RSS
niedziela, 29 sierpnia 2010
warszawski sen
Ten nasz sierpień taki szary, mokry, wietrzny i w ogóle lodowaty. Wygląda trochę jak zima w środku lata. Albo jak północ Szkocji, bo ciągle się jeszcze łudzę, że kraj wiatraków jest inny. Przytulny, łagodny z natury, pełen tulipanów w słońcu i przede wszystkim ciepły, albowiem uprawa maryśki wymaga dużo światła i wysokiej temperatury. A tu mi zawiewa zza węgła mokrym deszczem, parasol łamię mi się pod naporem powietrza podczas jazdy na rowerze, nogi marzną w letnich bucikach, włosy zwisają w strąkach i wydarza mi się tu tragedia meteorologiczna na całego.
Nic to, bo zapowiada to bez wątpienia upalny listopad. I tego się trzymajmy.
A propos kontaktów z latem, to parę tygodni temu zajrzałam na moment do ojczyzny. A dokładnie do Starachowic, by odwiedzić przyjaciółkę od serca i jej nową podstawową komórkę społeczną, a jeszcze dokładniej rozpłynąć się nad najmłodszym elementem tej komórki, godnym największego zachwytu. Ale zanim mogłam nacieszyć się tymi odwiedzinami, dane mi było przebyć dzielące nas kilometry w niezwykle ekscytujący sposób. 
Plan był w sumie prosty: pociąg, samolot, parę autobusów, i wszystko dokładnie obliczone, sprawdzone w rozkładach, na planach, mapach, google-street-viewsach etc (no internet, no travel). Plan-majstersztyk, dziesięć godzin i po krzyku.  Przez mądrą głowę mi wcale nie przeszło, że samolot popularnych węgierskich linii lotniczych może się spóźnić. No zaledwie (tylko) trzy godziny, ale zawsze to coś, i to pod koniec soboty może to się przyczynić do wyczerpania się możliwych połączeń ze Starachowicami. 
Po kilkugodzinnej lekturze przygód Kurta Wallandera, długich minutach obserwowania otaczających mnie rodaków wszelakich narodowości (tak już jest, gdy postanawia się być obywatelem świata), po paru niegroźnych turbulencjach i zignorowaniu wszelkich ofert pokładowych (tego nadmuchiwanego samolotu nigdy sobie nie wybaczę), oczom mym ukazała się Wawa jak za lat młodości. Bowiem już szybko okazało się, że przez te siedem/osiem lat od jej przeze mnie opuszczenia, dużo się w tym zjawisku metropolitalnym nie zmieniło. 
Moja sentymentalna podróż w przeszłość zaczęła się od rock'n'rollowej jazdy bez trzymanki warszawskim ZTM, które jest atrakcją samą w sobie i powinno być odpowiednio promowane wśród turystów "Prawdziwy twardziel jeździ tylko ZTM". Wraz oczywiście przemiłą panią kioskarką z Okęcia, która nie jest od wydawania reszty, bo posiadanie odliczonych drobnych to obowiązek każdego klienta. Na Placu Zawiszy się trochę nabiegałam, ale odpowiedni przystanek znalazłam, poczułam zaduch warszawskiej nocy (jak ja się cieszę, że już tam nie muszę mieszkać) i lekko spocona dotarłam do głównej atrakcji turystycznej - Dworca Zachodniego. 
Miejsce to czarowne nie zmieniło się nie tylko od sześciu lat, ale także od jakiś trzydziestu. Powrót do przeszłości i pełny hardcore. W epoce wysokiej komputeryzacji, przybytek ten posiada nadal chaotyczny rozkład jazdy naklejony za pomocą tabliczek z nazwami miast i godzinami odjazdu nad kasami biletowymi. Informacja czynna jest tylko do 19:00, no bo kto do jasnej ciasnej podróżuje po zmroku. Toalety publiczne w podziemiu troszeczkę wprawdzie podrożały, ale zielony papier toaletowy wisi nadal w kilku rolkach poza kabinami, żeby kontrola społeczna zapobiegała bezczelnemu rozkradaniu.
Ale najlepsze są panie w kasach. O dawnych urazach już zapomniałam, więc mnie babsztyle nawet zaskoczyły. Z powodu wyczerpania autobusów do Starachowic zostało mi tylko kilka opcji dojechania do Iłży, Brodów, Radomia lub Skarżyska, skąd moi przyjaciele mogli mnie odebrać nawet w środku nocy. Z braku otwarcia informacji zostało mi tylko zacisnąć zęby i zapytać panią kasjerkę (kto nigdy tego nie doświadczył, niech się nie odzywa) o możliwe połączenia.
 I tu zrobiłam błąd, zapomniałam o niewierna, że można  się zapytać w miarę bezpiecznie tylko o jedną rzecz (no takie zasady dworca zachodniego, o ja naiwna). Podchodzę więc nieśmiało do kasy i elegancko artykułuję:
 "Czy mogłaby mi (wielce szanowna) pani (tzn powinnam jeszcze dodać: Wasza Wysokość, udzielna księżno warszawska, królowo złota, szefowo najmilsza) powiedzieć czy mam jeszcze jakieś połączenia do Iłży?" 
Pani na to: (z głębokim westchnieniem i odrazą w oczach, po postukaniu w oporną klawiaturę i popatrzeniu w komputer, przybytek zła wszelkiego). 
"Dwudziesta druga dwadzieścia! Bilet u kierowcy". 
Na to ja jeszcze bardziej nieśmiało i z rozbawieniem niejakim (może to był mój błąd):
 "A czy mogłaby pani mi jeszcze powiedzieć czy są jeszcze jakieś połączenia do Brodów albo do Ostrowca?".
No i tu przegięłam i to całkiem poważnie chyba, bo babą po prostu miotnęło i odrzekła głosem niezbyt lekko podniesionym: 
"No to niech się pani (ty kompletna idiotko, niedouku, człowieku bez celu w życiu i bez podstawowych wartości) w końcu zdecyduję! Do Iłży chce pani jechać czy gdzie indziej! Bo mi pani tutaj głowę niepotrzebnie zawraca...!". 
Moje podziękowanie poprzez to święte wzburzenie już się nie przebiło. Jeszcze sobie pani pomyśli, że jestem bezczelna albo co.
 I tym razem internet okazał się wybawieniem i jedynym dostępnym dla pasażera (telefonicznie połączonego z przyjaciółką przed kompem) źródłem informacji. Jednak coś się przez te lata zmieniło. Choć nie był to pan kierowca autobusu do Krynicy, który nie omieszkał mnie na początek  lekko zrugać "Proszę nie zastawiać przejścia!", a zaraz potem jednak sprzedał bilet z krótkim wyjaśnieniem "Drobne proszę! No bo nie pojedzie!". Drobne miałam, pojechałam.
 Pasażerowie autobusu chyba mnie nie też polubili, bo jak tu można się wyspać, kiedy taka zaraza (jedyna czytająca w autobusie) świeci po oczach po 22. Skandal.
A ja nigdy dotąd nie byłam w Skarżysku i żeby nie przegapić jedynego przystanku i momentu dojazdu, trzymałam się przy zmysłach śledząc niezwykle zagmatwane dochodzenie z "Zapory" Mankella i to (tfu!) po niderlandzku.
Ale dotarłam do Starachowic i bawiłam tam całe dwa dni, uwagę dzieląc między serdeczne rozmowy o dawnych i nowych czasach oraz kontakt z sześciomiesięcznym cudem o imieniu Mateusz.
Podróż powrotna przez Wawę minęła zaskakująco gładko, a nawet bezboleśnie (ma się tę wprawę) i nie wzmocniła mej utraconej już miłości do hałaśliwej stolicy w korkach (wybacz syrenko). 
Dawno temu myślałam żeby pokazać kiedyś moje studenckie miasto własnemu mężowi, ale zabiorę go lepiej do Krakowa. 



18:03, aniafin
Link Komentarze (1) »