RSS
sobota, 27 lutego 2010
puste baterie i wstrętne bakterie
Czuję jak by mi się zrobiła jakaś przerwa w życiorysie. Ostatnie tygodnie minęły bezrefleksyjnie i beznatchnieniowo, trochę mechanicznie, że tak ośmielę się stwierdzić. Chyba gonię resztkami energii zeżartej już w większości przez zimę, spożytkowanej na potrzeby ogrzewania, beznadziejnie już wypatrując wiosny. Pierwsze jej symptomy już swoją drogą widać, bo nasz mały trawnik zaroił się od przebiśniegów i bladych krokusów, a i inne cebulkowe nowości wciśnięte w ziemię na jesieni zaczynają dawać znaki życia. Czas więc zacząć się budzić z zimowego odrętwienia mózgu oraz weny.
Twórcza bezczynność nie oznacza, że nic przez ten czas nie robiłam. Po odbyciu inspirującej rozmowy ewaluacyjnej z szefami, którzy nad wyraz jeszcze we mnie wierzą (takich wyznawców to i islam by się nie powstydził) rzuciłam się w ciemne wody nicieniologii i roślinologii aby ciąć, wylewać, amplifikować, infiltrować i to wszystko potem opisywać. Szefowa przemaglowała z dwadzieścia razy mój ostatni papier na ukończeniu przez co zrobił się trochę na wykończeniu. Szef roztoczył mi przed oczyma duszy wizję nowych wspaniałych eksperymentów, kładąc nacisk na fenotyp (bo jak się ma fenotyp, to świat ci po prostu leży u stóp) i codziennie sprawdzał postępy, klepiąc z uznaniem (albo dla dodania otuchy) swoją wielką łapą po mych skromnych plecach. Na osłodę zaoferował spotkanie naukowe w Portugalii (zawsze chciałam tam wrócić) już w maju i polecił nawiązać nowe kontakty w sprawie nowych eksperymentów. Solidnie zmotywowana i pod życzliwą kontrolą przełożonych biegałam przez ostatnie tygodnie jak duracelowy króliczek, pomnażałam kontakty i robiłam plany, wysmażyłam nawet pasjonującą prezentację mojego dorobku oraz otrzymałam cynk od pewnego profesora jak tu sklonować ejczłana. Wszystko jak w bajce.
Aż do zeszłego poniedziałku, kiedy to obudziłam się o 6:45 z lekkim bólem gardła i poczuciem niejakiego rozbicia. Będąc rozsądną młodą damą i w dodatku naukowcem postanowiłam zabić zarazka w zarodku za pomocą domowego sterylizatora (z braku autoklawu zostało mi łóżko). Wysłałam męża do roboty na rowerze (niech się chłopak uodparnia), a sama zapakowałam pod dwie kołdry, naszpikowałam rutinoscorbinem (no bo dla tej kobitki z reklamy, co to nie może sobie pozwolić na chorobę ze względu na gromadkę dzieci rutinoscorbin działa najlepiej) i próbowałam wyluzować z nadzieją, że w tak optymalnych dla zdrowia warunkach "gupi" wirus nie ma po prostu szans. 
A jednak sobie jakoś poradził. Rzucił mi się po kolei na mięśnie, głowę, gardło, głos i zatoki, a najbardziej chyba na mózg. Bo jak inaczej można wytłumaczyć oglądanie godzinami dzieł takich jak "My sweet sixteen - marathon" albo i choćby "16 and pregnant - marathon" oraz "Faceci do wzięcia", "Klan", "Barwy szczęścia", nie wspomnę już nawet o "Plebanii". Rozrywki te owszem przeplatane były kontaktem z internetem w celu zebrania plonów zielonego groszku i wydojenia krów, ale czy to można uznać za objaw pracy mózgu, no chyba nie. Na pewno nie na miarę DodyElektrody, o której wysokim iq (jak doniósł Plotek) trąbią włoskie tabloidy. No do DE to nam wszystkim raczej daleko. Na szczęście obliczenie biorytmów na fejbóku wykazało mi że w tych dniach byłam na wielkim minusie (szczególnie emocjonalnym, o dziwo na równi z Adamem Małyszem), co w sumie wiele tłumaczy, uff.

Był to tydzień wyjęty z życiorysu, bardzo obniżający morale oraz zaufanie do rutinoscorbinu. Ciągle smarkając i pokaszlując udałam się w końcu wczoraj do Kruidvata (co za bałagan w tym sklepie nigdy już tam nic nie kupię!) i zakupiłam co następuję: syrop z tymianku, syrop biosolvon, końską dawkę vit. C, kapsułki czosnkowe, pastylki echinacea, trachitol oraz ibuprofen. 
Po zażyciu tego wszystkiego a i jeszcze sudafedu zaczyna mi się wreszcie troszkę poprawiać, zwłaszcza w mózgu mam nadzieję. Już nawet potrafię czytać książkę, ha! Wpadło mi przypadkiem w ręce najnowsze dzieło Elizabeth Gilbert (tej od "Jedz, módl się, kochaj")- ma to tytuł "Committed" (nie ma chyba jeszcze polskiej wersji) i po przeczytaniu połowy z serca polecam wszystkim zainteresowanym problemem "małżeństwa". Napiszę może coś więcej jak skończę lekturę.
A teraz chyba znowu sobie jakiegoś syropka łyknę na zdrowie, bo nadchodzący tydzień przyniesie ze sobą same deadliny, tak czuję.

A taką reklamę rutinoscorbinu znalazłam na www.oneshot.jpg.pl (żeby nie było, że nie cytuję):



14:03, aniafin
Link Komentarze (3) »