RSS
środa, 18 stycznia 2012
18.01.12
Dzisiaj przeniosłam się z pracą do domu, bo od kilku dni w naszej otwartej przestrzeni ,w budynku bez barier ciągle wiało mi po nogach, a paluszki przemarzały do kości. I jak tu w takiej atmosferze pisać. Siłą rzeczy co półgodziny, podczas gdy wena nie zdążyła mnie jeszcze dopaść, przebiegałam się do labu, który z kolei jest cieplutki i jasny i wymyślałam sobie rozmaite zajęcia, żeby tam zostać jak najdłużej. To wszystko nie służy mojemu przepisywanemu na nowo papierowi (jak to kolega wczoraj ogólnie określił "przerabianiu gównianych wyników na artykuł światowej klasy"). Do tej pracy przyda mi się trochę ciepła i skupienia. 
Siedzę więc sobie na fotelu z widokiem na zamarznięty (wreszcie!) ogród, owinięta różowym kocem, z kubkiem rojbosa na parapecie, patrzę na moje wyniki i próbuję wyłapać z tego jakiś sens, oryginalność i przelać to w intelektualne rozważania do TPJ (limit słów 7000, mało). Zobaczymy jak mi się uda.
08:49, aniafin
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 listopada 2011
szydełko i szaruga
Nadal nie mogę znaleźć natchnienia, a może po prostu rozleniwiłam się w pewnych dziedzinach. Codziennie po znojnej pracy idę po najmniejszej linii oporu wiodącej przez kuchnię prosto na kanapę i po porcji amerykańskiego humoru i kryminału, okraszonego czasem holenderską rozrywką z niskiej półki (patrz Oh, oh cherso lub NewChicks) bardzo szybko i niespodziewanie nadchodzi czas zasłużonego spoczynku. Nie czytam, nie piszę, nie tworzę. W porywie inspiracji otwieram dar od Steve'a Jobs'a i zaglądam na ulubione blogi i gazety (Zwierciadło ma bardzo fajny portal, nie powiem). 
Niedawno pomyślałam, że mam jeszcze jakieś zobowiązania wynikające z projektu "12 na 12", podarowałam sobie i tak już lipiec i sierpień i podjęłam pałeczkę od września. Pogrzebałam w bałaganie, znalazłam torbę z przyborami i tak z nudów zaczęłam sobie dziergać.
W wyniku szydełkowania na kanapie powstały dwa produkty: nawiązujący do tematu września "piórnik" (mój akurat dobrze sprawdza się jako ołówkowiec) i październikowe wyzwanie - czyli chustecznik (opakowanie na chusteczki higieniczne). Kolorystyka zupełnie przypadkowo, lub nawet podświadomie nawiązuje do zbliżających się Świąt...


Lecz zanim święta nadejdą pora nam zmierzyć się ze zmierzchem jesieni i coraz częściej występującej szarudze. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa serię genialnych książek o przyrodzie pt. "Razem ze słonkiem" Marii Kownackiej i jedna z nich, która szczególnie wbiła mi się w pamięć miała podtytuł "Szaruga jesienna". Ostatnie dwie niedziele, następujące po pięknych i słonecznych sobotach, były właśnie wybitnie szarugowe, mgliste i zimne. W takie dni fajnie iść sobie na spacer do lasu, który zyskuje nastrój przytulności i jakiejś tajemniczości. W mgliste, szare dni panuje tam prawie idealna cisza zmącona tylko naszym szuraniem. Wszystko wokół pachnie grzybobraniem i opadłymi liśćmi, które w pewnej mierze zastępują słońce. Wokół Renkum mamy przeważnie lasy mieszane, szczególnie dużo dębów, buków i sosen, co zapewnia po drodze całkiem urocze kontrasty.






Uwielbiam jesienne buki. Liście na nich trzymają się wyjątkowo długo i podczas gdy wszystko wokół już opadło, taki buk całkiem dzielnie się trzyma, a intensywność jego barw działa niesamowicie energizująco, prawie jak słońce pod nieobecność słońca.



W ubiegłą niedzielę tak się w tej jesieni "zachodziliśmy", że zaczęło nam się już zmierzchać, a w drodze powrotnej zupełnie szary nieboskłon zaroił się od dzikich gęsi. Resztkami światła i na zdychającej baterii udało mi się przez nagie brzozy uwiecznić jeden gęgający klucz i jeśli wznowią kiedyś edycję "Szarugi jesiennej" to proponuję go tam zamieścić. Mogę nawet wierszyk jakiś dołączyć.





I oto znowu kończy się weekend. Bardzo był miły, muszę przyznać. W sobotę w naszym zaufanym babskim gronie przegadałyśmy i prześmiałyśmy pół dnia w Utrechcie. Jeden z najlepszych aspektów mojej emigracji jest poznanie i zaprzyjaźnienie się z wspaniałymi polskimi dziewczynami. Nic mi lepiej nie ładuję akumulatorów i wprawia w świetny, pozytywny jak spotkania z nimi i nasze "czcze" pogaduchy. 
Lecę teraz pichcić lekką strawę wieczorną (po najedliśmy się niedawno tłustych holenderskich pączków) a następnie dzwonić do stęsknionej mamusi. 
Do następnego!

17:34, aniafin
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011
po obronie
No wiem, wiem, straszliwie się zaniedbałam. Jeszcze do września dało się to jakoś wytłumaczyć zbliżającą się obroną i naukowo-nerwowym wyczerpaniem umysłu. Choć bądźmy szczerzy kiepskie to wymówki (tzw. smoesjes), bo umysł mój przez ten cały czas działał, a tylko jakoś brakowało mi wszelkiej weny i innej kreatywności (poszły one w większości w produkcję nudnej książki). Teraz już z doktoratem w kieszeni, obronioną dumą i zaczynającym się nowym etapem życia akademickiego, czuję, że jednak tej ubocznej twórczości bardzo mi brakowało i uaktywniam oto zaniedbaną strasznie prawą półkulę mózgu. 
A w ramach inspiracji dla siebie i każdego, kto tu kiedykolwiek zajrzy, jedna z TED-talków, o mózgu człowieczym z bardzo osobistej perspektywy:

[ted id=229 lang=pol]
14:00, aniafin
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 marca 2011
Kura całkiem wyjściowa
Przyszła wiosna (to już potwierdzone), a wraz z nią z kurników zaczęło wychodzić ptactwo. Od dawna zaś wiadomo, że kura domowa to przeżytek i mit, a współczesna kobieta zasługuję na lepsze traktowanie. Co powiecie więc na kurę wyjściową?


Jest nieskazitelnie elegancka, wytworna i pełna gracji. Dodatki zawsze wybiera starannie i nigdy nie rozstaję się z ukochaną torebką. Sprawdza się w domu jak i w ogrodzie, choć zawsze zabiegana, znajduję czas na miłą pogawędkę lub sesję zdjęciową.
A jak już z sił zupełnie opada, lubi sobie przysiąść pośród fiołków i naładować puste baterie wprost ze słońca.


Wraz z naszą nową kurą wyjściową cieszymy się panoszącą się wiosną i prawdziwym światem, przy którym ten wirtualny nie postoi. Precz z fejsbókiem! Idźmy do ogrodu!

14:11, aniafin
Link Komentarze (8) »
sobota, 05 marca 2011
Oto małpa proszę pana


Zwierz ten był jak do tej pory najtrudniejszym szydełkowym projektem i nie raz zacięłam się na holenderskim opisie klnąc po cichu. Najwięcej czasu i cierpliwości kosztowało mnie wyrabianie małpich paluszków sztuk 16 (nic dziwnego, że autorka nie poszła na całość). A wyrabiałam je pod presją czasu, bo Aapje był zamówionym prezentem urodzinowym i właściciel już się nie mógł doczekać. Całkiem słodka wyszła z niego istotka, prawda? 
Pozdrowienia z dżungli:)




22:14, aniafin
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 lutego 2011
czarna owca luksusowa
Wspominałam niedawno, że trudno mi się oderwać od szydełka i tworzenia za jego pomocą nowych gatunków zwierząt. Ostatnim moim wytworem jest ta oto Czarna Owca w wersji luksusowej. Choć wygląda jak aniołek, zaprawdę czarny ma charakter i dumna jest niezmiernie, arystokratycznie pobłyskując srebrzysto-czarnym futrem. Biedactwo nie zdaje sobie sprawy, że futro to powstało z włóczki polyestrowo-nylonowej o nazwie "shiny" zakupionej w Zeemanie za jedyne 1.49, dowodząc pochodzenia raczej pospolitego (to dla znawców zeemana). Nie przeszkadza jej to wcale w byciu fotogeniczną:




Czarna Owca Luksusowa powstała według fachowej instrukcji i zgodzę się tu zaraz z autorką, że z włochatej włóczki szydełkuję się koszmarnie i raczej po omacku (musiałam liczyć rzędy dotykowo zamiast wizualnie). 
Czasem warto się trochę pomęczyć dla szczytnej idei tworzenia nowych ras (każdy hodowca mi to przyzna).
11:32, aniafin
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 lutego 2011
wiosenne łapki
To dobrze, że duch w narodzie jeszcze nie upadł. Mimo prawdziwego szwalniczego wyzwania pod patronatem św. Walentego i nawet w obliczu rechoczącego widma lamówki, wzięłyśmy się jednak do roboty i były tego efekty

Po przejrzeniu mojej kolekcji materiałów zakupionych na markecie w Wakikiki po niezwykle okazyjnych cennach (posezonowa wyprzedaż na koniec lata) wybrałam trzy zgrane ze sobą, wiosenne kolory, przełożyłam to w miarę grubą watoliną i połączyłam za pomocą mego japońskiego "Brata" w pikowane łapki (bądź inne podkładki) kuchenne.
Oto co z tego mi wynikło:


A tu parę rzutów z bliska:





Projekt lutowy powstał według tej oto instrukcji, lekko zmodyfikowanej, bo zamiast obszywania gotową lamówką, zastosowałam metodę polecaną przez Marysię. Cięłam sobie paski ze skosu, przyszywałam maszynowo z jednej strony do brzegu, następnie zawijałam na drugą stronę i wykańczałam ręcznie.
Do pikowania wykorzystałam zarówno ściegi proste jak i te bardziej ozdobne, oferowane w bratowym pakiecie.

I choć sztuka szwalnicza u mnie jeszcze w powijakach (co obrazują liczne niedociągnięcia), zabawę miałam przednią i mam ochotę na więcej w przyszłości. Oczywiście jak oderwę się od szydełka:)



09:53, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011
Kotka
Podziwianie Sankowych arcydzieł zainspirowało mnie dnia pewnego do wyprodukowania z resztek dwóch zielonych włóczek tego oto osobnika nazwanego potocznie Kotka. Niezła z niego pokraka, a i ucho ma jedno mniejsze, ale bez problemu wtopił się w tło i dogadał z dotychczasowym zoo. Resztki włóczki się skończyły, więc zmuszona byłam ;) zawitać do starego dobrego zeeman'a i zaopatrzyć się w górę motków w kontrowersyjnych kolorach. Normalni ludzie, stojący w kolejce przede mną, kupowali po 6 motków z jednego koloru. Nic dziwnego, że pani miała rozbawioną minę, gdy wywaliłam jej na ladę dziesięć kłębków, a każdy inny i do reszty absolutnie pasujący. Ciekawe czy nie zaczęła sobie biedaczka wyobrażać nagle sweterka, który z nich powstanie;)
Mam motki, mam zakres szydełek i jak zawsze mam trochę czasu wieczorem na kanapie, kto wie co jeszcze stworzę. Tymczasem tylko tydzień do deadline'u. Jakiego spytacie. O pracy doktorskiej pomyślicie. A gdzie tam! 
Termin ten dotyczy wyłącznie następnego wyzwania projektu 12/12 czyli rękawicy kuchennej w temacie walentynkowym. A więc nie straszne mi lamówki (mam nadzieję), maszyna moim przyjacielem i weekend nadchodzi, a z nim nowe wyzwania...


19:34, aniafin
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 lutego 2011
Kretka czy Kretek
Na cześć wszystkich doktorantów wykańczających swoje wiekopomne dzieła stworzyłam wczoraj tego oto Kretka albo Kretkę (praca naukowa prowadzi do zacierania się różnic między płciami;)). Wszystko tutaj ma znaczenie symboliczne. Fioletowe zabarwienie skóry - od nadmiaru sztucznego oświetlenia; skręt szyi - od patrzenia w górę na szefa zatrzymującego się na chwilkę przy biurku, w celu sprawdzenia postępów; małe, zmarszczone oczki za okularkami - od godzin intensywnego wpatrywania się we własne oraz czyjeś wypociny; różowy nos, łapki i stópki - od przekopywania ton literatury (przynajmniej się nie można pobrudzić).
I chociaż Kretko-Kretkę wymyśliłam w trakcie robienia, to szybko urósł on to rangi symbolu, a potem powiększył grono potworków.
Wciągające to szydło, nie powiem...


A dziś kładę ostatnie szlify na streszczenie i przerabiam dyskusję.
Po południu natomiast zamierzam zapodać francuskim studentom około czterdziestu slajdów z obszernym komentarzem. Sami się prosili, trzeba było się nie wyrywać (podobno sami podjęli inicjatywę odwiedzania okolicznych grup w celu poszerzenia horyzontów).
Najważniejsze, że wróciło słońce, po tygodniu przygnębiającej szarówki, powitało nas niebieskie niebo, spektakularny wschód słońca i śpiew ptasząt wszelakich ( a nie tylko srok). Nawet krety zaczęły wychodzić.
09:53, aniafin
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
resztki
Już był w ogródku... Magiczna data 1 lutego za pasem, a ja nadal zajmuję się wykańczaniem końca mojego dzieła życiowego. Mam oczywiście wielką motywację, ale w tym tygodniu (oraz w poprzednim) przygniata mnie wielka senność z rana. Szczerze mówiąc to rozkręcam się intelektualnie koło 14, cały ranek spędziwszy na klikaniu z papieru na papier, z referencji na referencje, z mądrej strony na mądrą stronę (z przerwami na fejsbóka). 
Próbuję różnych chwytów: wesołej muzyki, słonecznego koloru na desktopie, litrów zielonej herbaty (skończyłam z kawą;)), mądrości zen, rozmów z kolegami, poczucia winy. Nic. Wystarczy, że popatrze na biało-czarność dokumentu na tle szarości poranka, zaraz dopada mnie przymulenie i wszystkojedność.

Natomiast po południu, gdy już sobie zdążę pomyśleć "ja dziś już nic mądrego nie napiszę", włączają mi się nagle jakieś zwoje i udają zarazy, że ani na chwilę nie przestały funkcjonować. Wtedy olśniona piszę, łączę logicznie kolejne paragrafy, błyskotliwie wynajduję nowe referencje, wyciągam wnioski... A wszystko po to by mą dyskusją generalną zadziwić kiedyś komisję i innych nieszczęsnych czytelników. Już witał się z gąską... 

Potem do końca krótkiego w sumie dnia pracy wyrzucam sobie, że gdybym tak ładnie przepracowała cały dzień, to skończyłabym w połowie krótszym czasie. Z tym postanowieniem zmykam do domu, by serce swe oddać gotowaniu, wytwarzaniu szydłowych potworków oraz przygodom Penny.  Tak to ostatnio wygląda, bardzo powoli zbliżając się do szczęśliwego zakończenia. 

W czwartek za to w ramach rozrywki i odskoczni ucieszyłam swym widokiem drogich kolegów na sympozjum szkoły doktoranckiej - eksperymentalne nauki roślinne. Gościnny mój występ odbył się w Amsterdamie - siedzibie ogólnego zepsucia - i zaintrygował wielu;). Mimo wszelkich związanych z tym nerwów, za każdym razem, kiedy na nowo staję przed ponad setką znudzonych twarzy i po roztoczeniu przed nimi powerpointowych widoków dostrzegam ten błysk zainteresowania (pomieszanego z niedowierzaniem) w oczach, czuję że żyję. Pomaga mi w tym z pewnością sącząca się adrenalina a także próżność własna, która w roli szołmena odnajduję wzmocnienie i satysfakcję. 

Po niespotykanie ciepłym, wietrznym i mimo to spokojnym weekendzie ruszam do roboty.  W tym tygodniu muszę trochę pogonić szefów, żeby wreszcie wzięli się za poprawianie moich ostatnich wypocin. A w ramach bonusu już jutro dostaję przygotowany na prędce (last minute!) występ przed grupą francuskich studentów (o la la!) złaknionych wiedzy o nicieniach.

Je suis un petit papillon avec chocolat :) Sacre bleu!


09:28, aniafin
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 lutego 2011
zdrowe myślenie
Mogę napisać ten doktorat, niezależnie od tego jak mi się nie chce.
16:16, aniafin
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 stycznia 2011
zabawy z wołem
W ramach akcji "Kulinarna sobota", postanowiłam dziś stawić czoła wołowinie. W obliczu przyrządzania tego cennego dietetycznie mięsa, dopada mnie zawsze nieopisana trema. Steki mi wychodzą raczej nietęgie, a smażone tatary to tragedia już raczej nie do opisania. Od czasu do czasu udaję mi się jednak krowę, lub jej kawałek, sprawnie udusić. Zdaję sobie sprawę, że mięsko zakupione w albertheinie i to w promocji jest wyzwaniem nie małym. Ale co tam, do dzieła!, w jakieś 3-4 godziny coś z tego może wyjdzie. 
Najpierw przekopałam trzy holenderskie książki kucharskie, które mąż mój w wianie chyba dostał;). Zauważyłam przy tym, że jedna z nich do wszystkich mięsnych straw dodaje goździki. Hmm, posłuchawszy jej jeden jedyny raz, ugotowałam kiedyś grochówkę na tłustej wieprzowinie i goździki jej raczej nie pomogły. Zmieniłam szybko książki i zaczęłam gotować...
2 łyżki musztardy francuskiej wymieszałam z solą i pieprzem, i w tak przyrządzonej paście wytarzałam pół kilograma kawałków wołowiny raczej nie najlepszej jakości. Odstawiłam to na bok, niech się przegryza (10 min):



W tym czasie pokroiłam dwie małe cebule, jedną dużą marchew i cztery małe pomidory jak na załączonym obrazku:



W grubościennym, ciężkim garnku z pokrywą rozgrzałam dobrze olej ryżowy (Rice Bran Oil, podobno wyśmienity do smażenia mięsa, bo ma wysoką temperaturę spalania a przy tym wysokie wartości odżywcze) i wrzuciłam kawałki woła:



Jak już się zrumienił ze wszystkich stron, wywaliłam mięso na talerz, zmniejszyłam ogień i wrzuciłam przygotowane warzywa, smażąc wszystko aż do zeszklenia cebuli:



Czas na coś mocniejszego:) Dużo mnie to wysiłku fizycznego oraz walki duchowej kosztowało, ale udało mi się otworzyć wreszcie wino przywiezione kiedyś z pięknej Portugalii i odżałować pół szklaneczki (syropu na kaszel dodawać raczej nie polecam):



Pół szklaneczki wylądowało w garnku z warzywami:



Po dokładnym wymieszaniu warzyw z winkiem oraz z wszystkim, co przykleiło się do dna garnka w wyniku smażenia mięsa w musztardzie, do pijanej gromadki dołączyło mięso, parę liści laurowych oraz tymianek.



Całość przykryłam ciężkim wiekiem i dusiłam przez około 3 godziny (bo tak radził mi AH na opakowaniu od wołowiny) albo do wyczuwalnej miękkości. Co jakiś czas przewracałam mięso i sprawdzałam poziom płynów. Pod koniec duszenia, potrawa wyglądała tak oto:



Jak już się to udusi, to można wyjąć mięso, sos doprawić solą, pieprzem, a nawet lekko kwaśną śmietaną. Sos ma lekko kwaśny,lekko winny smak, tymianek zdecydowanie dodaję mu uroku. Podać to wszystko można z ubitymi na puree ziemniakami albo ze stamppot'em (fajna sprawa, takie przemycanie warzyw w ziemniakach). Teraz musimy to jeszcze tylko zjeść...
16:07, aniafin
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 stycznia 2011
zabawy szydłem
Po intelektualnych znojach dnia zwykłego, nie ma to jak usiąść sobie zwyczajnie i zabawić się z szydełkiem;) Jak już dojdzie się do wprawy, można to efektywnie nawet połączyć z oglądaniem głupot w telewizji. I tak jakieś trzy, może cztery ostatnie, dość skrócone wieczory (praca do późna, a jeszcze później radosne pedałowanie do domu), spędziłam sobie cichutko, licząc ściegi i śmiejąc się (lub drżąc) pod wpływem serialowych wrażeń. Owocem tego romansu, albo może lepiej nazwać go trójkątem (bo kanapa-szydełko-telewizor), jest ten oto zielony i wręcz rachityczny królik. 



Zieloność jego wynika bezpośrednio z koloru jedynej jako takiej włóczki, którą znalazłam w artystycznym bałaganie obok kanapy.
Rachityczność zaś spowodowana jest cienkością tej włóczki (za cienka) połączoną z grubością szydełka (za grube). W wyniku tej ryzykownej kombinacji i w miarę dowolnej interpretacji wzoru z tego oto, komercyjnie dostępnego źródła powstał Koosje (czyt. koosie albo kusie). No kuso to on bez wątpienia wygląda. I wygodzą z niego trochę wnętrzności, ale można wepchnąć z powrotem (palcem lub szydełkiem).  Jednym słowem królik nieidealny, budzący litość nawet w najbardziej zatwardziałym sercu. I takie właśnie powinny być zabawki.
08:59, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 26 stycznia 2011
poly-anna
Księżyc jakoś schudł ostatnio i od razu poprawiło mi to humor;). Może sobie tylko wmówiłam tę pełniową insomię, ale co tam, romantycznie jest się tak zidentyfikować z wilkołakami i lunatykami. Najważniejsze, że przeszło i że w ostatnię spało mi się upojnie. 
Niesamowite, ale dziś w drodze do pracy było prawie sucho! Następny powód do dumy, bo ostatnio chrzciło nas w każdą stronę, zacinając po buziach. Ducha mego podnosi również fakt, że o wpół do ósmej widać już pierwsze oznaki wschodu słońca. Nasza ciemna ścieżka zaczyna się przez to rozjaśniać, świat nabiera kolorów i kształtów. Poza tym idzie wyż, z wyżem słońce, ze słońcem życie ;).
Mimo, że mam do skończenia materiały i metody do ostatniego rozdziału, dziś zdecydowanie jestem w pozytywnym nastroju godnym samej Pollyanny. I z tej radości ukończę może wreszcie królika.

I jak to powiedział Raj, po zażyciu ciasteczek z canabis:

"If I could speak the language of rabbits, they would be amazed and I would be their king... I would be kind to my rabbit subjects... at first.... One day, I hold a great ball for the President of France, but the rabbits don't come. I'm embarrassed so I eat all the lettuce in the world.. and make the rabbits watch."  (TBBT)


12:11, aniafin
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 stycznia 2011
no to podkładam świnię
Chcecie świnię, oto świnia! 


Chętnie państwu łapę poda, nie chce podać? A to świnia.
Zdradzę tylko, że wkrótce pojawi się u jej boku pewien zając, bo dziergam go na szydełku już trzy wieczory, tak, że potem śni mi się po nocach.
A poza tym padam, bo od paru nocu cierpię na poważną insomię. Wpływ faz księżyca czy coś, fakt, że siedzę potem cały dzień w pracy i ziewam okrutnie. Ostatniej nocy udało mi się jednak przespać kilka upojnych godzin (po szklance ciepłego mleka i paracetamolu o 1 w nocy). Jakie to niesamowite uczucie móc spać, po tym jak się przez jakiś czas nie mogło. Wtedy uświadamiam sobie "Jak ja uwielbiam spać:)". Mała rzecz a cieszy.
Głębokich snów Wam życzę!



20:38, aniafin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 stycznia 2011
niebieski
Poniedziałek był to smutny, przygnębiający i całkiem niebieski. Tak pisały gazety manipulując przy tym zbiorowymi emocjami. Nawet prezes MacJabłka poszedł na chorobowe, tak się biedak przejął, że jego jabłka wezmą i zmienią kolor na niebieski. A to by było po prostu nieeleganckie. Niech mu tam zdrowie lepiej powróci, inaczej zawieszą nam suport makbuków i się nie pozbieramy wirtualnie.

Mimo, że jeszcze rano o poniedziałkowej depresji nie wiedziałam, to jednak intuicyjnie wydłużyłam swą słodką drzemkę o godzinkę. Wymówki świetnie działają wstecz. I nie ma to jak poprawiający humor sen sprawiedliwego. 
Następnie znerwicowanym jelitom zadałam trochę błonnika, z sentymentem obejrzałam 10 minut "Podróży za jeden uśmiech" i już całkiem zrezygnowana popedałowałam do roboty. 
W ogólnej depresji przeszkadzały mi w tylko endorfiny wydzielane w podróży pod górkę. No i w pracy czekała na mnie decyzja wice-dziekana o dopuszczeniu mnie do robienia doktoratu, który właśnie kończę. Widać, prawo też działa wstecz. 
W radości mej wielkiej chyba bym już zupełnie zaprzepaściła niebieskiego poniedziałka - gdyby nie życzliwe gazety internetowe. Podejrzewam, że ten dzień wymyślili jacyś leniwi Brytyjczycy, którym akurat lało na głowę (jak zresztą zawsze), kac męczył po niedzieli i do pracy się nie chciało.
Aby być bardziej wiarygodni podali nawet matematyczną jakąś formułę:

\frac{[W + D-d] T^Q}{M N_a}    

Dla ciekawych podaję parametry: W-pogoda; D-dług; T- czas od świąt; Q-czas odkąd nawaliły noworocznę postanowienia; M- niska motywacja; N-poczucie potrzeby działania.
Aha! Ale sobie wymyślili. Na matematyce się nie znam, ale śmierdzi mi to na odległość i odrzuciła bym im ten papier szybko.

Jakie szczęście, że jakiś brytyjski tabloid powiedział nam co w takiej sytuacji zrobić. Zgodnie z instrukcją już od rana w niebieski poniedziałek:

1. wydajemy trzy funty na cele dobroczynne (kupiłam sobie za to kanapkę)
2. partnerowi wysyłamy wiadomość miłosną, najlepiej przez twitter (?) ( a ja na fejsbóku mego ukłułam to chyba wystarczyło)
3. śpiewamy pod prysznicem = producja oksytocyny (znam chyba lepsze sposoby, ups)
4. w dłoniach ściskamy kubek z gorącym napojem ( u nas trzeba codziennie, bo zimno w radixie)
5. siadamy z prostym kręgosłupem (poszłam więc na yogę)
6. spożywamy sobie zieloną fasolę  na surowo (magnez!) albo dropy (bleh)
7. tańczymy=endorfiny (wybrałam rower)
8. chodzimy po pracy na boso=nowe wrażenia stopowe=ekstaza (po pierwsze zimno, po drugie grzyby)
9. oddajemy się flirtom, bynajmniej nie z partnerem (no dobra, zapytałam zgreda jak tam weekend minął, przynajmniej jemu poprawił się przy tym humor)
ufff, jeszcze nie koniec...
10. stawiamy sobie kwiatki na stole, tak aby zaraz po przebudzeniu na nie wpaść, szczególnie jak jesteśmy rannymi ptaszkami (jak nie jesteśmy to będziemy przewracając wazon) ; można je zastąpić świecami aromatyzowanym (mam jedną, nazywa się "Samotność" i pachnie melancholicznie)
11. Słuchamy śpiewu ptaków (ciekawe czy sroka się liczy?)
12. a dzień kończymy zapiskiem w dzienniku,

co niniejszym czynię, szkoda że we wtorek. Ale wczoraj już naprawdę nic mi się nie chciało, po tych poniedziałkowych ekscesach...

Ale za to skonstruowałam nowe stworzenie, smutne jako ten poniedziałek.



22:24, aniafin
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
gryzoń


W ramach akcji 12/12, wykonałam częściowo (bo to nie było moje ostatnie słowo) projekt styczniowy. 
Reprezentuje go Mister Styczeń - czyli umięśniony Wilhelm.

A taka była instrukcja wykonania tej wielce ekologicznej zabawki z li i jedynie jednej starej rękawiczki. Ze skrawków filcu powstał kubrak, a nos ma za zadanie przynosić szczęście. 

No, to jeszcze sobie coś chyba uszyjemy...


20:48, aniafin
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 stycznia 2011
leje
Leje i leje. No jak można tak długo lać!?
Od razu mi się przypomniało, jak w pewien letni przedświt w Pikutkowie, kiedy to jeszcze dzieliłyśmy jedną sypialnie z naszą rodzicielką i zwykłyśmy spać przy otwartym oknie, wychodzącym na schody prowadzące na ganek, obudziło nas monotonne jakieś marudzenie. Okazało się, że na schodach przysiadł jeden z sąsiadów, który zatrudniał się u nas od czasu do czasu do prac różnych (czyli był tak zwanym freelancerem) włączając w to wyrzucanie gnoju, sprzątanie chlewików, rąbanie drzewa itp. 
Tego dnia był z naszą mamą umówiony na rano w sprawie jednej z takich robótek. Sąsiad ten jednak, nazwijmy go panem W. słynny był z niemal w całej wsi, z tego, że wstawał codziennie o 4 nad ranem i zaczynał się krzątać. Sprzątał, malował, prał, uprawiał ogródek po czym pewnie chodził spać z kurami.  
Do nas też pan W. przyszedł z samego rana, swojego rana. Przysiadł sobie więc na tych schodach i rozpoczął swoje zawodzenie: "No śpią i śpią, no jak tak można tak długo spać...Ech.. No śpią i śpią..." Mama  na początku uparcie ignorowała chłopaka, udając, że chrapie i myśląc, że się może zniechęci. Ale w końcu to ona się zniechęciła szybciej i wstała, bojąc się za pewne utraty cennego pracownika (reszta tzw. freelancerów nadawała się do użytku raz na tydzień i tylko do 13).
Pan W. szczęśliwy, świnki szczęśliwe, mama niewyspana.

Powtarzam więc temu deszczowi, co to uczynił mnie ociekającą z rana: "No leje i leje, no jak można tak długo lać..."
Może się zniechęci.

A tymczasem zapuszczam sobie stary teledysk z genialną choreografią, na pocieszenie.



13:35, aniafin
Link Komentarze (4) »
środa, 12 stycznia 2011
czas przez palce
Dzień dzisiejszy rozlazł mi się okropnie, mimo dzielnego zerwania się z wyrka o 5:30. 
Mąż mój jedyny łapał samolot do hameryki o 11 ze szhiphola i trzeba go było odprowadzić na przystanek, żeby na pewno wsiadł. Wsiadł. Teraz wisi gdzieś  w połowie drogi między Chicago a słonecznym rogiem kalifornii. 
A ja po powrocie do pustki mieszkania zdecydowałam, że za wcześnie na pracę i tak to do mniej więcej 8:30 czytałam co popadnie w necie, czekając na wschód słońca. Jak już dotarłam do pracy w połowie kolokwium (nie opłacało się już tam wpadać), to szef powitał mnie słowami:
 "Czy z racji nieobecności twojego męża mam teraz dzwonić co wieczór o dziesiątej i przypominać ci, że masz iść już spać?". W chwili słabości zdradziłam mu bowiem, że podczas słomianego wdowieństwa mój rytm ulega rozregulowaniu, w związku z czym spoczynek nocny przesuwa się między 2 a 9. Taka już moja sowia natura. A szef mój jest raczej ptaszkiem rannym (hmm, skądś to znamy), to się chyba nigdy nie dogadamy.
W pracy zaś same rozproszenia, bo to kawa, luncz, znowu kawa, zagubieni studenci, hałaśliwe sekretarki, facebook, stary zgred łapiący kontakt wzrokowy. I tak że coś tam napisałam.
 No ale o 15 byłam już umówiona na kolejną kawkę i to raczej poza pracą. Jechałam tam z mocnym postanowieniem, że potem już wracam do domu i piszę.
Wróciłam z lekka przemoczona (zimowa kurtka zdaję się puszczać na szwach) i do lekko zimnego domu (ogrzewanie chyba się przestawiło). No i jak tu w takich warunkach pracować?
No to zjadłam sobie trochę warzyw i owoców (dieta odkwaszająca), ale że poprawiłam to resztką pringelsów i wafelków, to i tak pewnie nie miało to sensu.
W czasie trawienia potrzebowałam paru sitkomów, co mnie natchnęło do zadzwonienia do mojej chorej siostry i omówienia wszystkich przypadków, rozwodów, ślubów, porodów i czego tam jeszcze w rodzinie i poza nią. Lubię te nasze rozmowy na podniesienie serc:). Fajnie mieć taką siostrę. (koniec sentymentów)
Szesnaście godzin i tysiąc kliknięć później mam: 
a. napisany jeden mały paragraf dyskusji więcej
b. znajomych i rodzinę opplotkowanych dwa razy
c. plany na weekend
d. powierzchowną wiedzę z zakresu chorób wewnętrznych (nawet nie pytajcie dlaczego)
e. zmokniętą odzież
d. pustawy żołądek

Czy można to jednak nazwać zmarnowanym dniem?

22:20, aniafin
Link Dodaj komentarz »
licytacja
Zostały jeszcze tylko dwa dni aby załapać się na licytację, a w jej rezultacie nawet i kupno przecudnej makatki i dzieła sztuki popełnionego przez Marysię i zaprzyjaźnione artystki.
Pieniądze wesprzeć mają WOŚP, czyli w tym roku dzieci z chorobami nerek i układu moczowego.
Tak oto wygląda to dzieło, w które zaangażowały się liczne talenty, serca, oraz niezrównane ręce Marysi:



Zainteresowanym radzę czym prędzej kliknąć na poniższe serducho i walczyć do upadłego portfela :)




Powodzenia!
07:03, aniafin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 stycznia 2011
nowa droga
Po kilku długich tygodniach i ponad 2000 kilometrach transportu wyłącznie samochodowego, zrobiło się na tyle szorstko i ciepło, że zdecydowaliśmy się wziąć za siebie i chwycić za rowery, wyrabiając normę dzienną 8 km w te i we wte. 
Pierwszy dzień - zadyszka i brodzenie w ciemności. Nasza wspaniała bowiem gmina zdecydowała się ulepszyć życie rowerzystom poprzez poprawę bezpieczeństwa i przez ponad dwa miesiące (od sierpnia do listopada) przerabiała główną drogę z Renkum do Wakikiki z 80 km/h na 60 km/h. 
Narobili się chłopaki, ulepszyli ścieżki i skrzyżowania, nanieśli wysepki, powycinali drzewa, znaków nastawiali. Wszystko po to by jeździło się nam jak w raju. 
Niestety przy okazji i prawdopodobnie celowo (cel ten jednak pozostanie dla mnie tajemnicą) usunęli prawie wszystkie latarnie uliczne. Po wielkiej tej modernizacji jeździmy my sobie prawie po omacku, co chwilę tylko oślepiani przez kolejne samochody z przeciwka i nie możemy wprost doczekać się wydłużającego się wprost z każdym dniem dnia. Ech, byle do wiosny. Dziękujemy ci gmino Renkum.
20:54, aniafin
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
filcowe opakowania
W ramach rękodzieła przypomniało mi się, że kiedyś popełniłam dwa filcowe, kolorowe pokrowce. Trochę się już przeterminowały, a jeden nawet sprezentowałam w ramach panieńskiego podarku, ale skoro od dziś poważnie biorę się za dłubanie, to wrzucę i to, jako część dorobku.

Na pierwszy ogień pójdzie pokrowiec na płytę CD, moją własnoręczną kompilację piosenek o miłości, która miała za zadanie umilić mojej przyjaciółce ostatnie dni panieństwa oraz roztaczające się przed nią dni małżeńskiego szczęścia.

Oto jedna strona medalu, nawiązująca do miłości:



A tutaj druga strona, poruszająca temat świetlanej przyszłości obdarowanej osoby w kraju wiatraków:



A jak już się wtedy rozpędziłam, to udłubałam (bo dłubanina to była) pokrowiec na aj-poda, co by nie wyglądał tak makowo i nowocześnie, a wręcz odstraszał wszelki wzrok pożądliwy za pomocą łat:




A tak wygląda jeszcze od tyłu:



Po kilku miesiącach używania stwierdzam, że opakowanie to, wprawdzie miękkie i kolorowe, ale do zbyt wygodnych nie należy. Chyba mi się wysoka technika z miękkim rękodziełem niezbyt pokochała.

To by było na tyle. A teraz wracam do dyskusji.

16:49, aniafin
Link Komentarze (4) »
kraftowanie
No to zmieniliśmy trochę wystrój. Ponieważ blox daję wybór tylko między zastosowaniem gotowych szablonów a majstrowaniem w CSS (upierdliwa sprawa dla laików bez graficznego interfejsu), to ostatnio przerzuciłam się na tzw. szablony użytkowników. 

Szczególnie do gustu przypadły mi niezliczone dzieła KateMac (szablonykatemac.blox.pl), chciałabym być taka zdolna.
Jeden z nich stał się właśnie podporą mojego bloga. 

A mówią, że nie szata zdobi człowieka. Człowieka może nie, ale blogi za to bardzo.

Niniejszym przystępuję do następującej twórczej akcji:

Marysia z Baju-Baju postanowiła wziąć się za nowe rękotwórcze wyzwanie - 12/12, mające na celu tworzenie co miesiąc małego, rękodzielniczego projektu, opartego na instrukcjach znalezionych na innych blogach. W ciągu zaledwie jednego dnia udało jej się skrzyknąć inne kraftłumenki (albo aspirantki do tego tytułu, takie jak ja), urządzić głosowanie na projekt stycznia (hej, a może za rok wydałybyśmy kalendarz!), i po weekendzie dzieło zostało demokratycznie wybrane.

Założony w tym celu blog, mający za zadanie prezentowanie instrukcji i tego co z nich każdemu wyszło można obejrzeć klikając na poniższy banner:


No to do roboty panienki.
Jak już się uporam z naukowym bajdurzeniem, to pobiegnę szukać skarpetek albo i rękawiczek :).
10:05, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 stycznia 2011
nadzieja
Czas wybudzić się z zimowego snu. Przezwyciężyć lenistwo i kłopoty z zatokami. Samochód zamienić na rower, a telewizor na choćby maszynę do szycia. Czas wziąć się w garść i skończyć ostatni rozdział doktoratu, aby pojawiły się jakieś nowe horyzonty i wyzwania. Moje życie prosi się o kopa i o natchnienie. Moje noworoczne postanowienie, to być czujnym każdego dnia, mniej myśleć, bardziej być, w tu i teraz, które jako jedyne istnieją naprawdę i namacalnie. Marzy mi się w każdej chwili wrażliwość, taka, jakiej doświadcza się spoglądając pierwszy raz w życiu z górskiego szczytu na drogę, którą właśnie pokonaliśmy i wszystko w dole. Zanim jeszcze włączy się nam myśl i interpretacja widoków. Marzy mi się "quiet mind", o którym mówili Krishnamurti i Dalai Lama, jasność w postrzeganiu i dziecięcy zachwyt tym co jest. 
Tymczasem za oknem zięby i czyże z niezwykłą czujnością opróżniają karmnik, z gleby wychodzą krokusy, a nawet pierwsze tulipany, nic sobie nie robiąc z realnego zagrożenia mrozami. W końcu wczoraj było aż +11, powiew iście wiosenny, do tego stopnia, że nawet leszczyna już zaczyna wyglądać inaczej. 
W moim sercu kiełkuje nieśmiała nadzieja na wiosnę.



Zdjęcie zrobione w kwietniu 2005 roku przedstawia widok z Keukenhof na pobliskie plantacje tulipanów.
12:50, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 listopada 2010
refleksje na koniec doktoratu
Jak to mówią przestarzali doktoranci "time flies when you are having fun", mianem zabawy określając wszystkie lata trudnej, syzyfowej wręcz walki o istotne wyniki i ich sens przede wszystkim. 
Młodzi doktoranci, wygrywający z pędzącym czasem nie używają takich sformułowań. Nie mają na to czasu. 
O wszelkiej maści doktorantach nauk humanistycznych i społecznych nie wspominam, bo oni zwykle są panami swojego czasu, a ich "wyniki" są proporcjonalne do liczby godzin spędzonych w bibliotece i z ludźmi (jako podmiotami badań). Tym ostatnim może statystyka trochę miesza.
Ofiara nauk biologicznych zaś musi się nieźle nakombinować i narobić, także fizycznie. Przy przerzucaniu piachu, pipetowaniu roztworów, wylewaniu pożywek, bieganiu do autoclavu z ciężkimi pojemnikami, podlewaniu kartofli,  etcetera. Musi się nawdychać trujących oparów (fenole, mercaptoetanole czy choćby tak popularny spirytus do spryskiwania stołów) i nadotykać superbakterii odpornych na wszystko. 
Dziesięć razy dziennie dane jej jest przeżywać stan bliski atakowi serca, kiedy to: prążek na żelu ma o 100 kb za dużo (ale to nie możliwe!), na płytce nie wyrosły żadne kolonie (oprócz tych na negatywnej kontroli!), a gen pieszczony od dziesięciu miesięcy jednak nie daje cholernej odporności, czy innego spektakularnego efektu.
 A kiedy wydaje je się, tej naszej ofiarze, że już wszystko gotowe i w ostanich tygodniach kurczącego się czasu daję radę to wszystko spisać i przedyskutować w świetle tysiąca pokrewnych badań i dyskusji (a codziennie dochodzi jeden lub dwa papiery dziwnie blisko powiązane z tematem), trzymając się kurczowo limitu 4000 słów, idąc na słowny kompromis z grupą współautorów (a każdy musi mieć inne zdanie), cenne godziny spędziwszy na wyrównywaniu i dopieszczaniu skomplikowanych ilustracji.... (ufff...), szybko okazuję się, że po naciśnięciu przycisku "submit" wszystko dopiero się zaczyna. 
Efekt jej potu i łez, nieprzespanych nocy i litrów kropelek z melisy, dostaję się właśnie przed oblicza ludzi, którzy przeszli przez to wszystko co ostatnio nasza ofiara już co najmniej parę razy, co zamieniło ich w bezwzględnych cyborgów nauk przyrodniczych, czyhających intelektualnie nie tylko na słowne potknięcia młodego aspiranta, ale przede wszystkim na każde możliwe pęknięcie w spójności doświadczeń.
 Pęknięcie te należy jak najumiejętniej wykorzystać, rozepchać i wyolbrzymić, na koniec proponując miłosiernie powtórzenie doświadczenia z większą ilością powtórzeń, negatywnych jak i pozytywnych kontroli, koniecznie z użyciem nowych, wchodzących ma rynek technik molekularnych (pcr jest już passe), na koniec zachęcając gorąco do re-submitowania dzieła, ewentualnie do posłania go do gazetki o niższych lotach. 
Powiedzenie "nie rób bliźniemu, co tobie nie miłe" nie istnieje w zakresie wyrażeń recenzentów, w imię czystości naukowej oczywiście. Czystość nie równa się sprawiedliwości, co powoduję, że niektórzy starzy wyjadacze nie cofną się przed możliwością opóźnienia (za pomocą dobrych rad i wykrywaczy błędów) publikacji młodego aspiranta z obcego labu, aby niezwykle bardziej drogi ich sercu własny doktorant, studiujący zaskakująco podobny temat, miał czas i okazje, ucząc się na błędach "kolegów" po fachu, ulepszyć swoje wyniki i papier. 
Takie jest życie w dżungli nauk przyrodniczych i nie ma co narzekać i sprzeciwiać się, bo co nas nie zabiję (przede wszystkim chodzi tu o entuzjazm), to nas zahartuje. Im prędzej nas to coś  obedrze z iluzji, tym szybciej zaczniemy postrzegać rzeczywistość, jedyne co jest. 
A chyba o to chodzi w biologii, o to co jest, a wszystkie teorie są tylko drogą do poznania prawdy i nie jest dobrym naukowcem przyrodniczym człowiek o wybuchanym ego, pieszczący swoje zdanie i wizję wbrew wszystkiemu, nie jest nim człowiek wierzący w świat idei i pogrążony w zakrętach swojego umysłu (dobre dla artystów i pisarzy). 
Biolog jest pokorny, nie siłą woli (bo tak należy), ale przez uświadomienie. Całe naukowe środowisko spina się i haruje, żeby mu w tym uświadomieniu pomóc. 
Dawniej, by odnaleźć prawdę i wejść w kontakt w tym co jest, ludzie podążali do klasztorów, samotni, aśramów, szukali mistrzów duchowych, leżeli na gorących węglach, siedzieli w kucki pod dzrewem...
Pojawiła się jednak nowa droga, dostępna dla wszystkich, zwłaszcza inteligentów, bo tym potrzebna jest jak powietrze, mianowicie - świadomie przeżywany doktorat - im dłużej, tym lepiej!
11:47, aniafin
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5