RSS
środa, 28 stycznia 2009
Oświadczenie

No i kto by pomyślał, że deszczowe rozważania w kontekście przygód Profesora (ach jakże bliski każdemu naukowcowi i przez niego pożądany to tytuł) Gąbki przyciągną w te strony najlepszych katolików. Zwłaszcza tych, którzy IISW uważają za herezję i szczycą się sztywnym przylgnięciem do tradycji, przeciwników postępu i ewolucji. Niegodnam doprawdy ich tutaj gościć. No i pewnie już nigdy do mnie nie zajrzą, dla własnego dobra.

Jestem bowiem tzw. reprezentantem postępowej nauki, za którą życia w żadnym razie nie oddam oraz zwolennikiem życia duchowego odartego z wszystkiego co nieistotne, co zamyka nas w regułach, obrazach, zajmuje i daje pokarm umysłowi, tak, że zapominamy, że mamy duszę. To nie dla mnie, po trzydziestu latach takiej obrazkowej i przegadanej wiary, nie chcę marnować czasu, który mi został, na bezpłodne dyskusje.

Niechaj najlepsi katolicy głoszą sobie co tam chcą i wykłócają (jeśli sprawia im to przyjemność), który sobór ma rację, ja sądzę, że to nie ma żadnego znaczenia i radzę im,  żeby zamiast myśleć i dyskutować o wieczności i Bogu, po prostu spróbowali tej wieczności i Boga doświadczyć. I życzę im z całego serca, żeby się udało.

12:15, aniafin
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 stycznia 2009
Kraina deszczowców.
Karramba! - jakby to powiedział tajemniczy Don Pedro (na zdjęciu z lewej)- znowu się rozpadało.



Czarne chmury  - że tak powiem, parafrazując półkownika Dowgirda, - nad naszą monarchią. A z tych chmur wydobywa się juz od jakiejś doby, a to  mżawka, a to znów ulewa, czasem nieśmiałe pokapywanie,a zaraz potem rzęsisty prysznic. Na równiusieńkich przecież drogach tworzą się kałuże-gigantki, a ścieżki rowerowe, gdyby były swoimi własnym negatywami, zamieniły by się w rwące potoki.
 Po tych niedoszłych potokach, szczelnie zamknięta w portkach przeciwdeszczowych z Action'a (tutejszej kopalni skarbów), kurtce narciarskiej i górskich buciorach przypedałowałam do pracy ja, niezmordowany człowiek nauki.
Tak zabezpieczona jednostka nie boi się bowiem niczego. Powiem więcej, dziecinną wprost radość czerpie z wjeżdżania w najgłębsze kałuże i rozbryzgiwania ich na wszystkie strony, a szczególnie na młodzież szkolną, jadącą całą szerokością ścieżki z przeciwka.
Deszcz jest piękny jeśli się da mu szansę, las w deszczu z oparami mgły wygląda wprost magicznie. To prawda w środku szarego miasta to naturalne zjawisko traci trochę na urodzie, ale co mi tam, i tak będę je lubić, bo dziś pośrodku szarugi zimowej postanawiam sobie: kończę z wszelkim narzekaniem i negatywami.
Każda chwila ma w sobie o wiele więcej niż zwykliśmy zauważać, jeśli tylko zdecydujemy się być w niej obecni, całym ciałem i duszą, myślenie o przeszłości i przyszłości ograniczając do minimum, bo obie już, albo jeszcze nie istnieją.
 Wszystko, co mam, jest teraz. Wszystko, co jest teraz, jest dobre.

11:43, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Człowieku, nie dołuj się!

No i czego się to dzisiaj my poniekąd naukowcy dowiadujemy? A tego, że jakiś nasz kolega po fachu (Cliff Arnall mianowicie, brytyjski gentleman zapewne) obliczył, że to właśnie na dziś przypada "Najbardziej Dołujący Dzień w Roku". Acha! Jakaż to ulga, nie uważacie?

 Wreszcie wszelki pojawiający się zły humor, zniechęcenie końcem weekendu i perspektywą pięciodniowego kieratu na ugorze możemy sobie po prostu wytłumaczyć naukowo! I nie obwiniać za to nikogo, a zwłaszcza siebie. Jedynie matematykę (bo jest na to wzór) i statystykę i jednego takiego kolegę niejako po fachu.

Ciekawam, ile ludzi na całym świecie uwierzyło w tę magiczną formułę, a raczej jej wynik i jak dodatnie wpłynie to dzisiaj na całą światową ekonomię przemysłu rozrywkowego, cukierniczego i może nawet tfu erotycznego, W czasach depresyjnej zarazy należy się bowiem do upadłego wprost ... pocieszać i w żadnym przypadku nie zadręczać obowiązkami, stresami, niedokończonymi doktoratami, upadkiem rynku pracy.

Pocieszajmy się bracia. Dzień wielkiej depresji nadszedł ( w kraju wiatraków poglębiany ukształtowaniem geologicznym), nie może być już gorzej. Wolność, radość i braterstwo w depresji. Tego nam dziś potrzeba.

Zapalcie wszystkie źródła światła, do łapy wsadźcie kubek z gorącym kakałkiem, na uszy słuchawki z kubańską muzyką, do paszczęki wetknijcie kawał wedlowskiej czekolady, mózgowi dajcie wolne, wejdźcie w kontakt z wewnętrznym istnieniem, które nie wie co to problemy i po prostu żyjcie, wbrew depresji.

A obiecuję wam, że zgodnie z formułą: O + (N xS) + Cpm/T + He , doczekacie "Najszczęśliwszego Dnia w Roku", który jest już w czerwcu, ale to jeszcze niespodzianka...

10:05, aniafin
Link Komentarze (11) »
piątek, 16 stycznia 2009
W praco-pracy

Ostatnio moja kariera zostaje podzielona, między praco-pracę a domo-pracę.

W praco-pracy zwykle dłubie coś w labie (za pomocą enzymów i polimeraz), czasem jakieś analizy sekwencji sobie na kompie robię (bo na tym jeszcze udaje mi się tam skupić) i oczywiście piję kawę w ciekawym towarzystwie. Zwykle jem też lunch'e w tymże samym ciekawym towarzystwie.

Nasze rozmowy toczą się wokół różnic kulturowych i językowych, ciekawostek kulinarnych, wyznań wiary (np. Flying Spagetti Monster) i remontów mieszkaniowych. Czasem wokół nauki, ale nie jest to najgorętszy temat, wierzcie mi. Zwykle na takich kawach/lunchach schodzi nam dłużej niż na pracy i nagle zrywamy się w popłochu ( i z głębokim poczuciem winy, przynajmniej z mojej strony), żeby w przyśpieszonym tempie zadbać o nasze projekty/doktoraty/magisterki, a rozmowy kończą się i tak, tyle że między trawieniem a PCR lub między transformacją a westernem (bardzo błędo-generująca atmosfera) i przy dźwiękach alternatywnych stacji radiowych. Czyli jest cool, ale za dużo to tam nie pracujemy.

Przynajmniej na mój gust. Może się mylę i pracujemy wystarczająco, a stres i spełnienie ambicji to po prostu kolejny neurotyczny wymysł cywilizacji?

11:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
Hej ho, hej ho...w domo-pracy
Siedzimy w domu ja i ciężki zamiar pisania. Zamiar fajny jest, ale trudno z nim współpracować. Manuskrypt z poprawkami otwarty leży już od rana. Jego autorka za to odbyła półgodzinny spacer do praktyki lekarskiej (żeby się dać zapisać), następnie otworzyła i poczytała wszystkie interesujące blogi i inne strony,potem zaś zagłębiła się w lekturze dzieła Eckhart'a Tolle "The Power of Now", poćwiczyła jogę i medytację, wstawiła pranie, skomentowała znajomy blog i znalazła gdzieś cytat:
"Regret for wasted time is more wasted time".
Niczego więc ona nie żałuję, rozdział do doktoratu napisze bowiem już wkrótce mimochodem i bez bólu.
 
11:35, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 14 stycznia 2009
Taka sobie codzienność

Zima odeszła jak cudowny i zaraz potem niewierny kochanek. Pojawi się, w głowie zamąci, na tydzień napełni achami i wzniosłymi przeżyciami, a następnie zniknie jak gdyby nigdy go tutaj nie było, ten wstrętny zim. Od miłości zatem do pogardy. Przez szarą słotę, którą to nazywają typową holenderską pogodą do nikłej obietnicy wiosny, która przyjdzie na jakiś tydzień i to pewnie w maju. Wszystkie nasze rozmowy toczą sie wokół tej katastrofy.

A przecież wszystko przemija, niczego nie można zatrzymać, a my ludzie czepiamy się jak rzepy tego co (w naszych oczach) atrakcyjne i miłe. A zaraz potem zaczynamy się bać, że to stracimy. A jak stracimy, to wzdychamy ze smutkiem, za tym co odeszło. Jesteśmy strasznymi neurotykami. Nieszczęśliwymi wariatami w zamkniętym oddziale naszych uwarunkowań.

Na wszystko mamy definicje i określenia, pojęcia, które karmią ego, ale zabijają wrażliwość i radość.

Jest we mnie niesamowita tęsknota za świadomością, za brakiem tego wymądrzającego się ego, za tu i teraz, za widzeniem bez okularów, za prawdą i obecnością.

Byle tylko odpadło w końcu to co nie potrzebne i taka sobie codzienność wystarczyła.

12:23, aniafin
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 stycznia 2009
Huhu ha zima zła:) - z łyżwami za pan brat

Odkąd sięgam pamięcią tak zimno jeszcze tutaj nie było!

Najstarsi tubylcy też sięgają do wspomnień przechowywanych w mózgowych działach i twierdzą, że ostatnio tak zmroziło ich z 10 lat temu. Tak dawno temu mogli sobie pojeździć na łyżwach na naturalnie zamarzniętych zbiornikach i kanałach, względem czego sentyment tutaj ogromny. Kraj tulipanów jest zagłębiem rekreacyjnego (i nie tylko) łyżwiarstwa. W końcu wody tu mnóstwo, a górek mało, wymarzone warunki. Ale tylko gdy temperatura spadnie na parę dni grubo poniżej zera. Fenomen niespotykany, a jakże przez wszystkich pożądany.

Jeszcze starsi tubylcy płaczą za tzw. Elfstedentocht czyli Wyścigiem Jedenastu Miast. Pierwszy taki wyścig odbył się za panowania królowej Wilhelminy (1909) a ostatni całe 12 lat temu (czyli już za Beatrix). Zabawa polega na jak najszybszym pokonaniu 200 kilometrowego kanałowego dystansu między 11 miastamy Fryzji począwszy od Leeuwarden i tam skończywszy (czyli taka większa pętla). Udział biorą profesjonaliści i laicy, duzi i mali, twardziele i twardziele. Zabawa na całego. Co poniektórzy sobie to i owo odmrażają, wielu błądzi w ciemnościach. Ale duch w narodzie nie ginie.

 A tu co? Ocieplenie klimatu! I przez 12 lat tylko lekkie mrozy i zero szans na 15 cm taflę lodu. Dramat, łzy, sentymenty i marzenia.

I wreszcie jest, wyśniony i wymarzony, od lat wyczekiwany Mróz. Naturalne lodowiska wyrastają jak sople po słonecznym i mroźnym dniu. Elfsteden-maniacy zacierają błogo zmarznięte dłonie i ostrzą sprzęta. Ale będzie jazda!

W takich chwilach żałuję trochę, że nigdy nie nauczyłam się pożądnie jeździć na łyżwach (oraz pływać, bo to też czasem pomaga). Raz tylko namówiona przez paczkę od Dominikanów udałam się na Torwar z mocnym postanowieniem poprawy. Z derminacją, obijając się od bandy do bandy, tłukąc niemiłosiernie tyłek, biodra, kolana i łokcie, przez 1,5 godziny opanowałam podstawy i w momencie gdy moi znajomi wywijali piruety i jeździli tyłem, ja z dumą dokonywałam prawie całych okrążeń...eh Leczyłam potem te stłuczenia tygodniami, bolało ciało, radowała się dusza...

Drugi raz zaliczyłam jakieś sztuczne ustrojstwo w Nijmegen ku zaskoczeniu zauważając, że nabyte umiejętności (także do tłuczenia tyłka) jakoś tak mi zostały. No ale wstęp na naturalne lodowisko, bez band i podpór to krok poważny i wymagający przemyślenia albo nagłej i spontanicznej decyzji.

Kto wie jak tak dłużej nam pomrozi (tej nocy -15 było !), to kupuję łyżwy i raz kozie śmierć. W końcu muszę się integrować z tymi jak im tam allochtonami...

08:13, aniafin
Link Komentarze (1) »