RSS
sobota, 29 stycznia 2011
zabawy z wołem
W ramach akcji "Kulinarna sobota", postanowiłam dziś stawić czoła wołowinie. W obliczu przyrządzania tego cennego dietetycznie mięsa, dopada mnie zawsze nieopisana trema. Steki mi wychodzą raczej nietęgie, a smażone tatary to tragedia już raczej nie do opisania. Od czasu do czasu udaję mi się jednak krowę, lub jej kawałek, sprawnie udusić. Zdaję sobie sprawę, że mięsko zakupione w albertheinie i to w promocji jest wyzwaniem nie małym. Ale co tam, do dzieła!, w jakieś 3-4 godziny coś z tego może wyjdzie. 
Najpierw przekopałam trzy holenderskie książki kucharskie, które mąż mój w wianie chyba dostał;). Zauważyłam przy tym, że jedna z nich do wszystkich mięsnych straw dodaje goździki. Hmm, posłuchawszy jej jeden jedyny raz, ugotowałam kiedyś grochówkę na tłustej wieprzowinie i goździki jej raczej nie pomogły. Zmieniłam szybko książki i zaczęłam gotować...
2 łyżki musztardy francuskiej wymieszałam z solą i pieprzem, i w tak przyrządzonej paście wytarzałam pół kilograma kawałków wołowiny raczej nie najlepszej jakości. Odstawiłam to na bok, niech się przegryza (10 min):



W tym czasie pokroiłam dwie małe cebule, jedną dużą marchew i cztery małe pomidory jak na załączonym obrazku:



W grubościennym, ciężkim garnku z pokrywą rozgrzałam dobrze olej ryżowy (Rice Bran Oil, podobno wyśmienity do smażenia mięsa, bo ma wysoką temperaturę spalania a przy tym wysokie wartości odżywcze) i wrzuciłam kawałki woła:



Jak już się zrumienił ze wszystkich stron, wywaliłam mięso na talerz, zmniejszyłam ogień i wrzuciłam przygotowane warzywa, smażąc wszystko aż do zeszklenia cebuli:



Czas na coś mocniejszego:) Dużo mnie to wysiłku fizycznego oraz walki duchowej kosztowało, ale udało mi się otworzyć wreszcie wino przywiezione kiedyś z pięknej Portugalii i odżałować pół szklaneczki (syropu na kaszel dodawać raczej nie polecam):



Pół szklaneczki wylądowało w garnku z warzywami:



Po dokładnym wymieszaniu warzyw z winkiem oraz z wszystkim, co przykleiło się do dna garnka w wyniku smażenia mięsa w musztardzie, do pijanej gromadki dołączyło mięso, parę liści laurowych oraz tymianek.



Całość przykryłam ciężkim wiekiem i dusiłam przez około 3 godziny (bo tak radził mi AH na opakowaniu od wołowiny) albo do wyczuwalnej miękkości. Co jakiś czas przewracałam mięso i sprawdzałam poziom płynów. Pod koniec duszenia, potrawa wyglądała tak oto:



Jak już się to udusi, to można wyjąć mięso, sos doprawić solą, pieprzem, a nawet lekko kwaśną śmietaną. Sos ma lekko kwaśny,lekko winny smak, tymianek zdecydowanie dodaję mu uroku. Podać to wszystko można z ubitymi na puree ziemniakami albo ze stamppot'em (fajna sprawa, takie przemycanie warzyw w ziemniakach). Teraz musimy to jeszcze tylko zjeść...
16:07, aniafin
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 stycznia 2011
zabawy szydłem
Po intelektualnych znojach dnia zwykłego, nie ma to jak usiąść sobie zwyczajnie i zabawić się z szydełkiem;) Jak już dojdzie się do wprawy, można to efektywnie nawet połączyć z oglądaniem głupot w telewizji. I tak jakieś trzy, może cztery ostatnie, dość skrócone wieczory (praca do późna, a jeszcze później radosne pedałowanie do domu), spędziłam sobie cichutko, licząc ściegi i śmiejąc się (lub drżąc) pod wpływem serialowych wrażeń. Owocem tego romansu, albo może lepiej nazwać go trójkątem (bo kanapa-szydełko-telewizor), jest ten oto zielony i wręcz rachityczny królik. 



Zieloność jego wynika bezpośrednio z koloru jedynej jako takiej włóczki, którą znalazłam w artystycznym bałaganie obok kanapy.
Rachityczność zaś spowodowana jest cienkością tej włóczki (za cienka) połączoną z grubością szydełka (za grube). W wyniku tej ryzykownej kombinacji i w miarę dowolnej interpretacji wzoru z tego oto, komercyjnie dostępnego źródła powstał Koosje (czyt. koosie albo kusie). No kuso to on bez wątpienia wygląda. I wygodzą z niego trochę wnętrzności, ale można wepchnąć z powrotem (palcem lub szydełkiem).  Jednym słowem królik nieidealny, budzący litość nawet w najbardziej zatwardziałym sercu. I takie właśnie powinny być zabawki.
08:59, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 26 stycznia 2011
poly-anna
Księżyc jakoś schudł ostatnio i od razu poprawiło mi to humor;). Może sobie tylko wmówiłam tę pełniową insomię, ale co tam, romantycznie jest się tak zidentyfikować z wilkołakami i lunatykami. Najważniejsze, że przeszło i że w ostatnię spało mi się upojnie. 
Niesamowite, ale dziś w drodze do pracy było prawie sucho! Następny powód do dumy, bo ostatnio chrzciło nas w każdą stronę, zacinając po buziach. Ducha mego podnosi również fakt, że o wpół do ósmej widać już pierwsze oznaki wschodu słońca. Nasza ciemna ścieżka zaczyna się przez to rozjaśniać, świat nabiera kolorów i kształtów. Poza tym idzie wyż, z wyżem słońce, ze słońcem życie ;).
Mimo, że mam do skończenia materiały i metody do ostatniego rozdziału, dziś zdecydowanie jestem w pozytywnym nastroju godnym samej Pollyanny. I z tej radości ukończę może wreszcie królika.

I jak to powiedział Raj, po zażyciu ciasteczek z canabis:

"If I could speak the language of rabbits, they would be amazed and I would be their king... I would be kind to my rabbit subjects... at first.... One day, I hold a great ball for the President of France, but the rabbits don't come. I'm embarrassed so I eat all the lettuce in the world.. and make the rabbits watch."  (TBBT)


12:11, aniafin
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 stycznia 2011
no to podkładam świnię
Chcecie świnię, oto świnia! 


Chętnie państwu łapę poda, nie chce podać? A to świnia.
Zdradzę tylko, że wkrótce pojawi się u jej boku pewien zając, bo dziergam go na szydełku już trzy wieczory, tak, że potem śni mi się po nocach.
A poza tym padam, bo od paru nocu cierpię na poważną insomię. Wpływ faz księżyca czy coś, fakt, że siedzę potem cały dzień w pracy i ziewam okrutnie. Ostatniej nocy udało mi się jednak przespać kilka upojnych godzin (po szklance ciepłego mleka i paracetamolu o 1 w nocy). Jakie to niesamowite uczucie móc spać, po tym jak się przez jakiś czas nie mogło. Wtedy uświadamiam sobie "Jak ja uwielbiam spać:)". Mała rzecz a cieszy.
Głębokich snów Wam życzę!



20:38, aniafin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 stycznia 2011
niebieski
Poniedziałek był to smutny, przygnębiający i całkiem niebieski. Tak pisały gazety manipulując przy tym zbiorowymi emocjami. Nawet prezes MacJabłka poszedł na chorobowe, tak się biedak przejął, że jego jabłka wezmą i zmienią kolor na niebieski. A to by było po prostu nieeleganckie. Niech mu tam zdrowie lepiej powróci, inaczej zawieszą nam suport makbuków i się nie pozbieramy wirtualnie.

Mimo, że jeszcze rano o poniedziałkowej depresji nie wiedziałam, to jednak intuicyjnie wydłużyłam swą słodką drzemkę o godzinkę. Wymówki świetnie działają wstecz. I nie ma to jak poprawiający humor sen sprawiedliwego. 
Następnie znerwicowanym jelitom zadałam trochę błonnika, z sentymentem obejrzałam 10 minut "Podróży za jeden uśmiech" i już całkiem zrezygnowana popedałowałam do roboty. 
W ogólnej depresji przeszkadzały mi w tylko endorfiny wydzielane w podróży pod górkę. No i w pracy czekała na mnie decyzja wice-dziekana o dopuszczeniu mnie do robienia doktoratu, który właśnie kończę. Widać, prawo też działa wstecz. 
W radości mej wielkiej chyba bym już zupełnie zaprzepaściła niebieskiego poniedziałka - gdyby nie życzliwe gazety internetowe. Podejrzewam, że ten dzień wymyślili jacyś leniwi Brytyjczycy, którym akurat lało na głowę (jak zresztą zawsze), kac męczył po niedzieli i do pracy się nie chciało.
Aby być bardziej wiarygodni podali nawet matematyczną jakąś formułę:

\frac{[W + D-d] T^Q}{M N_a}    

Dla ciekawych podaję parametry: W-pogoda; D-dług; T- czas od świąt; Q-czas odkąd nawaliły noworocznę postanowienia; M- niska motywacja; N-poczucie potrzeby działania.
Aha! Ale sobie wymyślili. Na matematyce się nie znam, ale śmierdzi mi to na odległość i odrzuciła bym im ten papier szybko.

Jakie szczęście, że jakiś brytyjski tabloid powiedział nam co w takiej sytuacji zrobić. Zgodnie z instrukcją już od rana w niebieski poniedziałek:

1. wydajemy trzy funty na cele dobroczynne (kupiłam sobie za to kanapkę)
2. partnerowi wysyłamy wiadomość miłosną, najlepiej przez twitter (?) ( a ja na fejsbóku mego ukłułam to chyba wystarczyło)
3. śpiewamy pod prysznicem = producja oksytocyny (znam chyba lepsze sposoby, ups)
4. w dłoniach ściskamy kubek z gorącym napojem ( u nas trzeba codziennie, bo zimno w radixie)
5. siadamy z prostym kręgosłupem (poszłam więc na yogę)
6. spożywamy sobie zieloną fasolę  na surowo (magnez!) albo dropy (bleh)
7. tańczymy=endorfiny (wybrałam rower)
8. chodzimy po pracy na boso=nowe wrażenia stopowe=ekstaza (po pierwsze zimno, po drugie grzyby)
9. oddajemy się flirtom, bynajmniej nie z partnerem (no dobra, zapytałam zgreda jak tam weekend minął, przynajmniej jemu poprawił się przy tym humor)
ufff, jeszcze nie koniec...
10. stawiamy sobie kwiatki na stole, tak aby zaraz po przebudzeniu na nie wpaść, szczególnie jak jesteśmy rannymi ptaszkami (jak nie jesteśmy to będziemy przewracając wazon) ; można je zastąpić świecami aromatyzowanym (mam jedną, nazywa się "Samotność" i pachnie melancholicznie)
11. Słuchamy śpiewu ptaków (ciekawe czy sroka się liczy?)
12. a dzień kończymy zapiskiem w dzienniku,

co niniejszym czynię, szkoda że we wtorek. Ale wczoraj już naprawdę nic mi się nie chciało, po tych poniedziałkowych ekscesach...

Ale za to skonstruowałam nowe stworzenie, smutne jako ten poniedziałek.



22:24, aniafin
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
gryzoń


W ramach akcji 12/12, wykonałam częściowo (bo to nie było moje ostatnie słowo) projekt styczniowy. 
Reprezentuje go Mister Styczeń - czyli umięśniony Wilhelm.

A taka była instrukcja wykonania tej wielce ekologicznej zabawki z li i jedynie jednej starej rękawiczki. Ze skrawków filcu powstał kubrak, a nos ma za zadanie przynosić szczęście. 

No, to jeszcze sobie coś chyba uszyjemy...


20:48, aniafin
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 stycznia 2011
leje
Leje i leje. No jak można tak długo lać!?
Od razu mi się przypomniało, jak w pewien letni przedświt w Pikutkowie, kiedy to jeszcze dzieliłyśmy jedną sypialnie z naszą rodzicielką i zwykłyśmy spać przy otwartym oknie, wychodzącym na schody prowadzące na ganek, obudziło nas monotonne jakieś marudzenie. Okazało się, że na schodach przysiadł jeden z sąsiadów, który zatrudniał się u nas od czasu do czasu do prac różnych (czyli był tak zwanym freelancerem) włączając w to wyrzucanie gnoju, sprzątanie chlewików, rąbanie drzewa itp. 
Tego dnia był z naszą mamą umówiony na rano w sprawie jednej z takich robótek. Sąsiad ten jednak, nazwijmy go panem W. słynny był z niemal w całej wsi, z tego, że wstawał codziennie o 4 nad ranem i zaczynał się krzątać. Sprzątał, malował, prał, uprawiał ogródek po czym pewnie chodził spać z kurami.  
Do nas też pan W. przyszedł z samego rana, swojego rana. Przysiadł sobie więc na tych schodach i rozpoczął swoje zawodzenie: "No śpią i śpią, no jak tak można tak długo spać...Ech.. No śpią i śpią..." Mama  na początku uparcie ignorowała chłopaka, udając, że chrapie i myśląc, że się może zniechęci. Ale w końcu to ona się zniechęciła szybciej i wstała, bojąc się za pewne utraty cennego pracownika (reszta tzw. freelancerów nadawała się do użytku raz na tydzień i tylko do 13).
Pan W. szczęśliwy, świnki szczęśliwe, mama niewyspana.

Powtarzam więc temu deszczowi, co to uczynił mnie ociekającą z rana: "No leje i leje, no jak można tak długo lać..."
Może się zniechęci.

A tymczasem zapuszczam sobie stary teledysk z genialną choreografią, na pocieszenie.



13:35, aniafin
Link Komentarze (4) »
środa, 12 stycznia 2011
czas przez palce
Dzień dzisiejszy rozlazł mi się okropnie, mimo dzielnego zerwania się z wyrka o 5:30. 
Mąż mój jedyny łapał samolot do hameryki o 11 ze szhiphola i trzeba go było odprowadzić na przystanek, żeby na pewno wsiadł. Wsiadł. Teraz wisi gdzieś  w połowie drogi między Chicago a słonecznym rogiem kalifornii. 
A ja po powrocie do pustki mieszkania zdecydowałam, że za wcześnie na pracę i tak to do mniej więcej 8:30 czytałam co popadnie w necie, czekając na wschód słońca. Jak już dotarłam do pracy w połowie kolokwium (nie opłacało się już tam wpadać), to szef powitał mnie słowami:
 "Czy z racji nieobecności twojego męża mam teraz dzwonić co wieczór o dziesiątej i przypominać ci, że masz iść już spać?". W chwili słabości zdradziłam mu bowiem, że podczas słomianego wdowieństwa mój rytm ulega rozregulowaniu, w związku z czym spoczynek nocny przesuwa się między 2 a 9. Taka już moja sowia natura. A szef mój jest raczej ptaszkiem rannym (hmm, skądś to znamy), to się chyba nigdy nie dogadamy.
W pracy zaś same rozproszenia, bo to kawa, luncz, znowu kawa, zagubieni studenci, hałaśliwe sekretarki, facebook, stary zgred łapiący kontakt wzrokowy. I tak że coś tam napisałam.
 No ale o 15 byłam już umówiona na kolejną kawkę i to raczej poza pracą. Jechałam tam z mocnym postanowieniem, że potem już wracam do domu i piszę.
Wróciłam z lekka przemoczona (zimowa kurtka zdaję się puszczać na szwach) i do lekko zimnego domu (ogrzewanie chyba się przestawiło). No i jak tu w takich warunkach pracować?
No to zjadłam sobie trochę warzyw i owoców (dieta odkwaszająca), ale że poprawiłam to resztką pringelsów i wafelków, to i tak pewnie nie miało to sensu.
W czasie trawienia potrzebowałam paru sitkomów, co mnie natchnęło do zadzwonienia do mojej chorej siostry i omówienia wszystkich przypadków, rozwodów, ślubów, porodów i czego tam jeszcze w rodzinie i poza nią. Lubię te nasze rozmowy na podniesienie serc:). Fajnie mieć taką siostrę. (koniec sentymentów)
Szesnaście godzin i tysiąc kliknięć później mam: 
a. napisany jeden mały paragraf dyskusji więcej
b. znajomych i rodzinę opplotkowanych dwa razy
c. plany na weekend
d. powierzchowną wiedzę z zakresu chorób wewnętrznych (nawet nie pytajcie dlaczego)
e. zmokniętą odzież
d. pustawy żołądek

Czy można to jednak nazwać zmarnowanym dniem?

22:20, aniafin
Link Dodaj komentarz »
licytacja
Zostały jeszcze tylko dwa dni aby załapać się na licytację, a w jej rezultacie nawet i kupno przecudnej makatki i dzieła sztuki popełnionego przez Marysię i zaprzyjaźnione artystki.
Pieniądze wesprzeć mają WOŚP, czyli w tym roku dzieci z chorobami nerek i układu moczowego.
Tak oto wygląda to dzieło, w które zaangażowały się liczne talenty, serca, oraz niezrównane ręce Marysi:



Zainteresowanym radzę czym prędzej kliknąć na poniższe serducho i walczyć do upadłego portfela :)




Powodzenia!
07:03, aniafin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 stycznia 2011
nowa droga
Po kilku długich tygodniach i ponad 2000 kilometrach transportu wyłącznie samochodowego, zrobiło się na tyle szorstko i ciepło, że zdecydowaliśmy się wziąć za siebie i chwycić za rowery, wyrabiając normę dzienną 8 km w te i we wte. 
Pierwszy dzień - zadyszka i brodzenie w ciemności. Nasza wspaniała bowiem gmina zdecydowała się ulepszyć życie rowerzystom poprzez poprawę bezpieczeństwa i przez ponad dwa miesiące (od sierpnia do listopada) przerabiała główną drogę z Renkum do Wakikiki z 80 km/h na 60 km/h. 
Narobili się chłopaki, ulepszyli ścieżki i skrzyżowania, nanieśli wysepki, powycinali drzewa, znaków nastawiali. Wszystko po to by jeździło się nam jak w raju. 
Niestety przy okazji i prawdopodobnie celowo (cel ten jednak pozostanie dla mnie tajemnicą) usunęli prawie wszystkie latarnie uliczne. Po wielkiej tej modernizacji jeździmy my sobie prawie po omacku, co chwilę tylko oślepiani przez kolejne samochody z przeciwka i nie możemy wprost doczekać się wydłużającego się wprost z każdym dniem dnia. Ech, byle do wiosny. Dziękujemy ci gmino Renkum.
20:54, aniafin
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
filcowe opakowania
W ramach rękodzieła przypomniało mi się, że kiedyś popełniłam dwa filcowe, kolorowe pokrowce. Trochę się już przeterminowały, a jeden nawet sprezentowałam w ramach panieńskiego podarku, ale skoro od dziś poważnie biorę się za dłubanie, to wrzucę i to, jako część dorobku.

Na pierwszy ogień pójdzie pokrowiec na płytę CD, moją własnoręczną kompilację piosenek o miłości, która miała za zadanie umilić mojej przyjaciółce ostatnie dni panieństwa oraz roztaczające się przed nią dni małżeńskiego szczęścia.

Oto jedna strona medalu, nawiązująca do miłości:



A tutaj druga strona, poruszająca temat świetlanej przyszłości obdarowanej osoby w kraju wiatraków:



A jak już się wtedy rozpędziłam, to udłubałam (bo dłubanina to była) pokrowiec na aj-poda, co by nie wyglądał tak makowo i nowocześnie, a wręcz odstraszał wszelki wzrok pożądliwy za pomocą łat:




A tak wygląda jeszcze od tyłu:



Po kilku miesiącach używania stwierdzam, że opakowanie to, wprawdzie miękkie i kolorowe, ale do zbyt wygodnych nie należy. Chyba mi się wysoka technika z miękkim rękodziełem niezbyt pokochała.

To by było na tyle. A teraz wracam do dyskusji.

16:49, aniafin
Link Komentarze (4) »
kraftowanie
No to zmieniliśmy trochę wystrój. Ponieważ blox daję wybór tylko między zastosowaniem gotowych szablonów a majstrowaniem w CSS (upierdliwa sprawa dla laików bez graficznego interfejsu), to ostatnio przerzuciłam się na tzw. szablony użytkowników. 

Szczególnie do gustu przypadły mi niezliczone dzieła KateMac (szablonykatemac.blox.pl), chciałabym być taka zdolna.
Jeden z nich stał się właśnie podporą mojego bloga. 

A mówią, że nie szata zdobi człowieka. Człowieka może nie, ale blogi za to bardzo.

Niniejszym przystępuję do następującej twórczej akcji:

Marysia z Baju-Baju postanowiła wziąć się za nowe rękotwórcze wyzwanie - 12/12, mające na celu tworzenie co miesiąc małego, rękodzielniczego projektu, opartego na instrukcjach znalezionych na innych blogach. W ciągu zaledwie jednego dnia udało jej się skrzyknąć inne kraftłumenki (albo aspirantki do tego tytułu, takie jak ja), urządzić głosowanie na projekt stycznia (hej, a może za rok wydałybyśmy kalendarz!), i po weekendzie dzieło zostało demokratycznie wybrane.

Założony w tym celu blog, mający za zadanie prezentowanie instrukcji i tego co z nich każdemu wyszło można obejrzeć klikając na poniższy banner:


No to do roboty panienki.
Jak już się uporam z naukowym bajdurzeniem, to pobiegnę szukać skarpetek albo i rękawiczek :).
10:05, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 stycznia 2011
nadzieja
Czas wybudzić się z zimowego snu. Przezwyciężyć lenistwo i kłopoty z zatokami. Samochód zamienić na rower, a telewizor na choćby maszynę do szycia. Czas wziąć się w garść i skończyć ostatni rozdział doktoratu, aby pojawiły się jakieś nowe horyzonty i wyzwania. Moje życie prosi się o kopa i o natchnienie. Moje noworoczne postanowienie, to być czujnym każdego dnia, mniej myśleć, bardziej być, w tu i teraz, które jako jedyne istnieją naprawdę i namacalnie. Marzy mi się w każdej chwili wrażliwość, taka, jakiej doświadcza się spoglądając pierwszy raz w życiu z górskiego szczytu na drogę, którą właśnie pokonaliśmy i wszystko w dole. Zanim jeszcze włączy się nam myśl i interpretacja widoków. Marzy mi się "quiet mind", o którym mówili Krishnamurti i Dalai Lama, jasność w postrzeganiu i dziecięcy zachwyt tym co jest. 
Tymczasem za oknem zięby i czyże z niezwykłą czujnością opróżniają karmnik, z gleby wychodzą krokusy, a nawet pierwsze tulipany, nic sobie nie robiąc z realnego zagrożenia mrozami. W końcu wczoraj było aż +11, powiew iście wiosenny, do tego stopnia, że nawet leszczyna już zaczyna wyglądać inaczej. 
W moim sercu kiełkuje nieśmiała nadzieja na wiosnę.



Zdjęcie zrobione w kwietniu 2005 roku przedstawia widok z Keukenhof na pobliskie plantacje tulipanów.
12:50, aniafin
Link Dodaj komentarz »