RSS
środa, 26 maja 2010
nowoczesne oblicze Lizbony czyli power of ocean
A mogło być tak pięknie. Jeśli nie trzeba by było iść do pracy. W poniedziałek rano praca ta oznaczała dla mnie wymeldowanie z mojego przyjaznego hoteliku koło metra i przebycie połowy Lizbony, tym samym metrem, z walizką na kółkach, w poszukiwaniu sztywnego i wyniosłego hoteliska Sana Metropolitan (już sama nazwa zniechęca). 

Trochę się schodziłam głównie wzdłuż ruchliwych ulic otaczających uniwersytet lizboński, szpital uniwersytecki (ścieżka ma wiodła niepokojąco obok szpitalnej kostnicy), przez parę skrzyżowań, na których kierowcy (oczywiście nie wliczam w tę grupę taksówkarzy) nie są już tacy mili jak na starym mieście. 

Ech, grunt że koło dziesiątej już tam byłam, witana przez specjalnie wynajęty komitet, złożony z dwóch zestresowanych portugalczyków w gajerkach. Zestresowani byli bo im komputer się wieszał (no jak mają della to nie dziwota;)), ale starali się zachować twarz, przekręcając wybitnie pisownie mojego nazwiska i na wstępie żądając ponad czterech setek gotówką.

 No to poszłam do bankomatu, na szczęście zadziwiająco blisko był recepcji (co za luksus), a ten mi na to, że więcej niż dwóch stów mi nie da. Pomyślałam, że może taki dziwny mam debet na karcie i się poddałam, gajerkowcom wciskając te dwie stówki na zadatek. Późniejszym wieczorem odkryłam, że limit jest, ale na jednorazową wypłatę z maszyny. Dopłaciłam resztę chłopakom wprawiając ich w jeszcze większe zakłopotanie, bo musięli znowu drukować, przez komputer daleki od doskonałości, kolejną tfu fakturę z bardzo trudnym nazwiskiem. Ufff, wrednam.

Od momentu porzucenia bagażu na jedenastym piętrze z widokiem na czerwoną flagę z sierpem i młotem (super cool) miałam jeszcze trochę wolnego czasu, czasu na niecne turystyczne rozrywki. Wsiadłam sobie do metra, które w Lizbonie mam po prostu "obcykane" i dałam się powieźć przez wysokie i bajecznie kolorowe stacje, linią czerwoną w stronę Orientu. 

Stacja ta umieszczona jest na końcu linii oraz w centrum terenu na którym niegdyś (1998) zorganizowano targi expo pod hasłem "Ocean - dziedzictwo dla przyszłości". Wtedy to właśnie teren ten odpicowano jak się patrzy i do tej pory taki ładny, nowoczesny i kolorowy został. Wygląda imponująco z błyszczącymi drapaczami, artystyczną stacją kolejową, kolorowymi fontannami, w euforycznej bliskości morza, daje niezmierne poczucie przestrzeni i elegancji. 
Taka inna twarz Lizbony, może mniej czarująca i przytulna, a bardziej wzniosła i trochę jakby z filmu science fiction. 



Wędrowałam sobie przez to wszystko zadzierając głowę z podziwu, chłonąc w siebie słońce, wiatr i morze.



Spotkałam nielicznych na szczęście turystów oraz ciekawe i niezidentyfikowane dotąd kwiaty, cudnie kontrastujące ze spokojem wszechobecnej bieli i błękitu.



Chyba obudziło to we mnie duszę poety, ale nie zaowocowało na szczęście nawet jednym sonetem (kto wie, jakbym dłużej pobyła).
W Parque das Nacoes czekała na mnie jeszcze jedna poważna atrakcja, a mianowicie Oceanarium, całkowicie, jak się później okazało, warte tej dychy za wstęp. 
Dużo już tu ostatnio było achów i ochów, niestety pozwolę sobie na jeden kulminacyjny.
Co za cuda tam są niesłychane! Chcecie przykładów?
Oto jedna z grubych ryb, o nazwie Samogłów (Mola mola):



A tutaj inna, najpierw myślałam, że to rzeźba, dopóki nie zaczęła się ruszać:



Konstrukcyjnie wygląda to następująco. W centrum budynku ogromne akwarium w którym pływają niesamowite zjawiska przyrodnicze, z czego rekiny wyglądają zdecydowanie najpospoliciej. Akwarium to można oglądać z dwóch poziomów. W czterech rogach mniejsze akwaria reprezentujące cztery oceany (arktyczny, atlantycki, spokojny i indyjski) i wypełnione po brzegi najcudowniejszą florą i fauną, poprzetykane i połączone z czterema pawilonami ukazującymi stworzenia i utwory ziemne charakterystyczne dla wybrzeży tychże zbiorników, że tak powiem skromnie, wodnych. 
Ciepłe uczucia zwiedzających wzbudziła szczególnie ta oto wydra morska zwana również wydrozwierzem (Enhydra lutris) wcinająca jakieś wodorosty (podobno aby przeżyć w zimnej wodzie musi codziennie zjadać 1/3 swojej wagi!).



Normalnie nic tylko przytulić takiego wydrozwierza :).
Jednym słowem naoglądałam się do bólu i zachwytu, z serca mogę to miejsce polecić wszystkim pokoleniom przyrodników i ludzi ciekawych świata. 
Oraz tym, którzy jeszcze nigdy w życiu nie zetknęli się ze smokami morskimi.



Cuda, dziwy niesłychane. Na szczęście odzyskałam dostęp do internetu (magiczny kod konferencyjny), żeby to wszystko, a raczej próbkę tego wszystkiego, pokazać i opisać.

Na koniec z wrodzoną skromnością przyznam, że dzisiejsza prezentacja poszła mi dobrze i spotkała się z życzliwym przyjęciem nicieniowego półświatka. Teraz mogę sobie siedzieć, patrzeć jak inni się męczą i ewentualnie poszukać nowych, obiecujących naukowych współpracy.

Ale będę tęsknić za moją weekendową Lizboną, jak za wakacyjną miłością oraz idealizować to miejsce na każdym kroku przed oczyma duszy mojej.

Co to była za wyprawa!


00:17, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 maja 2010
fado moja miłość
Lizbona dzień trzeci. A już pokochałam to miasto, miłością gwałtowną i piękną;). Kocham tych wszystkich opalonych staruszków i staruszki dreptających po stromych uliczkach, kocham sama dreptać z dala od turystycznych atrakcji, przysłuchiwać się kłótniom na drugim piętrze kamieniczki, wytrzeszczać oczy z podziwu jakie to wszystko ładne. 



Wczoraj zlatałam prawie pół miasta. Zaczęłam od Alfamy, która jest chyba najbardziej przytulną (i zarazem najstarszą zdaje się) częścia starego miasta. To tutaj rozsiane są kluby fado, maleńkie knajpki i sklepiki. Tu znajdziesz punkty widokowe (miradouros), ulicznych muzyków o wysokiej jakości, mocną kawę z kiosku, tramwaj 28 wspinający się pod górę ze grzytem oraz zamek Sao Jorge i jego wierne koty. 



Na koniec podziwiania Alfamy znalazłam wreszcie (łatwo nie było, z moim zmysłem orientacji) Muzeum Fado, które jak zaczarowana oglądałam chyba z dwie godziny z uchem przy słuchawce. Teraz już wiem, że znam już nie tylko Amalie Rodriquez, ale także wiele innych cudnie i zawsze z zamkniętymi oczami śpiewających gości. Muzyka duszy i wielkich emocji. Mają tam pokój w którym wyświetlają filmy z występami fadistów, z angielskimi podpisami, siedziałam w nim jak zaczarowana;)
Chciałabym nauczyć się kiedyś portugalskiego, bo słuchając fado, zachwycam się jego brzmieniem coraz bardziej.
Ale dziś miałam jeszcze więcej planów.
Zaczęło się chmurzyć, co uratowało moją skórę przez spaleniem, no i ta bryza od morza robi jednak różnicę.
Wsiadłam w zatłoczoną pietnastke (szlaki turystyczne), która dowiozła mnie do klasztoru Hieronima, wybudowanego przez jakiegoś króla jak własne mauzoleum i przepustka do nieba. Król ten bowiem osadził tam mnichów i kazał im się modlić za duszę swoją i następców, dzięki temu pewnie mógł pozwolić sobie na różne świństwa. W każdym razie ładnie mu to mauzoleum wyszło, jest imponująca katedra, krużganki i refektarz z umywalką. Jest nawet fontanna.



Z klasztoru pokierowałam swe kroki za pomocą tramwaju do słynnej Wieży Belem, zanurzonej w wybrzeżu, z widokiem na most i ocean, wyposażonej w kręte schodki i parę armat, pełniącej kiedyś zapewne funkcje obronne.



Stamtąd wywiało mnie na stare miasto (przez orientalny ogród botaniczny w stanie raczej zaniedbanym), gdzie znowu zdreptałam parę kilometrów, chociaż wyraźnie opadałam już z sił. Mięsko upolowałam w jednej ze schodkowych knajpek, o widoku zapierającym dech, miłych kelnerach i z lekka zimnawej wieprzowinie (ale frytki były za to gorące). Zjadłam tam też dziwną zupę (nazwa na A) z oliwą, chlebem i prawie surowym jajkiem. A widok był następujący:



Widok miedzy innymi padał na pana przeglądającego folder motoryzacyjny oraz innego przeżuwającego czerstwy (ale rewelacyjny w smaku) chleb. 
Potem już poszło jak z górki, bo naprawdę padałam z nóg, co nie przeszkodziło mi trafić na jakąś wieże i pooglądać więcej widoków.



Teraz już się muszę przeprowadzić do innego hotelu, daleko od centrum, ale blisko uniwersytetu. Pojadę metrem, zostawię bagaż i spróbuję zwiedzić Parque das Nacoes i choć raz jeszcze przejść uliczkami Alfamy. Potem już tylko poćwiczyć prezentację, upić się na cost-drinkach i back to real life of science.
10:45, aniafin
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 maja 2010
miły miałam wieczór
Obudził mnie świergot ptaków mieszający się z narastającym szumem ruchu ulicznego (przynajmniej nie jest aż tak hałaśliwy jak np. w Rzymie). Nie lubię klimatyzacji, więc przez całą noc moje okno było otwarte, bo ciepło tu jednak, i musiałam się przyzwyczaić, po absolutnej ciszy Renkum, do zasypiania przy dźwięku autobusów.
Wczoraj zamiast podążać za tłumami turystów, oderwałam się bardzo szybko od głównego nurtu i wspięłam po setkach schodków na bardziej tubylczy rejon. Na małym placyku Largo Trinidade Coelho kończył się właśnie mały międzykulturowy jarmark i załapałam się jeszcze tylko na taniec ciemnoskórych nastolatek wyposażonych w staniki z dzwoneczkami i hasających do dźwięków bongo. 
Natychmiast zostałam też zaszczycona przez miejscową faunę, bo nasrał na mnie jakiś ptaszek (nie trzeba stawać na drugi raz pod pomnikiem ciemnoto). Plac był gdzieniegdzie wzbogacony o drewniane krzesła różnych maści i na tych to krzesłach przysiadali sobie tubylcy, małe staruszki i staruszkowie, matki z dziećmi i młodzież.
 Ciągnęło mnie coraz bardziej do odleglejszych rejonów, zdecydowanie w stronę morza, ale się opamiętałam za sprawą chłodnego powiewu (po ponad 28 st. w mieście zadziałał on na mnie trzeźwiąco) i udałam w drugą stronę, w stronę słońca. 
Zaskakująco moje mapa turystyczna, albo i kiepskie poczucie kierunku, złożyły się na to, że w pewnym momencie nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem. Albo jak wrócić do punktu bardziej turystycznego. 
Co robić, wstąpiłam do maleńkiego supermarkeciku i zakupiłam trochę produktów żywnościowych, bo nigdy nie wiadomo czy jeszcze uda mi się dziś natknąć na restauracje. Siedząc na ławeczce na skwerku, który później okazał się być Placa de Principe Real, przeżyłam coś w rodzaju de ja vu. Moim oczom ukazał się bowiem widok iście kalifornijski. Na horyzoncie zamajaczył mi bowiem nie kto inny, ale sam Golden Gate Bridge.

 
Z narastającym podejrzeniem obejrzałam sobie te miejscowe ciasteczka, które zaczęłam wcinać ( a nuż zamiast rośnięcia, u mnie powodują tylko halucynacje), popiłam dużą ilością wody, popatrzyłam znowu, GGB był tam gdzie poprzednio. Potem już w hotelu doczytałam, że w tym de ja vu nie jestem odosobniona i że GG-look-alike nazywa się tutaj mniej romantycznie bo Ponte 25 de Abril. Obejrzę go sobie dokładniej w drodze na Belem. 

Od tego momentu oświecenia droga odnalazła się prawie sama i doprowadziła mój nie tak znowu pusty żołądek w okolice turystycznych atrakcji podniebienia.  Zamiast przytulnej knajpki z fado, żołądek ten zaprowadził mnie to Cervejaria Trinidade, malowniczej restauracji urządzonej w pomieszczeniach trzynastowiecznego klasztoru Najświętszej Trójcy. Wysokie półokrągłe sklepienie w kolorze czerwieni sieneńskiej, żelazne żyrandole na których nie jeden muszkieter by się pobujał, małe stoliczki, wytatuowany kelner przypominający pirata i uparcie mówiący do mnie po portugalsku, były oprawą mojej pierwszej samotnej kolacji. Złożył się na nią pyszny chleb z pastą z oliwek, pół litra wody mineralnej oraz dorsz a la St. Bras, całkiem dobry.

Potem już się zrobiło koło 22, to zaczęłam zmykać w kierunku hotelu. Zbiegłam po setce schodków pomiędzy kafejkami i restauracyjkami rozłożonymi na tych schodkach, pełnymi turystów pochłaniających steki przy dźwiękach nie tylko fado (ale było wreszcie).  Przebiegłam poprzez plac o zapachu czegoś co przywodzi mi na myśl zaniedbanych starszych ludzi lub bezdomnych, dołączyłam na chwilę do rzesz turystów szukających czegoś do pożarcia i w opustoszałym metrze na stacji Restauradores poczekałam na swój pociąg.



Nadjechał wraz z niewidomym artystą/żebrakiem grającym na metalowym kiju i puszce, dobrze mu szło, ale dużo chyba nie zarobił. 
Taki był mój pierwszy wieczór w stolicy Portugali. Dziś już się nie mogłam doczekać kiedy ruszę na podbój innych dzielnic, to wstałam o ósmej (matko moja! ja o ósmej?), pobiegłam na zimną jajecznicę z boczkiem i już miałam wyruszać, kiedy sobie przypomniałam o makbóku i bezprzewodowym internecie za darmo. Miałam sprawdzić tylko pogodę, fesjsbóka i czy muzea są za darmo. Od tej pory siedzę już chyba z półgodziny i wypisuję.

Koniec z tym, lecę lepiej na miasto, zanim skwar stanie się uciążliwy. Tak dużo do zobaczenia, że do zobaczenia! 

10:47, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 maja 2010
na podbój portugalii
Poszło nadspodziewanie gładko. Żadnych większych opóźnień. Samolot pełen holenderskich turystów, portugalczyków w drodze z Brazylii, rodzin z dziećmi w drodze do babci, wystartował bez wahania i co najważniejsze wylądował bez szwanku. Zastanawiam się ilu ludzi ostatnio, po katastrofach następujacych w krótkim czasie po sobie w Rosji, Libii, a dziś rano w Indiach, ma duszę na ramieniu przy wsiadaniu do samolotu. Przyznaję się, ja miałam. A przynajmniej było mi dziwnie. Patrzyłam na współpasażerów i myślałam sobie różne rzeczy. Że szkoda było by tego portugalskiego dziadka, który właśnie pożegnał się z prześlicznym wnuczkiem. Albo czy ten dość kiepski samolotowy posiłek może być naszym ostatnim.
Ale udało się dzisiaj, zgrabny Airbus wylądował gładko, przy idealnej pogodzie, i nawet nikt nie zaklaskał. Szum portugalskiej mowy dolatującej z głośników próbował wzbić się nad głośne niderlandzkie dyskusje, tylko po to, żeby nas poinformować, że w Lizbonie jest teraz +30 stopni i że ma nadzieję nas jeszcze zobaczyć (jeśli głosy mogą widzieć). Z konieczności przerwałam wciągającą lekturę "Italian Shoes" Mankella (które to strony nie były moimi ostatnimi;)) i udałam po odbiór bagażu. Szybko zrezygnowałam z ustawienia się w damskiej kolejce do toalety, ale sprawy wokół czarnego pasa transportowego nie posuwały się szybciej. Ludzie na początku pełni napięcia wpatrywali się z nieruchomą taśmę, po paru minutach rozeszli po ławkach i wtedy mogłam zająć strategiczną pozycję. Wyposażona w bagaż (wyłowiony w dziesiątek podobnych czarnych walizek), kartę lizbońską uprawniającą do korzystania z transportu publicznego i zniżek na muzea (które jutro i tak są podobno za darmo) pognałam przez skwar popołudnia do wypełniającego się po brzegi AeroBusa. Aerobus też okazał się być pełen niderlandzko-języcznych kolegów zagubionych w portugalskiej wymowie nazw przystanków.  Biedni my turyści po przejechaniu kilku przystanków (byliśmy tak jakoś przekonani, że autobus się po prostu na każdym zatrzyma), zorientowaliśmy się, że o swój przystanek trzeba się dopomnieć ( a nie było żadnych przycisków, więc chyba krzykiem). Od razu w łeb wziął mój system liczenia przystanków, bo przez to niezatrzymywanie straciłam rachubę, a niektórzy koledzy musieli się niestety wracać. Na szczęście mój punkt przeznaczenia, położony jak najbardziej centralnie, okazał się dopiero nadchodzić. Tutaj chciałam oddać chwałą wynalazkowi Google-Street-View. Dzięki tej wspaniałości już w zeszłym tygodniu wirtualnie zapoznałam się po najbliższym otoczeniu mojego hotelu. Bez trudu rozpoznałam dziś plac z wielkim markizem po środku i bez zająknięcia poszłam w dokładnie (co mi się rzadko zdarza) dobrym kierunku i po pokonaniu paru ulicznych progów (Lizbona miasto barrier) znalazłam hotel. 
Miejsce to ma wygląd z zewnątrz tradycyjny, a wewnątrz wybitnie designerski. Szczególnie wszechobecny motyw dłoni, wytworne kolory ziemi, oszczędny styl dekoracyjny robią niesamowite wrażenie. Wrażenie że tak powiem luksusu. I to za zaledwie sześć dych. Recepcjonista przemówił do mnie głosem naszych portugalskich studentów i był raczej przemiły (w recenzjach hotelu głównie po głowie dostało im się za wyniosłość obsługi). Aż nie chce mi się przenosić w poniedziałek do molochowatego hotelu cost meetingu. Ale dojeżdżać też mi się nie chce. 
A teraz już zgłodniałam doszczętnie i idę powycierać lizbońskie ulice, a przy okazji się trochę opalić. Z placu Markiza de Pombal pojadę metrem w stronę Restauradores i na początek przejdę się trochę po Bairro Alto, malowniczej, mam nadzieję, części starego miasta. Mam ochotę zahaczyć o wybrzeże, ale mnie dobrzy koledzy ostrzegali, co by się tam nie włóczyć, bo pełno pomyleńców. Przylgnę lepiej na początek do rzesz turystów i poszukam czegoś na ząb. Witajcie w Lizbonie!
18:53, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 maja 2010
cost 872
Przed chwilą przysłali plan spotkania w Lisbonie. Widzę że rzucili mnie na pierwszy ogień i swoje dwadzieścia minut będę miała już we wtorek rano (na szczęście jeszcze dwa tygodnie). Całe dwadzieścia minut uwagi światowej klasy nicieniologów roślinnych to nie takie sobie nic. I w dodatku najświeżusieńkiej uwagi pierwszej sesji, kiedy to umysły jeszcze chłonne jak gąbka a żołądki w porannej trzeźwości (no chyba że zapiją na bankiecie w poniedziałek i będą przysypiać). Trzeba by się jednak postarać. Prezentacja leży gotowa od ostatniego występu (a pewnie, w Lunteren!), ale kończy się (jak każde zresztą intrygujące badania) całą listą pytań czekających na eksperymenty. Aż mnie korci do tych eksperymentów, tylko ejczłan leży jak ta kłoda na drodze i straszy próchnem transpozonów. Potrzeba mi czasu i studentów. Młodzi studenci na początku są niestety pożeraczami czasu, więc chętniej kogoś bardziej doświadczonego (ale nie technika, bo po zgredzi jeszcze się nieświeżo odbija), co to chce warsztat podszkolić i po roku wyfrunąć na doktorat (tacy zdecydowanie najlepsi). Może w Polsce by mi starzy koledzy po fachu kogoś znaleźli, najlepiej faceta (bo w labie i kuchni jakoś nie potrafię należycie docenić pomocy innych bab;)), takiego co to nie za dużo gada (sama już gadam zdecydowanie za dużo), nie ma humorów, umie słuchać, uwielbia pracować (dziewczyny mieć nie musi, a jak już to daleko), jest dokładny ale bez przesady, czyta i uczy się z przyjemnością. Słowem ideał. Żeby jeszcze był studentem z dalekosiężnymi ambicjami i skromnością pensjonariuszki (jak się za dużo by wymądrzał to się nie dogadamy). Czyli ktoś prawie taki jak kiedyś ja. Ale z krótkimi włosami. Jak takiego znajdę to czuję, że Nature przed nami, a przynajmniej New Phytopatologist. Pomarzyć można, a nuż się przypałęta. A tymczasem serce mi ucieka do słonecznych i koniecznie przykurzonych uliczek Lisbony, dźwięków fado na każdym rogu, szeleszczących prawie po polsku rozmów na ulicy, krajowych cytrusów i innych symboli iberyjskiego lata. Do włóczęgi w pojedynkę (ech, dawno to już było). O wielki wulkanie Islandii, ty się tylko zlituj i już na razie nie pluj ogniem. Należy mi się ta Portugalia jak nie wiem co. I tego się będę trzymać. Kropka.
20:36, aniafin
Link Komentarze (2) »
bandana
No i kto by pomyślał. Jednak były wczoraj gdzieniegdzie jakieś ślady wiosny, chyba przez to, że udaliśmy się na rowerową wycieczkę trwającą 3,5 godziny i o dystansie zbliżonym do 50 km. Jeśli na tak długiej trasie nie było by jej w postaci dotrzegalnej, należało by się zacząć martwić. Była wiosna, były chłopaki na rowerach w drugim etapie Giro d'Italia, choć Rhenen raczej Werony nie przypomina (najbardziej chyba z nazwy), były tłumy gapiów wzdłuż drogi oraz mordercze wzgórza. Przepuściliśmy peleton, bo jechał trochę szybko i udaliśmy się trop w trop na te mordercze wzgórza, żeby zobaczyć co chłopaki przeżywają. Współczucie. Nie kupiliśmy różowej bandany, ale i tak im kibicujemy. Potem już nieprzerwanie pędziliśmy przez wściekle zielone łąki, wzdłuż malowniczo wijącego się Renu, kolorowych domków, protestantów udających się po raz wtóry tego dnia do kościoła, wielkich i zło-wyglądających byków i oczywiście całych mas owiec różnych ras. Jednym słowem przyroda żyje i idzie w dobrym kierunku, a bracia zreformowani ciągle wierzą i noszą czarne kapelusze (zwłaszcza siostry). Jakie to budujące. A teraz jest słoneczny ranny poniedziałek, choć nie chciało mi się wstać jak cholera, to do pracy jednak się zmobilizowałam. Moja determinacja sięga zenitu jeśli chodzi o wykrycie transpozona w ejczłanowych konstruktach, mam zamiar dziś peceerować do skutku i wytropić gada. Jego obecność w cudowny sposób wytłumaczyła by wszelkie niepowodzenia w komplementacji odporności i przywróciła by mi wiarę w siebie, naukę i opatrzność. Do roboty.
08:23, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 maja 2010
gdy marzną mi paluszki
Hej, no co jest? Gdzie się podział Maj i dlaczego zastąpił go ostatnio Listopad (dywersja i sabotaż?) albo inny zimnokrwisty przestępca? Niewyobrażalne wydaje się żeby dziewiątego maja człowiekowi tak marzły ręce, nos i cała reszta. A tu marzną bez wątpienia. Szczególnie jak kapie na nie deszcz i owiewa je zachodni wiatr, potęgowany przez rowerowy pęd. A w domu koc staje się znowu najlepszym przyjacielem, a z napoi to tylko gorąca czekolada. Są tego dobre strony. Takie na przykład zaczytywanie się na zabój pod ciepłą lampą z gorącym kubkiem w ręku. Ale te dobre strony praktykowaliśmy już przez jakieś ostanie pięć lub nawet sześć miesięcy. Teraz czas na wiosnę. Na zaczytywanie się na zabój siedząc pod ciepłym słońcem w ogrodzie, na grzebanie w ziemi z przyjemnością, na wariackie rowerowe wycieczki wśród odbijających wrzosowisk, na napoje chłodzące i duszny zapach bzu. Tęsknię za tym aż do bólu i mam nadzieję na szybką poprawę. Na znak protestu pójdę sobie na spacer szukać śladów nowej wiosny (może by jakąś marzannę utopić), może znajdzie się wreszcie wariatka.

13:48, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
imejl
raz, dwa, trzy...próba imejlowa... wygląda to niewinniej, szczególnie jak się pisze z pracy;)
13:21, aniafin
Link Dodaj komentarz »