RSS
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Zjesz pieroga, a potem będzie jeszcze lepiej!

Basia jest w siódmym niebie. Przyjechała ciotka z zagranicy. Towar ;) nowy, wypoczęty i niewyeksploatowany, zawsze chętny do gonitwy wokół domu, nieodmawiający zabawy (no bo widzą się zaledwie pare razy w roku) i zakochany w małym aniołku.

Słowem despotyzm dwulatka czas zacząć!

"Ciocia, idziemy się pobawić!" 

Plac zabaw znajduje się u babci w pokoju, oprócz babcinego łóżka, jestsię tam podłoga wysłana kocami i dywanami, stos pluszowo-gumowo-papierowo-plastikowy, stos poduszkowy, biurko z cudami techniki (teren zakazany i nieodmiennie pożądany) oraz chałupa. Chałupa to kolorowy płócienny domek typu namiot rozpięty na plastikowej konstrukcji, popularny do zabaw w domu i ogrodzie, odziedziczony po ciotkach. Ma piękny czerwony dach (z dachówkami), żółte ściany, firankowe okna i zielone drzwi.

"Ciocia, teraz będziemy się chować w chałupie!"

Bardzo chcąc (nie chcąc) stara ciotka ładuje swój tyłeczek do chatki i czeka na dalsze wytyczne"

"A teraz stawiamy chałupę na łóżku!"

"Basiu, ale jak to, chałupę na łóżku? Przecież to łóżko babci!"

"Ale moja chałupa!"

W związku z powyższym targa Ciotka  rozpadającą się chałupę na łóżko swej własnej matuli i dokonuje niezbędnych napraw.

"A teraz chowamy się w chałupie!"

To już przerabialiśmy, idzie jak z płatka.

"Ciociu, a teraz ty tu się będziesz chować, a ja idę do babci i przyniosę nam lody"

"Ależ Basiu...."

Scena w kuchni. Babci nie ma, ale za to ciocia pilnuje domowego ogniska.

"Ciocia, są lody?"

"Nie Basiu, nie ma lodów, zresztą zima teraz i ..."

"Lodów nie ma, ale przecież jest serek!" - oblicze pociechy rozjaśnia się nawet bardziej i za chwilę w plasterkiem serka topionego firmy Hochland udaje się na plac uciech.

" Ciocia, lodów nie było, ale był serek! To ty teraz zjesz serek, a ja ci przyniosę pieroga!"

W głowie ciotki w połowie zajętej przeżuwaniem serka topionego pojawia się straszna wizja pieroga. Miękkiego, ociekające tłuszczem, skapującego na dywany, koce, poduszeczki, śliczną różową sukieneczkę małej księżniczki a zaraz potem za własną świąteczną śnieżnobiałą bluzeczkę...

"Ależ Basiu, proszę, nie przynoś mi pieroga, nie lubię pierogów, a poza tym się pobrudzisz i dopiero nam tata (jedyny autorytet w rodzinie) da ..."

" Ależ ciociu, no co ty?, nie bądź taka!, zjesz pieroga, a później będzie jeszcze lepiej!"

I oddala się do kuchni, gdzie na stole pysznią się zabójcze pierogi z kapustą i grzybami, a ciotka jak w horrorze hiczkoka wyobraża sobie to "lepiej" i modli, żeby raczej zostało po staremu;)

"Sama radość - zapiszczał Mikołaj kończąc służbę" (parafraza cytatu z basinej bajki).

13:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 grudnia 2008
Komu w drogę, temu...

To ja się będę żegnać. Pora wyruszyć w przedświąteczną podróż do zniecierpliwonej od dni kilku rodziny. "Dlaczego tak późno? Wyjechaliście już? Dlaczego na tak krótko? A nie możecie tym razem posiedzieć dwa tygodnie? "  To słyszę i to będzie mi dane wkrótce usłyszeć z ust mych najbliższych, dla których radość i satysfakcja rozumieją się same przez się, tak że nie trzeba ich wyrażać...;) Werbalizacji wymagają zaś niespełnione oczekiwania, obawy na przyszłość i wieczne niezaspokojenie;). Tak się już zachowują i tyle. Czy tacy są, to inna sprawa, pewnie gdzieś w głębi siedzi to, czego nie wypada wyrażać, bo tak już nas nauczono. Dowodem - początek tego wpisu, do pozytywnych nie należy...

A my się ociągamy, R. jeszcze ostatkiem sił osiąga level 75, ja krzątam się by pusta chałupa mogła chociaż świecić porządkiem, ciągle śledzimy sytuacje na niemieckich drogach, wysypiamy się po ciężkim tygodniu, nadrabiamy zaległości w przedzimowym ogródku...

 Dwunastogodzinna jazda, ryzykowanie życia między agresywnymi (ciekawe że zwykle polskimi i innymi wschodnimi) tirami, przejazd od Świecka do autostrady - kolejna kaskaderska akcja, w której osobowe (ciekawe że zwykle z brytyjskimi bądź irlandzkimi tablicami) wyprzedzają na piątego.. I w dodatku wszystko to na głowę jednego kierowcy, którego baba przestała prowadzić zaraz po zdaniu egzaminu.

To wszystko jeszcze przed nami, nie należy się dziwić, że nam się nie chce...

O pozytywnych stronach nie wspomnę, tego mnie nie nauczono ( a czytało się Pollyannę, bez rezultatu).

Z pozytywnych stron będą życzenia:

Radości płynącej z prostego doświadczania rzeczywistości,

otwartego serca, które nie stawia wymagań i nie krytykuje (nawet siebie),

życzliwości dla każdego, bo szczęście należy się mu tak jak nam,

pokoju i wolności ducha, który już żyje w wieczności.

Aby te Święta były inne, wolne od komerchy i sentymentalizmu,

pełne odkryć i przebudzonej miłości.

Jezus urodził się by zacząć wszystko od nowa,

my też możemy.

Sensownych Świąt!

To życzyłam ja.

11:52, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 17 grudnia 2008
Poczdam i papier toaletowy

Otóż wybraliśmy się ostatnio do Berlina, miasta, które zawsze jest po drodze, ale nigdy jakoś się nam nie zwiedziło. Leży nam ono dokładnie w połowie tunelu czasowego między Wakikiki i Pikutkowem, w momencie kiedy jesteśmy już zwykle rozpedzęni. 6 godzin od home sweet home i 6 od kiełbaska (rozumowanie R.).

Trafiła się nam się oto gratka, R. musiał w delegację do maxa planka,  czyli szef płaci za niektóre atrakcje. Na jeden dzień się zresztą nie opłacało tak daleko, a sprawy w maxie trzeba było obgadać. W efekcie została mi podarowana połowa pięknego dnia piątkowej wolności.

Wolność tę wykorzystałam w pełni na wizytę w Poczdamie. A ponieważ instytut tudzież nasz pierwszy hotel leży raczej na obrzeżach, zachciało mi się tam podreptać na odnóżach własnych. Przez świeżo pośnieżony park. Na mapie wyglądało na niedaleko, an butach okazało się całkiem daleko.

Dzielnie  wczesnym rankiem i z nanoipodkiem na uszach pokonywałam dzielące nas kilometry (mnie i poczdamskie atrakcje), podziwiając przyśnieżone okolice. I tu pojawił się pierwszy problem. Ośnieżonych okolic nikt nie odśnieżał. Świeży śnieżek zaczął mi się pod nogami topić. Dzień wcześniej zdecydowałam, że kurcze Berlin to w końcu stolyca, miasto eleganckie, sklepy Prady itd. to przecież w górskich butach nie wypada, kozaki w przedbiegach odpadły (obcasy) z racji dłuższych przejść, zostały ulubione niemieckie zresztą trzewiki, szczyt wygody i do miasta wprost idealne.

Zdecydowanie gorsze na przedmieściach. Po półgodzinie zaczęły nabierać wody i jej nie oddawać. Zanim przebyłam Aleje Lipową prowadzącą do imponującego parku z dwoma szlossami, które był świadkami wielu szczęśliwych lat pruskich rządów, a teraz widują tylko turystów i studentów, buty moje nadawały się na wypchanie gazetami i całonocne suszenie obok kaloryfera (bardzo niezdrowe dla skóry). A miały mi jeszcze służyć przed jakieś trzy dni.

 I tu pojawił się pomysł jak u Dobromira. Szybko wcielony w życie, bo oto na horyzoncie zamajaczyła pierwsza turystyczna toaleta w Neues Palais. Toaleta równa się nieograniczonym ilościom (niemieckie panie klozetowe nie wydzielają nikomu) papieru toaletowego i jeszcze lepszych (bo trwalszych) papierowyh ręczników. Papier chłonie jak złoto (albo nawet lepiej), wkrótce zaczęło mi się robić w tych butach ciepło i przytulnie.

I tak przebyłam piękny Poczdam (jakieś zdjęcia wkrótce zarzucę) od toalety do toalety, od Starbucka do McDonalda, po drodze racząc swojego ducha (skoro ciało już nie narzekało) uroczymi widokami Chińskiego Domku Herbacianego, Wiatraka, Weinachtsmarktu (z polskimi straganami), Dzielnicy Holenderskiej (z oszukanymi fasadami) i się wcale ale to wcale nie rozchorowałam!

07:56, aniafin
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 grudnia 2008
As wywiadu

I widzicie, nie trzeba byc wcale żadną Andżeliną Żelek, żeby jakaś gazeta poprosiła was o wywiad. Zdarzyło mi się to właśnie w tym tygodniu. Niestety nie zapłacili mi też wcale 7 milionów dolarów. Hieny.

Wywiad był we wtorek, sesja zdjęciowa na rynku, a w czwartek ukazał się artykuł na caluśką stronę uniwerkowej gazety.  Nawet zdjęcie dodali, niestety z tego gorszego profilu, no ale pierwszemu darowanemu wywiadowi nie zagląda się jeszcze w paszczękę, przy drugim już będę nieustępliwa.

Zapytacie czym się tak wykazałam, że wywiadu to godne się zrobiło. Mianowicie nauczyłam się tubylczego języka czyli grrgrrrszszwttghghhhhhrryyyyyyyyy dość płynnie i potwierdziłam to papierkiem. A ponieważ na uniwerku naszym bardzo międzynarodowym opinie co do potrzeby uczenia się języka tubylców (który do najłatwiejszych nie należy) są mocno podzielone, gazetce zachciało się poznać opinię tzw. allochtonów, ich motywację albo jej brak. Wybór padł na mnie i na irlandzkiego nauczyciela akademickiego. Porównanie wyszło naprawdę ciekawie.

Artykuł jest ze zrozumiałych względów po angielsku, ale nie chwaląc się wcale, wywiadu udzielałam w języku tubylczym i wymyśliłam tam parę mądrych komunałów. Teraz jestem sławna w całym Wakikiki. Przez tydzień jakiś. 

Dla naprawdę zainteresowanych link do wersji elektronicznej, niestety bez zdjęć:

http://www.resource-online.nl/  

tam trzeba sobie kliknąć na INTERNATIONAL i po lewej z boku znaleźć:

Czyli zadanie dla wytrwałych.
Autografomanów udzielam w soboty od 10 do 10:30 ;)
No i jakby co to szukajcie mnie w gazetach...
Życie na gorąco.

 

12:45, aniafin
Link Komentarze (5) »