Blog > Komentarze do wpisu
resztki
Już był w ogródku... Magiczna data 1 lutego za pasem, a ja nadal zajmuję się wykańczaniem końca mojego dzieła życiowego. Mam oczywiście wielką motywację, ale w tym tygodniu (oraz w poprzednim) przygniata mnie wielka senność z rana. Szczerze mówiąc to rozkręcam się intelektualnie koło 14, cały ranek spędziwszy na klikaniu z papieru na papier, z referencji na referencje, z mądrej strony na mądrą stronę (z przerwami na fejsbóka). 
Próbuję różnych chwytów: wesołej muzyki, słonecznego koloru na desktopie, litrów zielonej herbaty (skończyłam z kawą;)), mądrości zen, rozmów z kolegami, poczucia winy. Nic. Wystarczy, że popatrze na biało-czarność dokumentu na tle szarości poranka, zaraz dopada mnie przymulenie i wszystkojedność.

Natomiast po południu, gdy już sobie zdążę pomyśleć "ja dziś już nic mądrego nie napiszę", włączają mi się nagle jakieś zwoje i udają zarazy, że ani na chwilę nie przestały funkcjonować. Wtedy olśniona piszę, łączę logicznie kolejne paragrafy, błyskotliwie wynajduję nowe referencje, wyciągam wnioski... A wszystko po to by mą dyskusją generalną zadziwić kiedyś komisję i innych nieszczęsnych czytelników. Już witał się z gąską... 

Potem do końca krótkiego w sumie dnia pracy wyrzucam sobie, że gdybym tak ładnie przepracowała cały dzień, to skończyłabym w połowie krótszym czasie. Z tym postanowieniem zmykam do domu, by serce swe oddać gotowaniu, wytwarzaniu szydłowych potworków oraz przygodom Penny.  Tak to ostatnio wygląda, bardzo powoli zbliżając się do szczęśliwego zakończenia. 

W czwartek za to w ramach rozrywki i odskoczni ucieszyłam swym widokiem drogich kolegów na sympozjum szkoły doktoranckiej - eksperymentalne nauki roślinne. Gościnny mój występ odbył się w Amsterdamie - siedzibie ogólnego zepsucia - i zaintrygował wielu;). Mimo wszelkich związanych z tym nerwów, za każdym razem, kiedy na nowo staję przed ponad setką znudzonych twarzy i po roztoczeniu przed nimi powerpointowych widoków dostrzegam ten błysk zainteresowania (pomieszanego z niedowierzaniem) w oczach, czuję że żyję. Pomaga mi w tym z pewnością sącząca się adrenalina a także próżność własna, która w roli szołmena odnajduję wzmocnienie i satysfakcję. 

Po niespotykanie ciepłym, wietrznym i mimo to spokojnym weekendzie ruszam do roboty.  W tym tygodniu muszę trochę pogonić szefów, żeby wreszcie wzięli się za poprawianie moich ostatnich wypocin. A w ramach bonusu już jutro dostaję przygotowany na prędce (last minute!) występ przed grupą francuskich studentów (o la la!) złaknionych wiedzy o nicieniach.

Je suis un petit papillon avec chocolat :) Sacre bleu!


poniedziałek, 07 lutego 2011, aniafin

Polecane wpisy

  • 18.01.12

    Dzisiaj przeniosłam się z pracą do domu, bo od kilku dni w naszej otwartej przestrzeni ,w budynku bez barier ciągle wiało mi po nogach, a paluszki przemarzały d

  • szydełko i szaruga

    Nadal nie mogę znaleźć natchnienia, a może po prostu rozleniwiłam się w pewnych dziedzinach. Codziennie po znojnej pracy idę po najmniejszej linii oporu wiodące

  • po obronie

    No wiem, wiem, straszliwie się zaniedbałam. Jeszcze do września dało się to jakoś wytłumaczyć zbliżającą się obroną i naukowo-nerwowym wyczerpaniem umysłu. Choć

Komentarze
2011/02/07 09:44:03
Zaiste, nic nie dziala tak motywujaco jak Permar ;)
-
2011/02/07 11:46:22
zaiste Piśku, prawdę mówisz! Bez Permaru to człowiekowi się w dupie przewraca, ale na zesłanie trzeba jednak sobie zasłużyć;)
-
2011/02/07 13:09:24
Rany, ale to byl abstrakt. Pamietam jak sie tam balam chodzic do wucetu.
-
2011/02/07 14:44:43
a widzisz to i pęcherz sobie wyćwiczyłaś;) ale przyjaciół nowych niestety nie zapoznałaś...
-
2011/02/07 16:08:29
Przyjaciol to ja tam mialam od groma - dlatego sie balam chodzic do wucetu :)