RSS
sobota, 18 lipca 2009
Ogórki

No ładnie, ładnie. Teraz to dopiero widać jak mi opadł wszelki zapał do podtrzymywania tego blogowego obrazu nędzy i rozpaczy. Może powinno się w takich przypadkach zażywać coś w rodzaju literackiej viagry(czytaj: genialne blogi innych istot), albo po prostu nic nie zażywać i dać spokój słowu pisanemu, bo wystarczająco się nacierpi w dzisiejszych czasach.

 Czytam więc ostatnio (głównie znowu przesiadując na ogrodowym krześle, bądź też w samochodzie) to co nie tylko zostało napisane, ale także w jakiś sposób uznane i rozpowszechnione (czytaj: książki). Na okiennym parapecie (bo za mało regałów) zaś czeka jeszcze cały rządek takich przedmiotów rozrywkowych i tym samym nadchodzące miesiące mam zaplanowane ("volle agenda" w moim nowym języku).

Wciągnął mnie ostanio szalenie Mankell, a zwłaszcza Wallander, którego polubiłam od pierwszego opisu, mimo że w " O krok" głownie zajmuje się sikaniem (długo i bezbarwnie) oraz zbijaniem poziomu cukru we krwi (za pomocą hamburgerów i whisky). Przy okazji jednak udaje mu się (niczego tu nie spalam, w kryminałach zawsze się udaje) namierzyć i doprowadzić przed wymiar sprawcę wszystkich kłopotów biednej szwedzkiej policji. Zaczęłam to czytać, gdy mój luby udał się w służbową podróż do Szwecji. Osłodziło mi to samotne chwile i dało do myślenia, czy w świetle szwedzkiego społeczeństwa schodzącego na psy i fali coraz bardziej okrutnych zbrodni, będzie mi dane zobaczyć jeszcze ukochane oblicze i nieuszkodzone ciało. Udało się.

Fascynuje mnie też niezwykle sam język szwedzki (wraz z duńskim), zwłaszcza gdy sobie kiedyś obejrzałam dwa dla mnie kultowe  "As it is in heaven" (szwedzki) i "Adam's apples" (duński), a ostanio jeszcze raz "Siódmą pieczęć" Bergmana, wszystko z holenderskimi napisami ;), przez co zaczęłam trochę (ale tylko trochę) te języki rozumieć. I od razu mi się zamarzyło odwiedzić skandynawię i doświadczyć tej okrutnej i pięknej ziemi, bezlitosnej pogody i przygnębionych (jak Wallander) tubylców. Tak się właśnie zaczynają prawdziwe podróże. No nic, na razie mogę sobie popatrzeć na Sztockholm oczyma męża.

Właśnie rozpadało się u nas i oziębiło, siedzenie w ogrodzie odpada. Pozostają prace domowe, do których się nie garnę, oraz rządek książek. Zaraz po dwóch mankellach połknęłam nową grocholę i nie żałuję. Chyba następny będzie Marquez, bo jeszcze nie znam, a przypadkiem w empiku leżał to wzięłam, cienka książczynka, to dam radę ;).

W pracy zaś sezon ogórków, szefowie wyjechali do Kanady, to mi nikt niepożądany w ekran nie będzie gał wlepiał. Dlatego możliwe jest, że niedługo powrócę.

12:56, aniafin
Link Komentarze (3) »