RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
znowu wojna w zatoce
Ze względu na szarugowatą odwilż straciliśmy już nadzieję na prawdziwą zimę. W zeszłym tygodniu nękała nas mokra i iście daczowska ciapka z nieba, zacinająca w twarzyczki rowerzystów, przemaczająca zwłaszcza górne nogawki spodni i skarpetki, oraz rękawiczki. 
Rodzinnie postanowiliśmy jej uniknąć za pomocą renówki. W piątek jednak zmuszona byłam pokonać kilometry dzielące nematologię (miejsce pracy)  z northwestem  (cel wizyty towarzyskiej w czasie pracy) przy użyciu klekoczącego nemaroweru i w strugach śniegodeszczu. W dodatku w okularach. 
Te ostatnie rzadko wkładam, bo wynaleziono wreszcie coś tak genialnego jak soczewki bez zdejmowania "czysta wizja". W obliczu zaś tego wynalazku, pozwalającego wszystkim nieszczęsnym okularnikom na doświadczenie życia człowieka "bez wad", noszenie okularów stało się prawie przeżytkiem.
Prawie, bo na drodze staje mi oto alkoholizm. Otóż w moim osobistym przypadku wypicie choćby jednej lampki wina, powoduje, oprócz szumu w głowie i zaburzeń równowagi, dyslokację soczewek w oku. Być może płyny ustrojowe wzbogacone w alkohol nie są idealnym środowiskiem dla silikonu połączonego z hydrożelem. Być może to tylko moja wyobraźnia. Dość że po kielichu te cholery nie chcą trzymać się gałki ocznej i tańczą sobie po oczodole powodując dyskomfort. W takim przypadku przepraszam się ze szkłami i wreszcie wyglądam inteligentnie. 
Kombinacja inteligencji z szarugą nie sprawdziła się tym razem, bo po dotarciu w labirynt nortwestu (osłodzony przemiłymi nazwami ulic w stylu "ul. Owieczki Weroniki"),  zza zaparowanych i ociekających wodą szkieł nie rozpoznałam zupełnie miejsca swego opłakanego położenia i zmuszona zatrzymać się by zanalizować sytuację, klęłam bardzo głośno (na szczęście po niemiecku) szukając kawałka suchego ubrania do przetarcia okularów. Wygrzebałam w końcu coś spod kurtki i doznałam nagłego oświecenia, tym razem inteligencji przestrzennej. Jednak prawidłowa wizja jest podstawą działania. Co się jednak spociłam od środka i przemoczyłam z wierzchu to moje i wbrew latom zasiedzenia w tym mokrym kraju wcale nie jestem do tego przyzwyczajona. 
Na osłodę zostało mi przemiłe spotkanie z klubem AAAA połączone z wybornym lanczem, kawką, plotkami i podziwianiem najmłodszej "A-latorośli", kobiety o zabójczych rzęsach i rozbrajającym uśmiechu. Towarzyskie akumulatory zostały napompowane, instynkt rodzicielski wzmocniony i nawet spodnie mi wyschły, a w wszystko to w zaledwie dwie godzinki (czyżbym się zasiedziała?), sponsorowane przez japa zwanego piekarzem (i tak mi płaci w sumie grosze, w porównaniu z bonusami menadżerów bankowości). Lubię piątki.

A wczoraj i przedwczoraj spadł znowu śnieg i zrobiło się cudnie. Oblepił dachy i gałęzie, przykrył błoto, wyślizgał drogi. Szczególnie efektownie wyglądał na leśnych willach (co ja mówię, pałacach raczej) położonych malowniczo między naszą wioską a oosterbeek'iem. O dziwo, wokół nich wszystko wygląda bajkowo. O większe dziwo, nikt ze znajomych jeszcze tam nie mieszka. 

O jeszcze większe dziwo, deszczowe eskapady i podziwianie zimowych krajobrazów bez czapki wpłynęły ujemnie na moje zatoki zwłaszcza przyszczękowe (te są najgorsze). Dlatego już od rana naszpikowana sudafedem, ibupromem, czosnkiem oraz wyciągiem w jeżówki purpurowej, owinięta w różowy snugikoc, siedzę sobie w fotelu,  dogrzewam kolana makksiążką i czytam oraz ndb piszę same blogowe rewelacje. No cóż, polecam się na przyszłość.


14:21, aniafin
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 stycznia 2010
początek roku w skrócie graficznym
tak mniej więcej wygląda moje życie naukowe:


żałosne
14:21, aniafin
Link Komentarze (3) »
nowy rok przybieżył, blog jeszcze się nie przeżył
Jeszcze żyję, chociaż z braku oznak życia blogowego można by wyciągnąć inne wnioski. Na przykład, że nas w Polsce śnieg przysypał, albo nam tyłki do czegoś przymarzły (do słupów energetycznych chociażby), albo rodzina w piwnicy uwięziła i kazała się rozmnażać ;). Inny scenariusz obejmuje permanentne odcięcie od sieci (brrr..) z powodu niepłacenia rachunków, hackerstwa lub innych wirtualnych zbrodni. Jeszcze gorsza wizja przewiduje internatowstręt związany z przedawkowaniem farmvillu, nadużywaniem enchanted island czy choćby czytaniem wpisów na fejsbuku. 
I tu was zaskoczę, żaden z tych scenariuszy grozy nie został przeniesiony na ekran mojego życia, a wręcz przeciwnie: do kraju węgorzy wróciliśmy w pierwszy dzień nowonarodzonego roku, bo śniegu i mrozu wtedy było jak na lekarstwo, moja rodzina nie ma klucza do piwnicy, a moja relacja z internatem daleka jest od patologicznej. 
W Polsce spędziliśmy około pięciu dni balansując między Pikutkowem, Brześciem, Włocławkiem i górami jedzenia. R wmówił sobie niestrawność, i choć nikt mu nie chciał za bardzo uwierzyć, z uporem walczył o przetrwanie żołądka, dzielnie broniąc się przed kiełbaskami, schabowcami, makowcem i nadmiarem herbaty. Jego strata, ja się przynajmniej najadłam specjałów (nawet karpia mi zostawili). I wybawiłam za wsze czasy w towarzystwie cudnych siostrzenic. Fascynujące z nich doprawdy stworzenia. 

W poszukiwaniu indeksu przetrząsnęłam jakieś stare pudła i co znalazłam? Nie, wcale nie był to indeks. Były to natomiast listy, dziesiątki listów, które wymieniałam w liceum i na studiach, najpierw z moimi oazowymi przyjaciółkami a potem z własną siostrą. Listy od mojej ukochanej siostry zaczynały się zwykle słowami "drogi palancie" i "cześć kretynie", zawierały treść porównywalną z występem czołowych polskich kabaretów, a opisującą zaledwie życie i przeżycia łódzkiej studentki farmacji, kończyły zaś w sposób godny listów miłosnych. Jestem pod wrażeniem geniuszu. Już nie pamiętam własnych listów do mojej siostry, ale mam wrażenie, że jej piśmiennictwo zasługuje na nobla lub innego pulicera;). Czytaliśmy to teraz razem z mamą codziennie i pokładałyśmy się ze śmiechu na czym popadnie.Kiedy Basia z Marysią dorosną i wyrobią sobie poczucie humoru, to im kiedyś całą tą korespondencję pokaże a nawet podaruję.

Zaraz po nowym roku z radością wróciłam na doktorancką rolę, przypięłam się do naukowego kieratu i postanowiłam skończyć pierwszy samodzielny artykuł, po czym zacząć dwa następne i oczywiście sklonować tfu! ejczłana. Pocę się więc już parę tygodni nad tym niełatwym zadaniem, wieczory spędzając bez ducha na kanapie i pławiąc się w tysiącach kanałów telewizyjnych serwowanych nam (za pomocą czterech satelit) przez kanał digitalny i cyfrę minus. Obejrzałam nawet jeden odcinek mjakmiłość i raz wiadomości, poza tym same reklamy (jakby podsumował mój dziadek).

Po jakże udanym początku blogowego roku, będę tutaj wracać, chcecie tego czy nie, racząc was pikantnymi szczegółami z życia wiejskiego nematologa z ambicjami.





14:00, aniafin
Link Dodaj komentarz »