Blog > Komentarze do wpisu
refleksje na koniec doktoratu
Jak to mówią przestarzali doktoranci "time flies when you are having fun", mianem zabawy określając wszystkie lata trudnej, syzyfowej wręcz walki o istotne wyniki i ich sens przede wszystkim. 
Młodzi doktoranci, wygrywający z pędzącym czasem nie używają takich sformułowań. Nie mają na to czasu. 
O wszelkiej maści doktorantach nauk humanistycznych i społecznych nie wspominam, bo oni zwykle są panami swojego czasu, a ich "wyniki" są proporcjonalne do liczby godzin spędzonych w bibliotece i z ludźmi (jako podmiotami badań). Tym ostatnim może statystyka trochę miesza.
Ofiara nauk biologicznych zaś musi się nieźle nakombinować i narobić, także fizycznie. Przy przerzucaniu piachu, pipetowaniu roztworów, wylewaniu pożywek, bieganiu do autoclavu z ciężkimi pojemnikami, podlewaniu kartofli,  etcetera. Musi się nawdychać trujących oparów (fenole, mercaptoetanole czy choćby tak popularny spirytus do spryskiwania stołów) i nadotykać superbakterii odpornych na wszystko. 
Dziesięć razy dziennie dane jej jest przeżywać stan bliski atakowi serca, kiedy to: prążek na żelu ma o 100 kb za dużo (ale to nie możliwe!), na płytce nie wyrosły żadne kolonie (oprócz tych na negatywnej kontroli!), a gen pieszczony od dziesięciu miesięcy jednak nie daje cholernej odporności, czy innego spektakularnego efektu.
 A kiedy wydaje je się, tej naszej ofiarze, że już wszystko gotowe i w ostanich tygodniach kurczącego się czasu daję radę to wszystko spisać i przedyskutować w świetle tysiąca pokrewnych badań i dyskusji (a codziennie dochodzi jeden lub dwa papiery dziwnie blisko powiązane z tematem), trzymając się kurczowo limitu 4000 słów, idąc na słowny kompromis z grupą współautorów (a każdy musi mieć inne zdanie), cenne godziny spędziwszy na wyrównywaniu i dopieszczaniu skomplikowanych ilustracji.... (ufff...), szybko okazuję się, że po naciśnięciu przycisku "submit" wszystko dopiero się zaczyna. 
Efekt jej potu i łez, nieprzespanych nocy i litrów kropelek z melisy, dostaję się właśnie przed oblicza ludzi, którzy przeszli przez to wszystko co ostatnio nasza ofiara już co najmniej parę razy, co zamieniło ich w bezwzględnych cyborgów nauk przyrodniczych, czyhających intelektualnie nie tylko na słowne potknięcia młodego aspiranta, ale przede wszystkim na każde możliwe pęknięcie w spójności doświadczeń.
 Pęknięcie te należy jak najumiejętniej wykorzystać, rozepchać i wyolbrzymić, na koniec proponując miłosiernie powtórzenie doświadczenia z większą ilością powtórzeń, negatywnych jak i pozytywnych kontroli, koniecznie z użyciem nowych, wchodzących ma rynek technik molekularnych (pcr jest już passe), na koniec zachęcając gorąco do re-submitowania dzieła, ewentualnie do posłania go do gazetki o niższych lotach. 
Powiedzenie "nie rób bliźniemu, co tobie nie miłe" nie istnieje w zakresie wyrażeń recenzentów, w imię czystości naukowej oczywiście. Czystość nie równa się sprawiedliwości, co powoduję, że niektórzy starzy wyjadacze nie cofną się przed możliwością opóźnienia (za pomocą dobrych rad i wykrywaczy błędów) publikacji młodego aspiranta z obcego labu, aby niezwykle bardziej drogi ich sercu własny doktorant, studiujący zaskakująco podobny temat, miał czas i okazje, ucząc się na błędach "kolegów" po fachu, ulepszyć swoje wyniki i papier. 
Takie jest życie w dżungli nauk przyrodniczych i nie ma co narzekać i sprzeciwiać się, bo co nas nie zabiję (przede wszystkim chodzi tu o entuzjazm), to nas zahartuje. Im prędzej nas to coś  obedrze z iluzji, tym szybciej zaczniemy postrzegać rzeczywistość, jedyne co jest. 
A chyba o to chodzi w biologii, o to co jest, a wszystkie teorie są tylko drogą do poznania prawdy i nie jest dobrym naukowcem przyrodniczym człowiek o wybuchanym ego, pieszczący swoje zdanie i wizję wbrew wszystkiemu, nie jest nim człowiek wierzący w świat idei i pogrążony w zakrętach swojego umysłu (dobre dla artystów i pisarzy). 
Biolog jest pokorny, nie siłą woli (bo tak należy), ale przez uświadomienie. Całe naukowe środowisko spina się i haruje, żeby mu w tym uświadomieniu pomóc. 
Dawniej, by odnaleźć prawdę i wejść w kontakt w tym co jest, ludzie podążali do klasztorów, samotni, aśramów, szukali mistrzów duchowych, leżeli na gorących węglach, siedzieli w kucki pod dzrewem...
Pojawiła się jednak nowa droga, dostępna dla wszystkich, zwłaszcza inteligentów, bo tym potrzebna jest jak powietrze, mianowicie - świadomie przeżywany doktorat - im dłużej, tym lepiej!
sobota, 27 listopada 2010, aniafin

Polecane wpisy

  • 18.01.12

    Dzisiaj przeniosłam się z pracą do domu, bo od kilku dni w naszej otwartej przestrzeni ,w budynku bez barier ciągle wiało mi po nogach, a paluszki przemarzały d

  • szydełko i szaruga

    Nadal nie mogę znaleźć natchnienia, a może po prostu rozleniwiłam się w pewnych dziedzinach. Codziennie po znojnej pracy idę po najmniejszej linii oporu wiodące

  • po obronie

    No wiem, wiem, straszliwie się zaniedbałam. Jeszcze do września dało się to jakoś wytłumaczyć zbliżającą się obroną i naukowo-nerwowym wyczerpaniem umysłu. Choć

Komentarze
m.tobor
2010/12/08 18:21:22
Prawda to przeprawdziwa i najprawdziwsza!
-
2010/12/12 11:36:05
tak mi filozoficznie wyszło:) - no jeszcze półtora miesiąca i powinno się napisać - kończę ostatni papier, jeszcze inro i dyskusja, już się nie mogę doczekać zamknięcia tego rozdziału mojego życia...