RSS
niedziela, 27 grudnia 2009
w drodze
Zaraz wyruszamy. Manatki już prawie spakowane, drogi w miarę przetarte, pijani kierowcy częściowo wyłapani (mam taką nadzieję), ojczyzna wzywa. Ostatni raz widzieliśmy polskie drogi w lipcu, więc jest też wątła, nikła nadzieja głupich matka, że nastąpiła jako taka poprawa. W końcu kopanie piłki 2012 już za dwa lata, to trzeba gorliwie dążyć do europeizacji szlaków, ech pomarzyć sobie mogę.
Ale teraz już muszę się duchowo przygotować na dwanaście godzin na siedzeniu pasażera, na podziwianie niemieckich autostrad i może w miarę przyzwoitą lekturę, dopóki się nie ściemni. Postój w bad oyenhausen, wizyta w królestwie hamburgerów, parę stacji benzynowych i kibelków sanifair, Lubraniec (to cwele) i jesteśmy w Pikutkowie. Jak nam siły starczy to nawet do nowego roku. Bez internetu prawie (porządny odwyk od farmvilla), a to w rodzinnej atmosferze, oddychając starymi kątami, jedząc babcine pyszności i rozmawiając dużo z własnym mężem (no bo nikt inny raczej z nim nie porozmawia; brak intertenetu; telewizja tylko z lektorem). Dużo uroków ma taki powrót do gniazda, wszelkie trudności zostają szybko zniwelowane, buzujące kiedyś jeszcze emocje, zastąpione teraz przez radosną akceptacje i spokojne istnienie, pozwalają z ciepłem w sercu przyjrzeć się własnej rodzinie i przez to sobie, zrozumieć.
Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim, którzy tutaj zaglądają. Pozwólcie waszym sercom wypełnić się światłem i miłością, otworzyć na rzeczywistość, ludzi i prawdę z nich płynącą. Nowy Rok, nowy ty zaczyna się już teraz, w tej chwili, nie odkładaj niczego na później.

11:46, aniafin
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 grudnia 2009
przemoc
Święta u teściów zaliczone. Wręcz z przyjemnością. Bo ludzie to nadzwyczaj łagodni, serdeczni i niewymagający. W ich towarzystwie da się odetchnąć i po prostu pobyć, zjeść tyle ile się chce (nie więcej), bez protestów i nacisków razem pozmywać, nie trzeba tłumaczyć się gęsto dlaczego się to jeszcze nie ma dzieci ( a zegar biologiczny tik tak, a mutacje się kumulują) oraz dlaczego się nie zaciągnie wreszcie męża do kościoła (w końcu to ich własny syn, niech sami sobie zaciągają), brak raczej dyskusji o wyższości kościoła katolickiego i polskiej kultury w ogólności nad całą resztą zgniłego świata, słowem pełny luz, żadnych pozorów i wymądrzania. Nie żebym się skarżyła na moje własne gniazdo. Cieszę się tym co jest, póki trwa, utwierdzam w moim wyborze, albo dziękuję losowi że mnie rzucił do zgniłej Holandii, która ma swoje dziwactwa, ale w której lżej się jakoś oddycha. Bo nikt tu nie toczy wojny o krzyże (w zamian raczej o chusty muzułmańskie), patrzy krzywo na bliźniego dlatego tylko, że żyje długo i szczęśliwie na kocią łapę, że nie ma dzieci po trzydziestce, że skłania się ku własnej płci, że nie przekonują go sztampowe niedzielne kazania, że chce żyć i wierzyć lub nie wierzyć po swojemu, a nie wg. księdza proboszcza. Wydaje mi się że szacunek i prawdziwa miłość do drugiego człowieka nie są możliwe, jeśli nie obdarzy się go absolutną wolnością, jakiekolwiek konsekwencje miało by to przynieść. Myślę, że dopóki oczekujemy, że inni będą wierni naszym przekonaniom i ideom, jakkolwiek były by one szczytne lub słuszne, czynimy z nich ofiary naszego egoizmu, naszego dobrego samopoczucia, "zbawiamy" świat, którego nawet nie spróbowaliśmy najpierw zrozumieć. I nie ma w tym miejscu dużej różnicy między nawracaniem na katolicyzm, świętą wojną muzułmańską, agresywnym feminizmem, brutalnym ateizmem, kultem pieniądza czy rozmnażania. Bo w nich wszystkich jest przemoc i brak miłości. Bóg od początku obdarza zaś wolnością, jak bardzo by nam się to nie podobało...
17:17, aniafin
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 grudnia 2009
święta w domu
Co drugi rok zostajemy w Holandii na święta. Z powodu znaczącej odległości (no mogło być o wiele gorzej) między naszymi rodzinami nie dajemy rady odwiedzić obydwu klanów w jedne święta i dlatego się umówiliśmy, że w lata nieparzyste kolej wypada na Slagharen a w parzyste na Pikutkowo. W związku z tym i oraz z faktem, że w niderlandzkich katolickich rodzinach (przynajmniej nie w tych, które znam) nie celebruje się hucznie wigilii, co drugi rok w wigilię zostajemy w domu. 
W Pikutkowie Wigilia to nie lada wydarzenie, praktycznie punkt kulminacyjny Świąt, wszystko kręci się wokół tego punktu już na tygodnie przed. Kupowanie karpii w nadmiernych ilościach, wybieranie najlepszych śliwek na zupę, najlepszego maku na makowce, daleko posunięte pucowanie chałupy, planowanie wypieków, no i oczywiście prezentowy stres, te wszystkie niezbędne przygotowania nakręcają atmosferę Wigilii. A później w samą już Wigilię wszystkich stawia się w stan gotowości, rozdziela zadania i sprawnie z nich wywiązuje. Ci do choinki (broń Boże ubierania jej przed Wigilią), ci do pastowania podłóg, ci doprawiają groch z kapustą a jeszcze inni pakują prezenty. Sztab ludzi miło przymierający głodem (wigilijny post, zakaz łasowania pilnowany przez ciocię) uwija się jak mróweczki, a z kuchni dochodzą niesamowite zapachy drażniące puste żołądki. Szybko robi się ciemno, choinka zaczyna się rozgrzewać i pachnieć, dziadkowi pozwala się pooglądać telewizję, więc reszta też załapuję się na kolędy, ciocia jeszcze biega ze ścierką pozbywając się ostatnich ziaren kurzu (wprowadzonego nielegalnie na pudełkach od bombek), babcia w zaparowanej kuchni podsmaża cebulkę, by doprawić kapustę, groch i fasolę, i jak co roku radzi się mamy, kiedy zacząć smażyć wreszcie tego karpia. Wszystko już prawie gotowe, prezenty niepostrzeżenie wychodzą z szaf i lądują pod choinką, dzieci odrywa się od dziadka (i telewizora) i pogania do nakrycia stołu (no i gdzie znowu się ta biblia zapodziała?) i wtedy już można przebrać się do kolacji i zaczynać ( a może kończyć) coś na co czekało się cały rok. Dziadkowi wyłącza się telewizor ( co roku z protestami), zapala świece, gasi światło, jednemu z dzieci wręcza pismo święte (młody, to niech czyta), rozdaje opłatki...
Gdy jest już po kolacji, to doznaję uczucia jakby było nagle po świętach. Telewizor odpala się już na nowo (prymas będzie przemawiał), żołądki nie mieszczą już nic więcej (a tu jeszcze przecież ciasta, bo mama tyle napiekła), a mózg ulega błogiemu otępieniu. Jeszcze wymienia się wrażenia o prezentach, planuje czy jechać na pasterkę czy nie, szuka czegoś ciekawego w trzech kanałach na krzyż, zalega na najlepszych miejscach w dużym pokoju, podziwia choinkę, to wszystko należy przecież do świąt, ale już mi tak jakoś znowu tęskno do Wigilii;). 
Tutaj, wczoraj zrobiłam nam, a może tylko sobie, taką tylko namiastkę. Od rana po ekspresowym polowaniu na prezenty dla siostrzenic i męża (cudem chyba zdobyłam ten jubileuszowy przejazd kolejowy marklina;)) urządziłam sobie radosną krzątaninę. Wstawiłam grzybową i kapustę (te zapachy są zdecydowanie najważniejsze), wyprasowałam obrus, wysupłałam z kartek świątecznych jedyne opłatki, upiekłam ciasto (sernik o zgrozo, ale co zrobić jak chłop gardzi makowcem, bo to "bird food"), podpucowałam kuchnię, usmażyłam rybę i nakryłam stół najlepszą zastawą. Taka moja mini-Wigilia. A jak już dopełniliśmy rytuałów, to zadzwoniłam do Pikutkowa, żeby posłuchać jeszcze tamtej Wigilii. A później odpaliliśmy już telewizor, pochłonęliśmy lody w kształcie rudolf-the-red-nose-rendeer i oglądaliśmy z przejęciem "All you need is love", program w którym ludzi żyjących w relacjach na odległość łączy się na święta (program funduje loty) i wszyscy są tacy szczęśliwi...
No i byłam jeszcze na pasterce i o mało się nie zabiłam z powrotem na rowerze, tak było ślisko;)
A teraz jedziemy wreszcie do teściów, bo się nie doczekają.
Wesołych Świąt wszystkim.
I oby do następnej Wigilii.
12:19, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 grudnia 2009
kopny śnieg
Już zapomniałam co to oznacza;), ostatnio tyle śniegu widzieliśmy chyba parę lat temu w Pikutkowie, gdy w celu opuszczenia rodzinnego podwórka musięliśmy sobie najpierw odkopać drogę i założyć łańcuchy (zakupione na wypadek wypadu w Alpy) na koła. A potem zasuwaliśmy w tempie 20 na godzinę po opustoszałej drodze do Włocławka, ku ogólnej zgrozie nadopiekuńczej rodziny i o jakże wielkiej radości małżonka, bo jako chłopak z ciepłej depresji, takiej zimy doświadczył może z raz i to raczej w dzieciństwie;). W tym roku do śniegu wzdychał już od września i wreszcie mu się dostało. W czwartek spadła pierwsza partia, wokół radixa robiło się coraz bielej i bielej, samochody wyglądały jak przyśnieżone puszki, rowerzyści jeździli wężykiem. W pracy nie dało się pracować, bo już od rana trwały ekscytujące przygotowania do świątecznego lunchu. W tym roku kazano nam się wykazać przygotowaniem tzw. tapas i to w ramach zarówno przystawek, dania głównego i deseru. Jako jeden z raczej chyba nielicznych departamentów co roku doświadczamy iście szlacheckiej uczty w ramach tzw. kerstlunchu. Inni przerzucili się już na tzw. borrel'e (popijawy) i wypady do knajpek. U nas każdy porządny pracownik ma za zadanie własnoręcznie albo własnożonnie ugotować coś oryginalnego i tym samym przyczynić się do dobra wspólnego. Jest także konkurs i puchary przechodnie, a w parę tygodni do wielu miesięcy po tym doniosłym wydarzeniu, zostaje "wydana" nema-książka kucharska. Choć potrawy można przygotować oczywiście poprzedniego wieczoru, zwykle kończy się na tym, że dep wygląda od rana jak wymarły (pracownicy pichcą oczywiście z ramach godzin roboczych), nie licząc komitetu organizacyjnego, który szura meblami i na rozgrzewkę zapuszcza kolędy oraz niektórych zestresowanych doktorantów. A potem już idziemy oczywiście na całego, pijemy, żremy (bo posilaniem tego nazwać nie można) i popuszczamy pasa. Tegoroczni organizatorzy zapewnili nam dodatkowe atrakcje w postaci konkursu karaoke i workshop'u pt."zrób sobie kartkę świąteczną". Oto co nam wyszło, "Święta w oczach Nematologa -praca w grupach":

 
Godne podkreślenia są zając pod choinką, krwawiące anioły oraz rastafariańskie duchy;), co za wyobraźnia proszę państwa! Duch świąt w narodzie nie zaginął, przybrał tylko zadziwiające formy, apokaliptyczne można by powiedzieć. 
Popuszczanie pasa oraz puszczanie wodzy wyobraźni tak nas wykończyło, że w piątek pojawili się w pracy tylko najtrwardsi, ci zaprawieni z mrozem i śniegiem, albo zestresowani zbliżającymi się rozliczeniami. Otwarta przestrzeń zamieniła się w oazę ciszy i spokoju (ciepło tez było jak na pustyni), lab w cmentarzysko nicieni.
A dziś obudziły nas takie widoki w naszym ograniczonym przestrzennie ogrodzie:


I to był dopiero początek. Potem rozpadało się na dobre. Nie zważając na przeszkody rzucane mi pod nogi przez niewierną pogodę, postanowiłam wybrać się do kościoła na rowerze... No cóż, po jakiś dwustu metrach, w ciągu których wymieniłam z wyposażonymi w łopaty sąsiadami zakłopotane spojrzenia i komentarze w stylu "I co? Nie da się? Hę?" zmieniłam plany na zdecydowanie niewierne. Ulice zaczęli pługować dopiero po południu, chodników jeszcze dzisiaj nie zaczęli. Przed wieczorem brodziliśmy sobie radośnie w zaspach, przecierając szlaki i zarabiając śniegiem z otrząsających się choinek. Ech, kocham takie klimaty:) Walking in the winter wonderland...

  

Ciekawe czy jutro dotrzemy do pracy. Może jak przetrą nam ścieżki rowerowe, bo samochodu raczej tak szybko nie odkopiemy i nikomu się nie śpieszy wysyłanie pługów śnieżnych wgłąb małych, wiejskich i nic nie znaczących osiedli.
Ja dotrę, to czeka mnie jeszcze ostatni w tym roku nicieniowy eksperyment (i tym samym ostatnia nadzieja na ejczłana), analiza oferty sekwencjonowania baków i dokończenie dyskusji o ewolucji genów odporności. Już się nie mogę doczekać...
20:30, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 grudnia 2009
czy byłeś grzeczny?
W tym kraju Świętego Mikołaja boją się nie tylko dzieci. Respekt przed białą brodą, żelazną laską, a zwłaszcza grubą księgą kryjącą najwstydliwsze sekrety z twojego życia udziela się także pracownikom nicieniologii, a zwłaszcza tfu-labu. Regularnie bowiem w okolicach 5 grudnia nasza komórka naukowa ma obowiązek stawić się wczesnym (dla niektórych) rankiem na tzw. zebranie organizacyjne, oficjalnie ogłaszane przez profesora. Tak stało się też zaledwie wczoraj. 
Po przedarciu się przez zasłonę ciemności i ścianę wody za pomocą żelaznej puszki i wstąpiwszy do naszej cichej i ciepłej pracoprzestrzeni, zostałam momentalnie zaatakowana przez podekscytowanego Capsera.
"Przyznaj się" - zakrzyknął tenże, a jego niebieski czub drżał z nadmiaru emocji- "jesteś Zwarte Pietem?!" 
"Bzdury!" - zaprzeczyłam gorliwie i ukradkiem zerknęłam na własne dłonie, które wyglądały jednak w miarę biało.
Widocznie zbyt gorliwie, bo doczekałam się tylko z politowaniem wyartykułowanego "Ty jednak nie umiesz kłamać" i kolega zmył się, by niuchać dalej. Ale co jakiś czas pojawiał się ni stąd ni zowąd jakby sprawdzając, czy nie poszłam się już aby przebierać.
Dwa lata temu zostałam rzeczywiście zwerbowana przez świętego do jego drużyny i razem ze starym, dobrym Rikusem ciskaliśmy w publiczność pepernotami i groziliśmy im rózgami, podczas gdy Esesman wyglądał groźnie (nie musiał się zbytnio starać), i wciskał na głowę spadającą z uporem mitrę. Ale nie tym razem, w tym roku zaszczyt smarowania się pastą do butów na szczęście mnie nie kopnął. Próbowałam jeszcze Capserowi wmawiać, że w tym roku jestem ŚM, ale prychnął tylko z pogardą " Za mała jesteś".
Koło dziewiątej gdy zaczęłam pomagać Lizet z ustawianiem multimediów i odpaliłam wreszcie youtubową listę mikołajowych przebojów, Capser stracił już większość nadziei, że to jednak ja. Zaczął znowu biegać po labach i ofisach i sprawdzać kogo jeszcze lub już nie ma, tworząc osobistą listę podejrzanych. W tle pojawił się też Wiebke, jeszcze bardziej chyba przejęty. Hej, hej, tych dwóch musiało w zeszłym roku nieźle nabroić. Lotte i Sven wpadli do coffe-room'u zobaczyć co się dzieje i zapowiedzieli, że się spóźnią (acha, mamy kolejnych podejrzanych), zbłąkany Książe szukał Rikusa, podobno z wizytą u dentysty, nikomu nie opłacało się już pracować. Koło wpół do dziesiątej coffee-room pękał w szwach a z głośniczków dochodziło radosne "Zie gids komt de stoomboot uit Spanje vandaan..." (co wzbudziło entuzjazm patriotycznej Mirjam i parę pytań z ust zagranicznych studentów).
I za pięć minut wiedzieliśmy już kogo naprawdę brakowało wśród nas. Święty Mik zdecydowanie schudł przez ten ostatni rok, z postury trochę przypominał Rikusa (niestety u dentysty) i mówił trochę niewyraźnie, tak jakby miał podwójną brodę (bzdury). Za to Zwarte Piet wyrósł i zmężniał, szkoda że Geert dziś nie przyszedł do pracy, bo by się przekonał, że z jego wzrostem kariera mikołajowego niewolnika nie jawi się beznadziejnie.
Cały kolegiat otworzył buzie z wrażenia i zaskoczenia (nikt nie wygrał w tym roku zakładów) i zaraz też je zamknął, żeby nie zarobić w zęby pepernotami, które Piet z zacięciem ciskał.
ŚM otworzył zaś księgę i nigdy nie zgadniecie kogo zawezwał na początek...
Capser i Wiebke momentalnie spokornieli i z przerażeniem na twarzach zajęli miejsca po obydwu stronach świętego. Długo sobie nie posiedzieli, jakimś cudem Mik się dowiedział, że podczas tegorocznej królewskiej wizyty w sąsiednim budynku stali na baczność w oknie Radixa, salutowali i puszczali niderlandzki hymn z komputera. I teraz musięli stojąc przed ogromniastą flagą rozwiniętą przez Pieta wykonać ten hymn osobiście. 
No cóż patriotami takimi to oni nie są, znali tylko pierwszy wers, a melodia... spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia...
Capserowi udało się tanio wykpić, Wiebke musiał jeszcze zostać.
ŚM słyszał bowiem, że kolega nasz zna świetnie wybór zwrotów z języka polskiego. Obawiał się jednak, że wybór ten jest z lekka niecenzuralny i nie nadaje się do podrywania polskich dziewek. I tu zawezwał nas. Li i jedyne Polki w nicieniologi. 
Mi wcisnął Piet na uszy wyciszające słuchawki (no powiedzmy), a Kasię poinstruował, że ma kolegę nauczyć zdania, które zjedna mu każde polskie kobiece serce. Zdanie to miał następnie wypróbować na mnie, Piet zalecił mi udzielić spontanicznej odpowiedzi.
"Cześć"
"Cześć!"
"Jestem Wiebke."
"Jestem Ania"
"Zamknij się i rozbieraj się"...
No cóż moja spontaniczna odpowiedź zabolała. Dodam tylko że nigdy w życiu jeszcze nikogo nie spoliczkowałam...
Publiczność szalała, a mi było trochę głupio, bo naprawdę czułam w palcach, że trochę go uderzyłam. Ciekawe czy czegoś się nauczy... 
ŚM zawezwał następnie jeszcze parę ofiar, wywołał mnóstwo śmiechu połączonego z przerażeniem, ucieszył Zgreda prezentem w postaci nieużytecznej maszyny, której podczas przeprowadzki pozbył się Esesman, obdarzył szefa pięcioma medalami, popluł sobie brodę, rozgniótł walające się po podłodze pepernoty, popsuł laskę, zarządził, że mamy mu zaśpiewać i już go nie było. A zintegrowana nicieniologiczna komórka z ulgą śpiewała "Dag Sinterklaasje, dag, dag, dag dag Zwarte Piet..." I napełniała znerwicowane żołądki przybrudzonymi słodyczami, przyrzekając sobie, że przez następny rok, będzie grzeczna jak te aniołki, co na pewno Capserowi i Wiebke się nie uda. Bo po południu zaczęli się znowu wygłupiać.


12:33, aniafin
Link Komentarze (4) »