RSS
poniedziałek, 23 listopada 2009
gdy wiosna w listopadzie, to świat w lekkim nieładzie
Po zamrażarkowym koszmarze przyszła pora na spokojny weekend. Wiało co prawda jak za przeproszeniem w kieleckim, ale w osłoniętych nieckach terenu w połączeniu z ostatnimi promieniami słońca bywało wręcz przyjemnie. Temperatury się zrobiły nieco nawet za przyjemne i w efekcie cieplarnianym z gleby zaczęły wychodzić jakieś pędy (stawiam na krokusy lub narcyzy), spodziewane dopiero na wiosnę.
 Posadziłam w tym roku jakieś 200 cebulek, coby ładnie było na wiosnę. Tulipany, narcyzy, krokusy, zostały zaaranżowane w nieładzie artystycznym lub jak kto woli w kompozycji dzikiej, dlatego nie wiem nawet gdzie co dokładnie rośnie. Niespodzianka miała nastąpić w marcu, najwcześniej pod koniec lutego. A tutaj fala listopadowych upałów krzyżuje nieco moje ogrodnicze starania. Rozejrzałam się po wiosce, czy to tylko u nas takie przyśpieszenie. Wygląda na ogólny trend: zakwitające forsycje, nabrzmiałe pąki hortensji, świeżutkie liście mniszka lekarskiego, no dajcie spokój. Jak tak dalej pójdzie to na Boże Narodzenie będziemy święcić palmy. Tylko przesunięcie bieguna północnego nas może uratować, ale to niestety nastąpi dopiero wraz z końcem świata za trzy lata w grudniu i do tego w Nowym Jorku. No chyba że Mayowy kapłan wstrzyknął sobie za dużo dragów i daty mu się pomyliły, albo tak niewyraźnie artykułował, że jego osobista sekretarka (no może westalka albo wersalka) źle zrozumiała. A my przez to teraz żyjemy w ciągłym strachu przed końcem świata i kombinujemy jak by się tu przez te trzy ostatnie lata dobrze zabawić/zasłużyć (w zalezności od orientacji wyznaniowej). A wiosenne roślinki i tak wiedzą najlepiej ("popatrzcie na lilie w polu"), że koniec świata nastąpi już w tym roku, dlaczego by w innym razie zakwitały w listopadzie...
09:08, aniafin
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 listopada 2009
zgimpowane spacery

17:01, aniafin
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 listopada 2009
dyżury
A taki to list wystosował Wiebke (na szczęście tylko do mnie i Capsera) w związku z powierzoną nam misją odmrażania zamrażarki pod nieobecność Zgreda nad Zgredami.
Ten ostatni musiał się bowiem niestety poświęcić nauczaniu studentów za pomocą bebeszenia kurczaków.
List o oryginale, bo w tłumaczeniu dużo by stracił na autentyczności:

Dear all,
 
I have made a schedule for monitoring the thawing process of the -20 freezer in the SPIT lab. Everybody has to take turns to monitor the freezer to make sure that no water is spilled on the floor of the SPIT lab.
 
Because we do not know for sure when the freezer will be fully thawed (and even if it looks like it is fully thawed it could still be leaking) we will monitor it until at least tomorrow afternoon but it could be longer or shorter, but then I will send you a new schedule.
 
There are also general stocks in the freezer so everybody also Aska and Geert have their turn.
 
Every hour the plastic trays in front of the freezer which are used to catch the waterdrops have to be emptied. When you do this it is very important to place an other empty tray in place of the old one because otherwise water will come on the floor while you are emptying the other tray. The tray has to be dried with paper towels. Do not throw away all the water at once because then the sink might get clogged or overflow.
 
So it is better to first empty for 1/4 using a large beaker glass, then wait for all the water to disappear from the sink and then to another 1/4 and so on until the tray is empty. In the mean time look at the temporary freezer to see if the power plug is still in and if it is till on the right temperature. Please also check behind the freezer to ensure there is no water leaking from the back side of the freezer!
 
Thank you,
 
W.
 
 
Schedule for monitoring the thawing process of the -20 freezer SPIT lab:
 
    Wednesday 18 November
    12:00-14:00 Casper
    14:00-16:00 Hein
    16:00-18:00 Jose
    18:00-20:00 Wiebe
    20:00-22:00 Aska
    22:00-00:00 Casper
    Thursday 19 November
    00:00-04:00 Anna
    04:00-08:00 Geert
    08:00-10:00 Casper
    10:00-12:00 Anna
    12:00-?

Dodam tylko że podobne maile wysyłał do nas Zgred nad Zgredami przez całe lato, a chodziło tylko o podlewanie ziemniaków w szklarnii. Jak znajdę jakiś oryginał (choć obawiam się, że za mocno wyczyściłam skrzynkę) to kiedyś zapodam.
Popłakałam się przy tym ze szczęścia.
08:09, aniafin
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 listopada 2009
epoka lodowcowa już za nami
Środa w tfu-laboratorium (takie sobie tłumaczenie SPIT-labu) na długo zapiszę się w historii ludzkości. Tego dnia z rana Zgred, który przyszedł do pracy już o wpół do ósmej ( a takie dokonanie zwykły jest podkreślać w rozmowie z każdym napotkanym kolegą już do końca danego dnia), zarządził rozmrażanie zamrażarki. Czynność ta absolutnie do błahych nie należy, wymaga dokładnego zaplanowania, koordynacji i wybitnego przywództwa. Któż inny mógłby się tym zająć jak nie Zgred nad Zgredy, a raczej dobrze wyszkolony zespół pod jego kierownictwem. Zadanie wydawało się z pozoru proste. W tfu-labie stała już od jakiegoś czasu i się mroziła zamrażarka zastępcza, taka bez szuflad, z dwoma komorami, ładowana od góry. Misja polegała na przeniesieniu zawartości zamrażarki roboczej (wyposażonej w szuflady osobowe z naklejonymi imionami) do zamrażarki zastępczej, tak żeby pudełka i probówki jednego kolegi nie pomieszały się z innymi kolegami. Potem zamrażarkę roboczą należało odłączyć i rozmrozić, w taki sposób by nie podtopić podłogi i sąsiadów z dołu.
Zgred zarządził więc w tym celu zebranie.
Na początku zebrania wyraził ubolewanie, że Jose jeszcze tutaj nie ma. Co prawda poprzedniego dnia Zgred zakomunikował mu że rozmrażanie zaczynamy o 13:30, no ale cóż plany się zmieniły, a Kolumbijczyk pewnie jak zwykle rano śpi. Pocieszyliśmy go chórem, że zajmiemy się szufladą niewdzięcznego kolegi.
Z niedowierzaniem na twarzy Zgred zaczął swój piętnastominutowy referat nt. "Praktyczne rozmrażanie zamrażarki naukowej". Długo by przytaczać, podsumuję lepiej w kilku punktach, czego się tamtego pamiętnego ranka nauczyliśmy (ja, Wiebke i Capser), otóż:
1. Drzwi od zamrażarki roboczej nie mogą zostawać otwarte dłużej niż 10 s (tu nastąpiła demonstracja, jak je zamykać)
2. Drzwi od zamrażarki zastępczej nie mogą zostawać otwarte dłużej niż 10 s (tu nastąpiła demonstracja, jak je zamykać)
3. Łamanie dwóch powyższych zasad grozi przyśpieszonym rozmrażaniem cennych próbek (na których pozyskanie rzesze uczonych poświęciły całe lata ciężkiej pracy - tu nastąpiły przykłady)
4. Temperaturę w zamrażarce zastępczej należy sprawdzać w odstępach pięciominutowych, bo może zacząć drastycznie spadać w wyniku łamania zasady nr.2 (co na pewno nastąpi z chwilą, gdy Zgred przestanie osobiście nadzorować pracę zespołu).
5. Materiał pochodzący z jednej szuflady należy ułożyć, jeśli to możliwe w jednej warstwie, unikając tworzenia nierówności, które w efekcie mogły by spowodować przemieszczanie się warstw górnych.
6. Materiał pochodzący z różnych szuflad układany w warstwach należy oddzielać od siebie za pomocą przyciętych na miarę arkuszy papieru.
7. Przycięte na miarę arkusze papieru należy dokładnie oznaczyć za pomocą grubego, niezmywalnego flamastra, poprzez wypisanie na nich imienia właściciela/użytkownika szuflady oraz daty dzisiejszej.
8. Należy bezwzględnie zapobiegać powstawaniu tak zwanych "dziur" między poszczególnymi warstwami, które w połączeniu z tworzeniem nierówności, mogły by doprowadzać do obsuwania i mieszania się obiektów pochodzących z różnych szuflad.
9. Należy co jakiś czas sprawdzać czy temperatura w zamrażarce zastępczej nie spada drastycznie w wyniku ignorowania zaleceń z punktu nr.2 oraz sprawdzać czy zamrażarka zastępcza jest nadal podłączona do zasilania (w przypadku gdy by się po prostu sama rozłączyła).
10. Po opróżnieniu zamrażarki roboczej, której rozmrożeniu do tej pory zapobiegaliśmy poprzez stosowanie się do zaleceń z pkt. 1, należy zamrażarkę tę odłączyć od zasilania, otworzyć jej drzwi oraz ustawić w pozycji przechylonej (tutaj następowała lista sposobów utrzymywania zamrażarki z stanie przechylonym wraz z ich głównymi zaletami i wadami)
11. Pod drzwi przechylonej zamrażarki należy postawić pojemniki plastikowe płaskie, do których będzie następnie skapywać woda pochodząca z rozmrażania lodu w zamrażarce. Pojemniki te są alternatywą do zwiniętych papierowych (lub szmacianych) ręczników, zapobiegającą odpływowi wody. Poziom wody w pojemnikach należy regularnie sprawdzać i w razie potrzeby ostrożnie je opróżniać.
12. Szuflady z zamrażarki roboczej należy delikatnie przenieść (nie ochlapując przy tym podłogi) na ustawione wcześniej przez Zgreda plastikowe tace w celu ich rozmrożenia, a następnie co jakiś czas kontrolować proces ich rozmrażania, po czym jak już staną się prawie suche, osuszać je stopniowo i dokładnie za pomocą ręczników papierowych.
Tak wyglądała jakaś połowa wykładu Zgreda nad Zgredy, a później było jeszcze lepiej, bo omówiono w skrócie przenoszenie materiałów z zamrażarki zastępczej do zamrażarki roboczej dnia następnego.
A jutro postaram się opublikować (w oryginale) e-mail, jaki Wiebke wystosował do nas w związku z Projektem Rozmrażanie Zamrażarki.
To był ciężki dzień.

20:18, aniafin
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 listopada 2009
piosnka
Zimą z Chicago jest tak samo zimno jak u nas albo jeszcze zimniej. Nic więc dziwnego, że niektórzy zajmują się wymyślaniem prostych piosenek na rozgrzanie serc i grają je na ulicach. Przy okazji można się trochę poruszać (chwyty gitarowe) i nieco zarobić (choćby uśmiech albo w łeb jak się komuś nie spodoba). Clip ten znalazłam na stronie kalifornijskiego radia KOIP, którego używam do słuchania amerykańskich x-masowych piosenek już w listopadzie, bo też podnoszą na duchu i "pozwalają przetrwać stresujący dzień w pracy" jak głosi sama rozgłośnia.
Oczywiście nie każdy jest tak odważny i bezwstydny jak ja, i większość na świąteczne piosenki pozwoli sobie dopiero po mikołajkach. Dla tych wszystkich nieszczęśników zamienna piosenka 1, 2, 3, 4...


11:05, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
bohaterka z dzieciństwa

Znowu będzie o Japonii, bo się tak jakoś rozmarzyłam pod wpływem zdjęć i opowieści Marysi.
Przypomniały mi one o moim wzorcu osobowym z dziecinnych lat. 
Jakoś tak w latach osiemdziesiątych chyba, byłam wtedy bowiem małą dziewczynką, bawiącą się misiami, nadawano w Polsce japoński serial "Oshin". 
Musiało to być gdzieś pomiędzy "W rytmie disco" a "Niewolnicą Isaurą", w okresie przejściowym między telewizorem czarno-białym a kolorowym. Podczas gdy seriale brazylijskie pamiętam jak przez mgłę (nawet dosłownie, bo podczas tego pierwszego nasza TV trochę nawaliła, i mięliśmy dźwięk bez obrazu), to małej, dzielnej Japonki, która od prostej służącej doszła do statusu właścicielki sieci sklepów, nie zapomnę jako żyję.
 Losy Oshin stały się dla mnie i mojej siostrzyczki inspiracją do zmiany stylu życia i zabaw przez całą jesień i zimę. Okres ten bowiem jak żaden inny nadawał się do dogłębnego współodczuwania z biednym japońskim dzieckiem, na które wszyscy krzyczą, popychają do opieki nad dziećmi, zmiany pieluch i prania ich w lodowatym strumyku, które musi się zadowalać porcją głodową ryżu, a jednak, wbrew wszelkim niedogodnościom i przykrościom, ma zawsze pogodne oblicze, życzliwość wobec bliźniego i zapał do nauki. Ania z Zielonego wraz z Polyanną miały przy niej jak w raju. No powiedzcie, jak tu można jej nie podziwiać.
 Szczególnie gdy się jest rozpieszczonym siedmiolatkiem, dowożonym do szkoły autem, na którego zawsze czeka ciepłe śniadanko, obiad i kolacja, ba a nawet ciepły telewizor. Oshin zawróciła nam w głowach całkowicie. Odtąd chciałyśmy być takie jak ona.  Dwa brązowe miśki przywiązywałyśmy sobie zgrabnie szalikami do pleców, kolorowe płachty nieudolnie układałyśmy w kimono a na podwórku szukałyśmy lodowatej wody i naczynia do jej noszenia. Ale to co najbardziej zapadło mi w pamięć, to ryżowe ciasteczka. Nie pamiętam już w jakim to było kontekście, ale wiem na pewno, że biedna Oshin wyrabiała albo i dostawała od kogoś ryżowe ciasteczka. Nie wiem dlaczego, ale był to dla nas najistotniejszy, zaraz po przywiązanych na plecach dzieciach, element jej życia. 
Długo kombinowałyśmy więc jak by tu takie ciasteczka zrobić. Jednym ze sposobów, było lepienie ze śniegu i pozostawianie, żeby zamarzły przez noc i przez to nabrały mocy. Ale jeszcze lepszy pomysł podsunęła nam... kampania buraczana. 
W czasach kiedy jeszcze polskie cukrownie nie stały na granicy bankructwa i wymarcia, a rolnikom żyło się dostatnio, dziadek nasz odstawiał co roku tony buraków cukrowych, po czym dostawał w zamian (oprócz pieniędzy) tony tzw. wysłodków, czyli poszatkowanych drobno buraków bez cukru. Takich wysłodków używało się do skarmiania bydła. Najpierw lądowały one w silosie i kisiły się chwilkę. A jeszcze wcześniej stały sobie koło tego silosu na przyczepie i zachęcająco parowały na mrozie (dostawało się je ciepłe).
 I tu nas olśniło, białe, ciepłe, całkiem pachnące (burakami) i wygląda jak ryż! Tylko tego nam było trzeba, tup, tup, tup, w tajemnicy przed dziadkiem (miało się ten respekt) wspinałyśmy się na paluszkach (na przyczepę włazić nie było wolno) i wykradałyśmy te wysłodki, by później za pomocą wody i mrozu formować z nich najprawdziwsze ryżowe ciasteczka. A jak dziadek trochę pomarudził (znowu te dziecioki wysłodków naroznosiły po podwórzu), to jeszcze bardziej było warto. Dawało to słodką satysfakcję bycia jak Oshin, wbrew całemu brutalnemu światu dorosłych, zawsze dzielną, zaradną i uśmiechniętą.
17:16, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009
buenos dias święty Mikołaju!
Co roku zaszczyca nas swoim przyjazdem. Na statku-parowcu pokonuje mile morskie dzielące nas od Hiszpanii, zabiera ze sobą gromadę czarnych jak smoła niewolników, laskę, konia i wory prezentów. Nie wiemy dlaczego z uporem co roku wybiera właśnie ten maleńki i skromny kraj. Może ze względu na sentyment do wiatraków, które, jako ziomek Don Kichota, uważa za niezbędny element krajobrazu. Może ze względu na uwodnienie terenu, w jakim bowiem innym kraju (oprócz Japonii i Filipin), mógłby tak swobodnie przemieszczać się drogą wodną? Może ze względu na ogólną tolerancję i brak rasizmu, gdzie indziej bowiem może oskarżony zostałby o wspieranie systemu niewolnictwa, a jego drużyna pobita w ciemnej uliczce przez gromadę skinheadów? 
W świetle powyższych argumentów, Holandia jawi się dla hiszpańskiego świętego miejscem idealnym. I wszyscy go tu kochają, miłością pełną respektu i nadziei (na peppernoty).
W tym roku przybył oficjalnie do Schiedamu. I choć pogubił się trochę w sieci miejskich kanałów (za wszystko w końcu oberwało się niewolnikowi), a pani burmistrz prawie dostała zawału na widok jego braku przed ratuszem, to wreszcie udało mu się dosiąść rączego rumaka (Amerigo) i z wielka pompą ukazać się zebranemu tłumowi. Dzieciątka śpiewają mu skoczne piosenki, pokrzykują głośno w stronę niewolników (Piiiiiiit! Piiiiiiit), i wyciągają zmarznięte łapki po pepernoty i kruidennoty (rodzaj piernikowych ciasteczek).

Właśnie w telewizji śledzimy istny zamach stanu porównywalny z sukcesem Baraka Obamy. Otóż pod chwilową nieobecność Mikołaja w sali tronowej, miejsce na ozdobnym krześle zajął jeden z niewolników i próbuje przekonać zebraną tłuszcze, że to on jest nowym wcieleniem Świętego. Długo to mu się jednak nie udaje, w końcu to nie jakaś tam hameryka (choć koń Amerigo), żeby nam się hierarchia mieszała i rasy zamieniały miejscami. 

O właśnie wrócił Mikołaj ochrzanił bezczelnego Pieta i odebrał mu tron. O właśnie, tak ma być. Z radości rozdzwoniły się dzwony w pobliskiej katedrze, dzieci tańczą makarenę, a hiszpański Święty nienaganną holenderszczyzną ogłasza: " Od jutra możecie wystawiać buty!". Hura! Hura! Hura! Co za dzień!

To były moje wrażenia z przybycia Świętego Mikołaja do Schiedamu. No a teraz muszę się już zacząć dobrze zachowywać i wyczyścić obuwie.





13:26, aniafin
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 listopada 2009
na japoński rynek

Wiemy już, że Japończycy lubią ciekawe wynalazki. Przez ostanie dni dzięki Marysi zachwycaliśmy się do bólu kibelkami wyposażonymi z elektroniczne gadżety, które nie tylko podgrzeją ci pupę i zagłuszą wiatry, ale także zanalizują twój mocz (precz z testami ciążowymi!) i kto wie, może nawet zmierzą ciśnienie?

Przygotowana duchowo na podobne rewelacje, nie zdziwiłam się absolutnie w obliczu prezentacji tej oto odjazdowej  triumfującej bielizny. Oprócz oparcia i seksapilu zapewnia ona dostęp do twojego ulubionego (no niech ktoś zaprzeczy) sportu, gdziekolwiek jesteś. Czekasz na spóźniający się samolot, w kolejce po szczepienie na grypę czy choćby masz wolną chwilkę w labie zanim twój żel się rozwinie?  Nie ma sprawy, wystarczy odpiąć parę haftek, dać biustowi moment luzu, rozwinąć dywanik, wyciągnąć z kieszonki piłeczkę a z wózka odpowiedniego rozmiaru kij golfowy i gotowe. Do bólu możesz teraz ćwiczyć eleganckie uderzenia, a może nawet zaproponować innym pasażerom, pacjentom, kolegom miłą partyjkę golfa.

Mam nadzieję, że Marysia przywiezie nam parę sztuk, już się nie mogę doczekać...


08:42, aniafin
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 listopada 2009
uszi
Naczytałam się Marysiowych opowieści o Japonii. Ech, ciekawy to kraj ze swoją wysoką techniką (ech te kibelki!), zadziwiającym konfucjańskim honorem, konformizmem i umiłowaniem tradycji, intensywnym trybem życia, w którym znajduje się czas na artystyczne układaniem warzyw w garnku i słynne parzenie herbaty. Mój najintensywniejszy kontakt z tym krajem to wpadanie na tuptające grupki zdominowane przez starszawe i malusieńkie Japonki na szwajcarskich ścieżkach, rozmawiające ze sobą bardzo dynamicznie i przeważnie uśmiechnięte. Zdecydowanie budzą sympatię. 
A tak na holenderskiej ziemi Wendy van Dijk wciela się w postać japońskiej dziennikarki Ushi i wkręca w ten sposób sławy szołbiznesu w niemałe zakłopotanie i śmiechową histerię:

         


20:02, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 11 listopada 2009
na świętego marcina najlepsza gęsina
a jeszcze lepsze Snikersy. Tak przynajmniej sądzą dzieciaki. Dzisiaj w królewskich niderlandach święto i to wcale nie niepodległości (tfu, do pracy było trzeba). Tutaj w kraju do szpiku chrześcijańskim nie przykłada się wagi wcześniej do jakiś tam haloweenów ani dziś do patriotycznych uniesień. Zamiast tego czci się wielkich świętych z pierwszego wieku naszej ery i pod tym jakże chlubnym płaszczykiem kontynuuje się pogańską tradycję obnoszenia świateł po okolicy połączoną ze śpiewaniem skocznych zwrotek o świętym Marcinie i oczekiwaniem za to wynagrodzenia. Właśnie przetoczyły nam się przez próg gromady dzieciaczków z dyndającymi lampkami. Ciekawe dlaczego lampki te były w dużej części oparte na wzorze dyni i nietoperza?  To chyba tylko święty Marcin wiedzieć może. Biedaczysko naburzył się tych pogańskich świątyń i świętych gajów powycinał hektary aby na koniec wrzucono go w jeden worek z jack'o'lantern i pogańskim świętem płodności. Historia i tradycja ci wszystko wciśnie, miłość ci wszystko wybaczy. A na koniec chodzi tylko o naszą tęsknotę za światłem w mrocznym listopadzie i uzupełnianie kalorii przed zimą. Nie trzeba było tak od razu. Nic to, przynajmniej miło mi było (bo chłop się raczej ukrywał) jak mi sympatyczne dzieciaki pod drzwiami piosnki śpiewały i mocno przy tym chichotały, a na koniec grzebały w misce wyławiając swoje ulubione wersje marsopochodnych batoników. Na szczęście coś jeszcze zostało to idę sobie przekąsić.

 


(zdjęcie zapożyczone z sieci: xpdigital.blogspot.com)
20:35, aniafin
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 listopada 2009
klimaty
Jakieś pięć lat temu szwendaliśmy się romantycznie co niedziela po okolicznych lasach i parku Hoge Veluwe. Jakoś tak wtedy nie przejmowałam się otaczającym krajobrazem (chwilowe zamroczenie umysłu). Za to po latach odgrzebuje stare zdjęcia wykonane wtedy jeszcze klasyczną lustrzanką i oprócz wrażeń artystycznych, przypomina mi się tamten klimat miłych uczuciowych zawirowań i wyjątkowo "słonecznej" jesieni. Niektórzy zakochują się głównie wiosną oraz w maju, mnie bardziej podoba się wersja jesienna. W maju jest już bowiem wystarczająco miło i radośnie. Dopiero gdy nadchodzą chłody i długie wieczory, nie ma jak stan irracjonalnego uniesienia (na przekór zimowej depresji) i ciepła dłoń zamiast rękawiczki. Dla mnie sprawdza się to też przez cały rok, bo jakby na wspomnienie tamtych szalonych jesiennych początków, w każdą jesień i zimę lubimy się najbardziej.
Jesień, jesień ach to ty...





Dzisiejsze impresje nie są może tak romantyczne, ale mają w sobie wystarczająco dużo głębi i jeszcze więcej treści. Życie toczy się zdecydowanie dalej, zwalnia trochę na szczęście i twardo stąpa po dobrej i podniszczonej ziemi. 




19:42, aniafin
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 listopada 2009
deszcz
Kolejny deszczowy tydzień za pasem. Szaruga była na całego, ciemno, mokro, wietrznie, szczególnie rano i wieczorem, kiedy trzeba było się przemieszczać między domem a pracą. Trudne warunki atmosferyczne (oraz zaburzenia równowagi w układzie kierowniczym renówki) sprawiły, że dwa razy, o zgrozo, odstąpiliśmy od szczytnej idei turystyki rowerowej i udaliśmy się do roboty autem. I to akurat w tygodniu, w którym media niderlandzkie postanowiły zachęcać obywateli do tego zdrowego i przyjaznego środowisku sposobu komunikacji.
Też sobie tydzień wybrali swoja drogą. Wadą nie używania rowerów z rana, jest też dłuższy czas potrzebny na obudzenie i wzrastające zużycie marnej kawy z automatu. Codzienne pedałowanie 2x7 km pod górkę poprawia krążenie, przemianę materii i podwyższa poziom endorfin, z radością więc już w piątek przesiedliśmy się na nasze żelazne mustangi. Jedynie ciężki wydaje się moment zamiany cieplutkiego pomieszczenia (w otwartej przestrzeni radixa temperatura dochodzi czasem do 28C!) na ciemne wywiejewo, a raczej sama myśl o tej zamianie. Po pokonaniu pierwszych metrów na rowerze często myślę sobie, hmm nie jest w sumie tak źle. Nawet siąpiący deszcz, który odstręcza najbardziej, gdy jest jeszcze za oknem, już przy bliskiej konfrontacji wydaje się oswojony i niegroźny. 
Las wygląda całkiem czarująco, choć potężne buki straciły już większość liści, a jaskrawy dywan przybladł nieco pod wpływem deszczu i postępującego rozkładu. Co jakiś czas przystaje w duchu zdumiona przed jakimś przyrodniczym dziełem sztuki czy arcydziełem krajobrazu, bogactwem, którego człowiek, przy całej swej ambicji i arogancji, nigdy nie będzie w stanie stworzyć, odtworzyć czy nawet opisać. 
Możemy jedynie i aż, na to wszystko się zapatrzeć, w danym momencie, całym istnieniem, choć na chwilę zaprzestając interpretacji, choć na moment zmieniając świat naszych idei na rzeczywistość. Jednym słowem "zamknij się (skończ z tym wewnętrznym paplaniem) i popatrz", poczuj ten wiatr i deszcz na własnej skórze, poczuj że oddychasz, jakby życie przydarzało ci się po raz pierwszy. 
Za mocno żyjemy we własnej głowie, za słabo w ciele i tym co nas otacza. Dlatego czasem mam ochotę powiedzieć tym wszystkim wymądrzającym się autorytetom, którzy karmią nas codziennie wszelkiego rodzaju ideami i bezwartościową papką informacji (przypadki grypy na świecie, zamachy w afganistanie czy upadek kolejnej firmy) "zamknijcie się i dajcie nam spokój", sami sobie dajcie spokój, spróbujcie żyć, poczuć, odkryć prawdę poza słowami, i dajcie nam szansę odkryć na nasz własny sposób. Nie wkładajcie nam do głów czegoś czego sami nie wiecie, starych prawd w nowym wydaniu, płonnych nadziei na przyszłość, słów bez treści. A jak nadal macie zamiar tracić na to czas, to wasza sprawa, ja się wyłączam z obiegu, a włączam świadomość, wrażliwość i ciszę, bo mam taki wybór, wolny i do wzięcia w każdej chwili. 


15:37, aniafin
Link Dodaj komentarz »