RSS
sobota, 12 czerwca 2010
wojaże czas skończyć

Przemiły podbój ulic Lizbony wraz z ekscytującym podbojem nicieniologicznych sfer naukowych przeminęły jako ten sen złoty, pozostawiając po sobie garść ciepłych zdjęć, parę zmysłowych albumów w iTunes, kiełkującą sympatię do bosanovy i wspomnienie całkiem znośnej lekkości bytu. Jeszcze ostatnie spojrzenie na miasto marynarzy znad Parku Edwarda:

Tego mi było potrzeba do szczęścia i za to jestem dozgonnie wdzięczna. Także za to, że samolot powrotny nie spóźnił się więcej niż 20 minut i co najważniejsze wylądował szybko, z fasonen i bez szturmotów. Potem jeszcze szybka przebieżka po Schipholu w celu złapania pociąga, wstrząsające odkrycie, że owej-czipkarta jeszcze nie działa (później dopiero się okazało i to wcale nie z dołączonej to karty obszernej broszury informacyjnej, że wyżej wspomnianą należy jeszcze raz aktywować pod kątem pociągów), sprint z walizką do automatu biletowego, wiązanka przekleństw przez telefon w ucho własnego męża (to mi dopiero czułe powitanie) i już byłam w domu.
 
Ale nie na długo. Bo następnego ranka, po nocy skróconej z powodu składania relacji z podróży dwóm wytęsknionym matkom, trzeba się było szybko spakować i jechać na Pomorze.
"Ach co to był za ślub! "- to pierwsze słowa księdza, który wyglądał i brzmiał jak Marcin Wójcik z Ani Mru Mru , po połączeniu węzłem małżeńskim pary naszych przyjaciół. To na ich ślub w katedrze szczecińskiej udawaliśmy się w ten polizboński weekend. Przez niemiecki zasieki, pomorską betonkę dla samochodów o mocnych resorach, ciemny las z policyjną zasadzką -" Kontrola drogowa! Co? Nie spodziewaliście się nas tutaj?" - dojechaliśmy w końcu do cudownie położonego pałacu w Maciejewie. Wprost wymarzone miejsce na romantyczny początek wspólnego życia, z takimi widokami o poranku:



Wokół błoga cisza, przerywana tylkoegzotycznymi odgłosami awanturujących się pawi, wieczorami niesamowite efekty mgielne, rankiem węże w trawie, przemiłe słońce przez cały dzień i historyczne wnętrza pałacu.
Dobrze nam tam było, wesoło i ciekawie, z mieszającymi się językami, zwyczajami, radością i wzruszeniem, z piękną oprawą muzyczną i estetyczną, ze szczęśliwymi ludźmi wokół.

W niedzielę po południu musieliśmy znowu wyruszać (służba nie drużba) przez niemieckie zasieki. Tym razem przystanęliśmy w germańskiej stolicy, która pokazała nam się od dobrej niedzielno-popołudniowej strony i nakarmiła curry-wurstem, lodami, warzonym na miejscu piwkiem podanym wraz z chlebem i smalcem. Mniam, mniam, tylko ser był jakiś dziwny, coś w rodzaju twardej bryndzy o bardzo silnym zapachu kojarzącym się z oborą.
To by było na tyle a propos majowo-czerwcowych wojaży.

Teraz za to będzie płacz i zgrzytanie zębów, bo ustanowiliśmy sobie ścisłego deadlina wraz szefami, mój wymęczony przez lata doktorat ma być gotowy do 1-1-11 i ani dnia dłużej, niezależnie od upolowania ejczłana. Zostało mi trochę ponad 6 miesięcy na napisanie/dokończenie ostanich czterech z siedmiu rozdziałów (niestety jeszcze parę doświadczeń), ruszenie przedobronowych formalności, dojrzenie do tytułu, wzięcie się w garść, nazwijcie to sobie jak chcecie. Może to zabrzmi banalnie, ale nie chce już więcej być studentem i ja mi się to uda wszystko zebrać do kupy i wydrukować, to poczuję niesamowitą ulgę i czystość horyzontu.


13:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »