcom wciskając te dwie stówki na zadatek. Późniejszym wieczorem odkryłam, że limit jest, ale na jednorazową wypłatę z maszyny. Dopłaciłam resztę chłopakom wprawiając ich w jeszcze większe zakłopotanie, bo musięli znowu drukować, przez komputer daleki od doskonałości, kolejną tfu fakturę z bardzo trudnym nazwiskiem. Ufff, wrednam.

Od momentu porzucenia bagażu na jedenastym piętrze z widokiem na czerwoną flagę z sierpem i młotem (super cool) miałam jeszcze trochę wolnego czasu, czasu na niecne turystyczne rozrywki. Wsiadłam sobie do metra, które w Lizbonie mam po prostu "obcykane" i dałam się powieźć przez wysokie i bajecznie kolorowe stacje, linią czerwoną w stronę Orientu. 

Stacja ta umieszczona jest na końcu linii oraz w centrum terenu na którym niegdyś (1998) zorganizowano targi expo pod hasłem "Ocean - dziedzictwo dla przyszłości". Wtedy to właśnie teren ten odpicowano jak się patrzy i do tej pory taki ładny, nowoczesny i kolorowy został. Wygląda imponująco z błyszczącymi drapaczami, artystyczną stacją kolejową, kolorowymi fontannami, w euforycznej bliskości morza, daje niezmierne poczucie przestrzeni i elegancji. 
Taka inna twarz Lizbony, może mniej czarująca i przytulna, a bardziej wzniosła i trochę jakby z filmu science fiction. 



Wędrowałam sobie przez to wszystko zadzierając głowę z podziwu, chłonąc w siebie słońce, wiatr i morze.



Spotkałam nielicznych na szczęście turystów oraz ciekawe i niezidentyfikowane dotąd kwiaty, cudnie kontrastujące ze spokojem wszechobecnej bieli i błękitu.



Chyba obudziło to we mnie duszę poety, ale nie zaowocowało na szczęście nawet jednym sonetem (kto wie, jakbym dłużej pobyła).
W Parque das Nacoes czekała na mnie jeszcze jedna poważna atrakcja, a mianowicie Oceanarium, całkowicie, jak się później okazało, warte tej dychy za wstęp. 
Dużo już tu ostatnio było achów i ochów, niestety pozwolę sobie na jeden kulminacyjny.
Co za cuda tam są niesłychane! Chcecie przykładów?
Oto jedna z grubych ryb, o nazwie Samogłów (Mola mola):



A tutaj inna, najpierw myślałam, że to rzeźba, dopóki nie zaczęła się ruszać:



Konstrukcyjnie wygląda to następująco. W centrum budynku ogromne akwarium w którym pływają niesamowite zjawiska przyrodnicze, z czego rekiny wyglądają zdecydowanie najpospoliciej. Akwarium to można oglądać z dwóch poziomów. W czterech rogach mniejsze akwaria reprezentujące cztery oceany (arktyczny, atlantycki, spokojny i indyjski) i wypełnione po brzegi najcudowniejszą florą i fauną, poprzetykane i połączone z czterema pawilonami ukazującymi stworzenia i utwory ziemne charakterystyczne dla wybrzeży tychże zbiorników, że tak powiem skromnie, wodnych. 
Ciepłe uczucia zwiedzających wzbudziła szczególnie ta oto wydra morska zwana również wydrozwierzem (Enhydra lutris) wcinająca jakieś wodorosty (podobno aby przeżyć w zimnej wodzie musi codziennie zjadać 1/3 swojej wagi!).



Normalnie nic tylko przytulić takiego wydrozwierza :).
Jednym słowem naoglądałam się do bólu i zachwytu, z serca mogę to miejsce polecić wszystkim pokoleniom przyrodników i ludzi ciekawych świata. 
Oraz tym, którzy jeszcze nigdy w życiu nie zetknęli się ze smokami morskimi.



Cuda, dziwy niesłychane. Na szczęście odzyskałam dostęp do internetu (magiczny kod konferencyjny), żeby to wszystko, a raczej próbkę tego wszystkiego, pokazać i opisać.

Na koniec z wrodzoną skromnością przyznam, że dzisiejsza prezentacja poszła mi dobrze i spotkała się z życzliwym przyjęciem nicieniowego półświatka. Teraz mogę sobie siedzieć, patrzeć jak inni się męczą i ewentualnie poszukać nowych, obiecujących naukowych współpracy.

Ale będę tęsknić za moją weekendową Lizboną, jak za wakacyjną miłością oraz idealizować to miejsce na każdym kroku przed oczyma duszy mojej.

Co to była za wyprawa!


środa, 26 maja 2010, aniafin

Polecane wpisy

  • 18.01.12

    Dzisiaj przeniosłam się z pracą do domu, bo od kilku dni w naszej otwartej przestrzeni ,w budynku bez barier ciągle wiało mi po nogach, a paluszki przemarzały d

  • szydełko i szaruga

    Nadal nie mogę znaleźć natchnienia, a może po prostu rozleniwiłam się w pewnych dziedzinach. Codziennie po znojnej pracy idę po najmniejszej linii oporu wiodące

  • po obronie

    No wiem, wiem, straszliwie się zaniedbałam. Jeszcze do września dało się to jakoś wytłumaczyć zbliżającą się obroną i naukowo-nerwowym wyczerpaniem umysłu. Choć