RSS
czwartek, 14 maja 2009
Poprawa widoków

Jeszcze miejsca nie zagrzane, a już dostaliśmy wynochę. Brygada przeprowadzkowa nie życzyła sobie naszej obecności w przestrzeni biurowej, bo podobno kręcimy się i wpadamy pod nogi. Biedni mięśniacy dostają zawałów gdy się im taka czy inna ciemięga pcha pod kółka bądź plącze w okolicach szafek, które trzeba przemodelować. Wczoraj jeden z szefów miał genialny pomysł przeinstalowania półek i wieszaków na hangmapy, zagonił do tego zajęcia biednych i zmęczonych nieróbstwem studentów (choć przekonywałam wiedziona intuicją, że zmiany nie mają sensu), poczym przybyła dziś brygada i skrytykowała techniczne ulepszenia i natychmiast zabrała się do wprowadzania fachowych zmian. Pewnie na koniec wszystko wróci do punktu wyjścia, szkoda czasu i języka nie było co strzępić. Grunt że praca wre, dzielni monterzy chcą nas uchronić przed wypadkami drogowymi lub strzałem ze śrubokrętu w plecy, szefowie kazali sie usunąć z terenu i jedyne miejsce do usunięcia (poza labem i biblioteką, co za bzdury opowiadam) to home sweet home, a raczej gród świeży ogród. Niesamowicie więc zrelaksowana na ogrodowym fotelu z widokiem na staw walczę wewnętrznie między pisaniem arcyciekawego artykułu o ejczłanie a zagłębieniem się w świeżo otrzymaną książkę Jiddu Krishnamuti'ego. Odwieczna walka rozumu z duchem trwa, lepiej zostawię je w spokoju i się zdrzemnę...

14:56, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 13 maja 2009
Widoki na przyszłość

Prawie nam się udało. Przestrzeń robocza została podzielona i wypełniona bałaganem. Biurka przydzielone i wyregulowane za pomocą przygodnych mięśniaków (bo w nauce same cherlaki, a skrócenie biurkowych nóg wymaga samozaparcia). Brakuje nam tylko kompów i tych wszystkich niezbędnych papierów, kto może więc ratuje się prywatnymi laptopami i zasobami pamięci mózgowej, a większość po prostu nie chce (albo i nie może), siedzi tylko lub się snuje i ziewa scenicznie. 

Nasza otwarta przestrzeń jest naprawdę przestrzenna, klaustrofob się nawet nie przyczepi, poza tym jest jeszcze świetlista i jasna. Jasność ta odbija się okrutnie w moim odblaskowym ekranie i świeci mi po oczach od rana, chętniej więc spoglądam za okna (ściany zewnętrzne) i wpadam w zadumę. Bo widoki mamy tu niezłe, pasujące do serca zielonego kampusa w City of Life Sciences, dające poczucie swobody w przestrzeni, a zarazem bycia w centrum wydarzeń. Dobre miejsce do myślenia jak na razie. No chyba, że znudzeni koledzy zakłócają atmosferę samotni na górze za pomocą głośnej wymiany zdań i śmichów-chichów. Od czego jednak nasza otwarta (podobno) kultura, w której zupełnie na miejscu (podobno) jest powiedzenie takiemu jednemu "shut up" i wynocha. Ja na razie obrzuciłam takich jednych kupką inwektyw w myślach i podziałało (nawet bez karcących spojrzeń), poszli sobie w siną dal. Została tutaj jakaś jedna szesnasta. Jedna szesnasta ma zatem dla siebie błogą ciszę i takie oto widoki.

15:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 maja 2009
Veni, vidi, vici...

czyli przybyliśmy, spakowaliśmy i teraz się nudzimy. Jak tu bowiem pracować, skoro narzędzia spakowane. Istnienie podłączonego komputera i prac edytorskich przemilczmy może jeszcze, a nuż się uda trochę zamydlić oczy przełożonym. Kręcimy się więc ochotnie po pustych labach i próbujemy znaleźć sobie bardzo pracochłonne zajęcia w stylu : odkręcania pojemnika na mydło, przenoszenia pojedyńczych butelek z labu do labu i pytania się czy komuś to może jeszcze potrzebne, sprawdzania czy zmywarka już zmyła, ścierania kurzów. Każda fucha jest dobra, ale ciężko będzie w ten sposób przezimować jeszcze całe dwa dni. Najgorsi są studenci, bo oni nie dość, że nie mają co robić (jakoś żaden matoł nie pomyśli o czytaniu pasjonujacych artykułów, albo wkuwaniu do egzaminu), to jeszcze siedzą i marudzą, że się nudzą, albo co najgorsze wyrywają z rąk ostatnie zajęcia na wagę złota. Fuj, pogonić takie towarzystwo na trzy wiatry albo co, ale kurczę pada i żal ich trochę. Zwłaszcza, że większość porządnie skacowana po wczorajszym dniu wolności.

Za kwadransik dam im dobry przykład i zniknę, bo po tak ciężkim dniu muszę się porządnie odstresować, a nie ma jak stara dobra joga i jej karkołomne asany.

Niech moc będzie z wami.

16:00, aniafin
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 maja 2009
Wolność nade wszystko

Dzisiaj zamiast labu mamy labę. Wczoraj około 20:15 skończyłam to całe liczenie wraz z analizą statystyczną i o dziwo, wszystkie moje linie z genem złego robala wyszły mi statycznie różne od kontroli! Toż to cud prawdziwy i to nad Renem. Miła niespodzianka, potwierdzenie hipotezy oraz podpora mojego nowego papieru. Tak też podsumował to szefu "Teraz nadszedł czas, żeby to opisać", mój ostatni eksperyment wygląda naprawdę na ostatni! Wolność!

Laba nasza dzisiejsza wynika z narodowego dnia wyzwolenia. Bevrijdingsdag (w tutejszym dialekcie) jest dla budżetówki i edukacji dniem wolnym. Dla mnie te słowo nabiera dziś całkiem nowego znaczenia, bo oto koniec walki z nicieniami, a w dodatku mąż w delegacji. Hulaj dziewczę, kontroli nie ma, maj zielony, białe kwitną bzy. W wakikiki organizują jak zwykle masę koncertów, nie żebym repertuarem się zachwyciła, ale z ciekawości i poczucia wolności mam ochotę pokręcić się dziś po południu między scenami, rzucić okiem na defiladę, przedeptać piwem płynące uliczki naszej globalnej wioski. I to wszystko w obliczu zagrożenia świńskim wirusem, ale co mi tam, raz się wolność totalną świętuje, dziś idę na całość. Pomacham dziadkom weteranom (czasem trafiają się Polacy), pobujam się z tłumem, wrócę nie za późno, bo jutro znowu kierat i niedola.

13:07, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 maja 2009
Pierdyliony cyst

Dzis to ja mam przechlapane, bo siedzę od rana i liczę robale. W pn wynosimy się na zawsze ze starego budynku i żeby nie targać ze sobą niepotrzebnego tałatajstwa oraz zakończyć eksperymenta szybko i z fasonem, dałam ja sobie dedlajna do końca tygodnia, a po cichu liczyłam, że dziś skończę. Niestety liczę je pod binokularem, co ujemnie wpływa na wzrok cenny i zmuszonam robić sobie przerwy co jakiś czas (dłuższe niż wypada;))

Zajęcie polega na tym, że mam ponad setkę płytek 15x15 z pożywką i rosnącymi na nich ziemniakami. Biedne te roślinki (front wyzwolenia ziemniaka proszę o uwagę) załatwiłam bronią biologiczną czyli wredniastymi robalami typu nicienie mątwiki. Stało sie to jakieś sześć tygodni temu i moi mali obli przyjaciele tak się w swojej stołówce zadomowili, że się natychmiast zaczęli przemieniać w ciężarne baby ( jak im dobrze to zawsze się stają babami), a kilka xxl facetów zostało jedynie użytych rozpustnie i z wyrachowaniem. Ciężarówek jest dużo (ale była zabawa), a ja je muszę dokładnie zliczyć i porównać z kontrolą. Przeciwników GMO powiadomię jeszcze, że ziemniaki też są wredne, bo trans-geniczne (sodoma z gomorą) i mają w sobie geny z robala. Nie pełzają jednak i nie atakują ani rolników, ani  nawet konsumenta, co anty-gmonów trochę rozczaruje. Kiedyś lepiej się postaram, obiecuję. Wtedy ziemniaki będą pełzać po polu w poszukiwaniu optymalnych warunków, a robale zamiast pierdylionów cyst wytwarzać smakowite bulwy. 

Nic to, lepiej lecę liczyć. W środę już pakujemy, w piątek opijamy pakowanie, w poniedziałek zchodzimy z drogi ekipie przeprowadzkowej, a już we wtorek - witamy szkołę "życia", czyli nową siedzibę nauk roślinnych, gdzie płacz i zgrzytanie, albo nowy raj juz na nas czeka.

16:07, aniafin
Link Dodaj komentarz »