RSS
sobota, 19 lutego 2011
czarna owca luksusowa
Wspominałam niedawno, że trudno mi się oderwać od szydełka i tworzenia za jego pomocą nowych gatunków zwierząt. Ostatnim moim wytworem jest ta oto Czarna Owca w wersji luksusowej. Choć wygląda jak aniołek, zaprawdę czarny ma charakter i dumna jest niezmiernie, arystokratycznie pobłyskując srebrzysto-czarnym futrem. Biedactwo nie zdaje sobie sprawy, że futro to powstało z włóczki polyestrowo-nylonowej o nazwie "shiny" zakupionej w Zeemanie za jedyne 1.49, dowodząc pochodzenia raczej pospolitego (to dla znawców zeemana). Nie przeszkadza jej to wcale w byciu fotogeniczną:




Czarna Owca Luksusowa powstała według fachowej instrukcji i zgodzę się tu zaraz z autorką, że z włochatej włóczki szydełkuję się koszmarnie i raczej po omacku (musiałam liczyć rzędy dotykowo zamiast wizualnie). 
Czasem warto się trochę pomęczyć dla szczytnej idei tworzenia nowych ras (każdy hodowca mi to przyzna).
11:32, aniafin
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 lutego 2011
wiosenne łapki
To dobrze, że duch w narodzie jeszcze nie upadł. Mimo prawdziwego szwalniczego wyzwania pod patronatem św. Walentego i nawet w obliczu rechoczącego widma lamówki, wzięłyśmy się jednak do roboty i były tego efekty

Po przejrzeniu mojej kolekcji materiałów zakupionych na markecie w Wakikiki po niezwykle okazyjnych cennach (posezonowa wyprzedaż na koniec lata) wybrałam trzy zgrane ze sobą, wiosenne kolory, przełożyłam to w miarę grubą watoliną i połączyłam za pomocą mego japońskiego "Brata" w pikowane łapki (bądź inne podkładki) kuchenne.
Oto co z tego mi wynikło:


A tu parę rzutów z bliska:





Projekt lutowy powstał według tej oto instrukcji, lekko zmodyfikowanej, bo zamiast obszywania gotową lamówką, zastosowałam metodę polecaną przez Marysię. Cięłam sobie paski ze skosu, przyszywałam maszynowo z jednej strony do brzegu, następnie zawijałam na drugą stronę i wykańczałam ręcznie.
Do pikowania wykorzystałam zarówno ściegi proste jak i te bardziej ozdobne, oferowane w bratowym pakiecie.

I choć sztuka szwalnicza u mnie jeszcze w powijakach (co obrazują liczne niedociągnięcia), zabawę miałam przednią i mam ochotę na więcej w przyszłości. Oczywiście jak oderwę się od szydełka:)



09:53, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011
Kotka
Podziwianie Sankowych arcydzieł zainspirowało mnie dnia pewnego do wyprodukowania z resztek dwóch zielonych włóczek tego oto osobnika nazwanego potocznie Kotka. Niezła z niego pokraka, a i ucho ma jedno mniejsze, ale bez problemu wtopił się w tło i dogadał z dotychczasowym zoo. Resztki włóczki się skończyły, więc zmuszona byłam ;) zawitać do starego dobrego zeeman'a i zaopatrzyć się w górę motków w kontrowersyjnych kolorach. Normalni ludzie, stojący w kolejce przede mną, kupowali po 6 motków z jednego koloru. Nic dziwnego, że pani miała rozbawioną minę, gdy wywaliłam jej na ladę dziesięć kłębków, a każdy inny i do reszty absolutnie pasujący. Ciekawe czy nie zaczęła sobie biedaczka wyobrażać nagle sweterka, który z nich powstanie;)
Mam motki, mam zakres szydełek i jak zawsze mam trochę czasu wieczorem na kanapie, kto wie co jeszcze stworzę. Tymczasem tylko tydzień do deadline'u. Jakiego spytacie. O pracy doktorskiej pomyślicie. A gdzie tam! 
Termin ten dotyczy wyłącznie następnego wyzwania projektu 12/12 czyli rękawicy kuchennej w temacie walentynkowym. A więc nie straszne mi lamówki (mam nadzieję), maszyna moim przyjacielem i weekend nadchodzi, a z nim nowe wyzwania...


19:34, aniafin
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 lutego 2011
Kretka czy Kretek
Na cześć wszystkich doktorantów wykańczających swoje wiekopomne dzieła stworzyłam wczoraj tego oto Kretka albo Kretkę (praca naukowa prowadzi do zacierania się różnic między płciami;)). Wszystko tutaj ma znaczenie symboliczne. Fioletowe zabarwienie skóry - od nadmiaru sztucznego oświetlenia; skręt szyi - od patrzenia w górę na szefa zatrzymującego się na chwilkę przy biurku, w celu sprawdzenia postępów; małe, zmarszczone oczki za okularkami - od godzin intensywnego wpatrywania się we własne oraz czyjeś wypociny; różowy nos, łapki i stópki - od przekopywania ton literatury (przynajmniej się nie można pobrudzić).
I chociaż Kretko-Kretkę wymyśliłam w trakcie robienia, to szybko urósł on to rangi symbolu, a potem powiększył grono potworków.
Wciągające to szydło, nie powiem...


A dziś kładę ostatnie szlify na streszczenie i przerabiam dyskusję.
Po południu natomiast zamierzam zapodać francuskim studentom około czterdziestu slajdów z obszernym komentarzem. Sami się prosili, trzeba było się nie wyrywać (podobno sami podjęli inicjatywę odwiedzania okolicznych grup w celu poszerzenia horyzontów).
Najważniejsze, że wróciło słońce, po tygodniu przygnębiającej szarówki, powitało nas niebieskie niebo, spektakularny wschód słońca i śpiew ptasząt wszelakich ( a nie tylko srok). Nawet krety zaczęły wychodzić.
09:53, aniafin
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
resztki
Już był w ogródku... Magiczna data 1 lutego za pasem, a ja nadal zajmuję się wykańczaniem końca mojego dzieła życiowego. Mam oczywiście wielką motywację, ale w tym tygodniu (oraz w poprzednim) przygniata mnie wielka senność z rana. Szczerze mówiąc to rozkręcam się intelektualnie koło 14, cały ranek spędziwszy na klikaniu z papieru na papier, z referencji na referencje, z mądrej strony na mądrą stronę (z przerwami na fejsbóka). 
Próbuję różnych chwytów: wesołej muzyki, słonecznego koloru na desktopie, litrów zielonej herbaty (skończyłam z kawą;)), mądrości zen, rozmów z kolegami, poczucia winy. Nic. Wystarczy, że popatrze na biało-czarność dokumentu na tle szarości poranka, zaraz dopada mnie przymulenie i wszystkojedność.

Natomiast po południu, gdy już sobie zdążę pomyśleć "ja dziś już nic mądrego nie napiszę", włączają mi się nagle jakieś zwoje i udają zarazy, że ani na chwilę nie przestały funkcjonować. Wtedy olśniona piszę, łączę logicznie kolejne paragrafy, błyskotliwie wynajduję nowe referencje, wyciągam wnioski... A wszystko po to by mą dyskusją generalną zadziwić kiedyś komisję i innych nieszczęsnych czytelników. Już witał się z gąską... 

Potem do końca krótkiego w sumie dnia pracy wyrzucam sobie, że gdybym tak ładnie przepracowała cały dzień, to skończyłabym w połowie krótszym czasie. Z tym postanowieniem zmykam do domu, by serce swe oddać gotowaniu, wytwarzaniu szydłowych potworków oraz przygodom Penny.  Tak to ostatnio wygląda, bardzo powoli zbliżając się do szczęśliwego zakończenia. 

W czwartek za to w ramach rozrywki i odskoczni ucieszyłam swym widokiem drogich kolegów na sympozjum szkoły doktoranckiej - eksperymentalne nauki roślinne. Gościnny mój występ odbył się w Amsterdamie - siedzibie ogólnego zepsucia - i zaintrygował wielu;). Mimo wszelkich związanych z tym nerwów, za każdym razem, kiedy na nowo staję przed ponad setką znudzonych twarzy i po roztoczeniu przed nimi powerpointowych widoków dostrzegam ten błysk zainteresowania (pomieszanego z niedowierzaniem) w oczach, czuję że żyję. Pomaga mi w tym z pewnością sącząca się adrenalina a także próżność własna, która w roli szołmena odnajduję wzmocnienie i satysfakcję. 

Po niespotykanie ciepłym, wietrznym i mimo to spokojnym weekendzie ruszam do roboty.  W tym tygodniu muszę trochę pogonić szefów, żeby wreszcie wzięli się za poprawianie moich ostatnich wypocin. A w ramach bonusu już jutro dostaję przygotowany na prędce (last minute!) występ przed grupą francuskich studentów (o la la!) złaknionych wiedzy o nicieniach.

Je suis un petit papillon avec chocolat :) Sacre bleu!


09:28, aniafin
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 lutego 2011
zdrowe myślenie
Mogę napisać ten doktorat, niezależnie od tego jak mi się nie chce.
16:16, aniafin
Link Komentarze (2) »