RSS
poniedziałek, 28 września 2009
ciepło i historycznie

Tym razem synoptycy mięli rację, a cała reszta uciechę. Niderlandzkie lasy, ogrody zoologiczne, parki, scieżki rowerowe i wszystkie inne nasłonecznione miejsca dowodziły, że przeludnienie w tym kraju osiagnęło już stan alarmowy. O stanie dróg publicznych nie wspomnę, to już problem tych, którzy dystans dzielący ich od przyrody decydują się pokonać spalinowo, a potem walczyć o miejsca parkingowe. Na szczęscie przez cały ubiegły weekend nie należeliśmy do tej ostatniej kategorii. Ujeżdżaliśmy raczej rowery.

W sobotę rundka po wrzosowiskach i na południe od Arnhem, czyli o jeden most za daleko. Słynny z operacji Market Garden most, widuję nie pierwszy raz, ale tym razem spojrzenie me jest historycznie wzbogacone. Miejscowa telewizja poświęciła ostatnio temu wydarzeniu (z racji 65 rocznicy) dużo uwagi. W poprzedni weekend urządzono nawet coś w rodzaju symulacji i przez trzy godziny zrzucano z samolotów na wrzosowiska dziesiątki spadochroniarzy. Co bardziej wojenno-sentymentalni poprzebierali się w stroje z epoki, odkurzyli wojenne pojazdy, powyciągali akordeony i ruszyli na Veluwe wczuwając się w klimaty tamtego wrześniowego czasu, ciągle pełnego nadziei;). Fajnie było tak sobie obok tych wojennych konwoi na rowerze przejechać i poczuć prawie jak dziewczyna z ruchu oporu. Nie wiem dlaczego, ale pierwsze co mi się jawi na myśl o wojnie, to zjawiskowa dziewczyna w kwiaciastej sukience podążająca na rozklekotanym rowerze w tajemnicznym i na mur beton niebezpiecznym kierunku. Prawie tak się wtedy czułam.

Wczoraj zaś rannym świtem (jak dla nas to jedenasta) popedałowaliśmy do skansenu na północ od Arnhem. Było trochę pod górkę i dodatkowo R. mnie prowokował wypominając brak orientacji przestrzenno-terenowej, ale w ramach dnia dobroci dla męża i w obliczu jesieni, szybko się od-braziłam (potrzebuje go wkrótce do analiz statystycznych, ha ha). W pełnej komitywie dotarliśmy do zatłoczonych już bram Openluchtmuseum i po odstaniu w dwóch kolejkach otworzył się przed nami wypełniony historią park.

Można po nim pospacerować albo pojeździć historycznym tramwajem i pooglądać wnętrza i zewnętrza;) m. in. niderlandzkich: domów, szop, zagród, wiatraków i  baraków dla emigrantów z Moluków a także: piekarni, fabryki masła i serów, pralni, ośrodka zdrowia, sklepu spożywczego i tego z cukierkami.

Zapoznanie się z modą holenderską było dla mnie jeszcze większym objawieniem niż spacer w sobotę po Utrechcie, bo do kozaczków typu Pocahontas noszonym w lipcu na gołe nogi się już dawno przyzwyczaiłam. Okazało się bowiem, że w dawnych czasach urodziwe holenderki nosiły na głowie pod czepkami rodzaj metalowych czółek wystających po obu stronach czoła i zakończonych odblaskowymi blaszkami (albo sprężynkami). No i jak tu nie myśleć, za Sculy i Mulderem, że lud tutejszy nie od małpy pochodzi, ale od Aliena. 

A tak wygląda typowa niderlandzka chata murowana słoma kryta z szopą i zabezpieczonym na zimę stogiem słomy (swoją droga snopowiązałka była raczej nowoczesna) na wypadek dziur w dachu:

Oczywiście Holandia nie może obyć się bez wody i rybołóstwa.  Wioski rybackie, na żywo wciąż dostępne np. w Volendamie (dla wielbicielek Jana Smita) albo w Enkhuizen (dla znajomych Kamili), są doprawdy bardzo malownicze. Woda zawsze chyba dodaje miejscom uroku i dramatyzmu.

 
Jeden z maleńkich domków wyglądał trochę niestabilnie (czyżby rekonstrukcja się nie powiodła), może z powodu wiatrów i sztormów dotykająch ten kraj regularnie.
Ponieważ holendrzy obecnie raczej słyną z wysokiego wzrostu, zastanowił mnie fakt, że w większości tych starych domów drzwi i pułapy były bardzo niskie, łóżka krótkie a krzesła niskie. R. musiał się wszędzie schylać i przykurczać, żeby nie zarobić z łep, mi nawet wydawało się wszędzie ciasno. Czyżby naród wydłużył się wraz z postępem cywilizacyjnym? a częste powodzie posłuzyły jako naturalna selekcja? Odłóżmy na bok podobne bezowocne rozmyślania aby podziwiać perełkę holenderskiej architektury dawnej:
Teraz na szczęście przyjechali tu polscy budowlańcy i nowe domy wygladają już bardziej symetrycznie. Tubylcy zaś moga do woli oddawać się tradycyjnym i ekskluzywnym zajęciom takim jak naprawa sieci rybackich, wyplatanie lin i koszy, kowalstwo użytkowe.

Wszystkie te cuda (oraz wiele innych) można zobaczyć przez prawie okrąglótki rok w pewnym lesie na północ od Arnhem (niedaleko jest też zoo dla naszych milusińskich oraz moich tesciów jak mnie poznali i musięli ochłonąć z wrażenia). Zimą będzie tam nawet śnieg (folder obiecuje) i niderlandzkie pączki (popularne przed Nowym Rokiem), nie na darmo noszące miano "oliebollen" (w dowolnym tłumaczeniu - tłuste kule). Odwiedźcie kiedyś koniecznie Openluchtmuseum w Arnhem, po upewnieniu się co do pogody, bo warto.
13:07, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 września 2009
jesień, idzie jesień
Wraz z nadchodzącą jesienią (niby już nadeszła, ale się nie zatrzymała) zwiększa mi się poczucie estetyki, nadwątlone przez lato. Lato jest dobre, bo ciepłe i beztroskie, ale wszystko się latem trochę rozmywa i robi wyblakłe, zanika kontrast między nocą i dniem, między drzewami i trawą, między niebem a wodą.
 Dopiero jesień zaczyna dodawać światu głębi. Coraz rzadziej występujące ciepło sprawia, że cenię słońce, czuję prawie kocią przyjemność gdy jego oddech zatrzyma się na moich plecach. Zapach przemijających liści, a właściwie garbników z tychże liści, nie wiedzieć czemu nastraja mnie uroczyście i sprawia przyjemność. Na punkcie porannych mgieł nisko wiszących w zagłębieniach terenu to już zupełnie tracę głowę, szczęka mi opada z zachwytu i serce śpiewa serenady. Tak mi się właśnie robi jesienią, wcale nie smutno, raczej pięknie i refleksyjnie, bardzo ciepło na sercu i podniośle na duszy.
Weekend wygląda bardzo kusząco, zwłaszcza, że w poniedziałek człowiek-pogodynka zagroził pogodą iście holenderską i spadkiem temperatur. Trzeba będzie zaraz odciągnąć R. od komputera (o ile się nie przykuł łańcuchem do tej swojej Javy nie snu) i zarządzić wycieczkę rowerową, wcale nie do Ikei. Jak dobrze pójdzie na jutrzejsze popołudnie mam już obiecane Openluchtmuseum (tyle lat już tu jestem, a jeszcze nie trafiłam do tej, bądź co bądź, lokalnej atrakcji), nawdycham się do woli jesiennych klimatów i duchów przeszłosci. 
W takie dni jak dziś, wcale nie tęsknie za Farmvillem (w pracy już zupełnie tego nie tknęłam, no ale dziś rano "musiałam" zebrać bawełnę, sami rozumiecie), szukam za to inspirujących blogów i rękodzieł. Dzięki internetowi dostęp do ludzkiego potencjału twórczego mam prawie niezgłębiony i co jakiś czas jestem pod bardzo głębokim wrażeniem.
A z rzeczy praktycznych: zaczął się nam sezon grzewczy!, pan od piecyków gazowych wczoraj zdziałał cuda i wróciła do nas ciepła woda pod porządnym ciśnieniem. R. w ramach testu uruchomił dziś też ogrzewanie. Pora najwyższa, wszakże temperatura spadała tu w dzień do jakiś osiemnastu (brrrrr, jak ja cierpię jak jest zimno),a wilgoć nam wzrosła do 74% i moje ostentacyjne przykrywanie się kocem na kanapie zmiękczyło by serce każdego twardziela.
Kupiliśmy wreszcie krzesła (po blisko roku poszukiwań i licznych siadań) w kolorze jesiennego rudego pomarańczu (no właśnie do mnie dotarło dlaczego wybrałam ten kolor), dowiozą z listopadzie. Osiem tygodni to iście holenderski czas oczekiwania na meble, jeśli nie kupuje się ich w ikei. Sklepy meblowe uczą nas widocznie cierpliwości w konsumpcjoniźmie, o ile taka jest możliwa. 
Dobra, dobra, biegnę już sprawdzić te słońce w ogrodzie, czy zrobiło już dobrze winogronom (obrodziły nam w tym roku wyjątkowo) oraz zbyt późnym pomidorom i ostatnim najsłodszym truskawkom.
Miłego dnia, niech jesień będzie z wami.

12:35, aniafin
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 września 2009
piątek w radixie po sezonie

Odkąd w domu przerzuciłam się na macjabłko ;) dołączając przy tym do coraz mniej ścisłej elity i wiernego fanklubu (moi koledzy godzinami potrafią bowiem wychwalać zalety tego cudownego sprzętu i wbudowanego weń śnieżnego lamparta) , całkowicie zatracam się wieczorami w internecie i temu podobnych rozrywkach.

 Miesiąc temu, gdy jeszcze mój stary i wytarty, stacjonarny pecet stał sobie w pracowni na górze, przez co tracił na dostępności, bo trzeba było się na tą górę specjalnie po to wdrapać, czas mój poświęcałam książkom, przyrodzie w ogródku, ręcznym robótkom, rozkoszom podniebienia i po prostu byciu sobie po cichu. Mowy nie było o jakimś tam okropnym facebook'u, naszym-śledziku i co tam tylko internet na mózg przyniesie ( no przynajmniej nie tak często , powiedzmy dwa razy w tygodniu i to zwykle w weekendy). No a teraz klops z musztardą, wpadłam w pełne uzależnienie i to od czego. Mianowicie od Farmville i Yoville, tak ze wstydem powiem, i po plecach się ubiczuje cienkim kabelkiem do makowego zasilania. No kurde, nie rozumiem tego, śmiałam się całymi miesiącami z kumpli że w MafiaWars klikają i to w pracy.

A tymczasem ja klikam w drzewa, owce, piekarniki, automaty do gry, mieszkania sasiadów i to nie tylko w domu, wieczorami. W pracy jest jeszcze gorzej, dobrze, że szef jeszcze czasem siedzi za plecami, bo inaczej tragedią by się to skończyło jakąś. Siedzę sobie na przykład nad artykułem własnym, w którym z zapałem opisuje mrożące krew w żyłach nicieni przygody ejczłana, i co jakiś czas przelatuje mi nad głową myśl " ciekawe czy dojrzały już te wiśnie" albo równie atrakcyjne "mam nadzieję, że te ciastka się jeszcze nie spaliły' i co? - zanim  ją zauważę i odgonię ze wstrętem - "klik""klik""klik" "harvest" "clean oven" "collect trufles" - o matko moja miła!

Toż to niby nic, dwie minuty na raz, a satysfakcja z zarobionych wirtualnie monet i zdobytych etapów wręcz buduje (aha i jeszcze sąsiadom pomogę, a ci w sumie to w końcu prawdziwi przyjaciele). Nic to, że te dwie minuty zdarzają się z coraz większą częstotliwością i skutecznie dystansują mnie nawet do własnej pracy. Każda myśl o zerwaniu powoduje żal dziwny jakiś (no bo już tyle osiagnęłam, no i co powiedzą znajomi blablabla).

Cholera jasna, ja chyba wpadam w obłęd.Po kilku tygodniach fejsbókowych rozrywek, rozwinęłam szkodliwe automatyczne odruchy i zatraciłam kontrolę oraz świadomość.

Czas na oświadczenie. Zrywam z Farmville oraz także z Yoville. Zaczynam odwyk. R. się udało z Wow, mnie się tez musi udać. Po paru tygodniach odmóżdżyło mnie i tak wyjątkowo. Czas na zmianę. Mózgu, pora się obudzić.

15:16, aniafin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 września 2009
wakacje luksusowe
W pięć kolejnych dni oddaliśmy się w pełni górskim i kurortowym uciechom. Długo by opisywać. Pogoda idealna, pełny wybór szlaków i wyciągów, kolejka górska, która jedzie wewnątrz góry (Zugspitz), aby następnie na nią wjechać (drogo, ale warto),currywurst i golonki na każdym zakręcie, mnóstwo kwiatów, zwierząt i czysta natura skłaniająca do refleksji;).
Pierwszego dnia na pierwszym nieskazitelnym szczycie (Eckbauer, 1236m) zrobiłam moje ulubione zdjęcie - górskie jingjiang - które zawsze mi będzie przypominać moment zachwytu i zarazem poczucia równowagi:


Później schodzilismy z tego Eckbauera pachnącymi łąkami i cienistymi lasami, by w pochodzie turystów dotrzeć do Partnackklamm, wąskiego i wysokiego wąwozu, w którym mimo upału dostaje się gęsiej skórki, zwłaszcza jak się człek przeciska przez mroczne korytarze i śliskie galeryjki, a kaskady rzeki wprost ogłuszają.

Z wrażenia aż musięliśmy się potem szybko posilić ogromnymi porcjami currywurstu i frytek popijająć półliterkiem apfelschorl'a.
Później poszło gładko, co dzień nowy szczyt (oczywiście za pomocą kolei), wędrówki do upadłego, wieczory bez ducha na kanapie, golonka.
Żyć nie umierać, piwo, góry i śpiew.


19:49, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2009
w stronę luksusu
Ostatnia noc na kempingu była mokra i zimna. Taki sam był następny ranek. A sercach naszych trwało postanowienie, żeby zamienić te urocze miejsce i sposób przetrwania na choćby odrobinę luksusu. Pakowaliśmy na mokro, przydało nam się bardzo zadaszenie i staraliśmy się osuszyć sprzęt jak się tylko da, niestety nieprzerwane siąpienie, mżawienie i lanie z nieba nieustannie przeciwstawiało się wszelkim wysiłkom. Zziębnieci i z lekka wkurzeni wynieśliśmy się z Oberammergau w kierunku zachęcająco wyglądającego w zgromadzonych przez nas folderach Garmisch-Partenkirchen. Byłam absolutnie pewna, że po sezonie szybko znajdziemy niedrogi i przytulny apartament z widokiem na skocznie. W skrócie - nałaziliśmy się jak głupi i przemoczyliśmy (deszcz trzymał się mocno), a schronienia nie było. W oczach utrwalił się obraz czerwonych tabliczek z napisem "belegt", a jak coś wyglądało na "frei" to i tak było w końcu belegt, jak się spytać. Z mocno nadszarpniętymi humorami (zimno i wilgoć bardzo obniżają morale) zrobiliśmy sobie postój w BurgerKingu (king wings i cappucino bardzo  podwyższają morale). Po nieużytecznych radach z informacji turystycznej (znaleźli nam jakieś apartamenty, ale pod jednym z adresów nic nie znaleźliśmy, a drugi dom stał przy ruchliwej trasie), wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy przed siebie, z nadzieją zobaczenia "frei" w jakimś przyjemnym miejscu. Tak trafiliśmy do gasthausu "Antonia" (komfort ferienwohnungen), gdzie urocza właścicielka z sentymentem dla Hollandii ("tak, tak byliśmy z mężem w Niederlande parę razy, w Goudzie, Amsterdamie, Antwerpii";), "najbardziej lubimy te śledzie") zgodziła się nam udostępnić ostatnie wolne mieszkanie po okazyjnej cenie (ale i tak było oczywiście drożej niż zakładaliśmy na początku). Zgodziliśmy się od razu i bez dyskusji. W tamtym momencie zgodzilibyśmy się na każdą cenę;). Nigdy nie zapomnę jak wielką radość sprawiło mi tego wieczoru zwykłe siedzenie na miękkiej kanapie z kubkiem aromatycznej herbaty (Frauen Balance od YogiTee), a później upojna noc na miękkim materacu. No i łazienka oczywiście, tego mi było tylko trzeba. Na kempingu jest super!
12:03, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 września 2009
wesołe jest życie staruszków
 Dwa kolejne dni spędzone przez nas w małej alpejskiej wiosce były za to słoneczne i beztroskie. Nie przemęczyliśmy się, co prawda to prawda, ale czy o to chodzi w wakacjach? Najważniejszy jest spokój i beztroska. Piękne widoki i brak obowiązków. R podszedł do tego właściwie, nie dał się absolutnie namówić na żadne włażenie pod górkę i boczne drogi. Wjeżdżaliśmy na góry wyciągami (taki ławeczkowy, zupełnie otwarty wywołał we mnie dreszcz emocji i nadmiernie często przyglądałam się zawieszeniu, czy aby na pewno wytrzyma) lub kolejkami wagonikowymi. Schodziliśmy utartymi szlakami, takimi co to każdy da radę, nawet matki z dziećmi w wózkach. Nader często zatrzymywaliśmy się przysiadając na przydrożnych ławkach, oczywiście aby podziwiać piękne widoki. I choć średnia wieku na szlaku wahała się w granicach 60-tki, to my, o połowę młodsi, zostawaliśmy w tyle i maszerowaliśmy tak jakoś dziwnie pod prąd. A po jakiś dwóch godzinkach wędrowania parliśmy dzielnie w stronę kempingu, gdzie Mankell i Larsson (coś mamy ostatnio słabość do szwedzkiej literatury współczesnej w wersji niderlandzkiej) już na nas czekali, nęcąco trzepocząc okładkami.
Tutaj nastąpi przerywnik w postaci zdjęcia "Widok z góry":


Na dodatek po upojnych nocach w namiocie o twardym podłożu bolały nas kości, mięśnie i co tam jeszcze. Po dwóch dniach pitraszenia na gazowych palnikach pysznych obiadków (wodnisty makaron, przypalone hamburgery o przedłużonej trwałości, okropnie słone parówki) zażądałam zaprowadzenia do restauracji. Przypadkiem okazała się nią być magiczna restauracja (http://www.zauberstubn.de/Frames/US/Frameset-us.htm), w której Magic Vlado oczarował nas zestawem sztuczek magiczek. Z dużą nieufnością wyjmowałam później portfel i karty płatnicze, no bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy taki Vlado coś zwinie albo zachachmęci.
Kucharz za to przesolił i niedosmażył, ale wszystko skończyło się dobrze (zanim visa nam przyśle kolejny wyciąg). 
No i znowu widok:


Pięknie było i nastrojowo, świeże górskie powietrze, kontakt z naturą nastrajały nas pozytywnie, czasami trochę melancholijnie.



Po wykorzystaniu wszystkich miejscowych wyciągów i z grubsza szlaków, pora nastała by wyruszyć w dalszą podróż.
15:20, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 września 2009
Oberammergau-zwiedzanie czas zacząć
Całonocna burza i niezliczone ulewy (a w namiocie nawet mały deszczyk odbiera się słuchowo jako ulewę) obniżyły zdecydowanie nasze morale. Spaliśmy zatem długo i wystawiliśmy głowy z namiotu dopiero w odpowiedzi na przebłysk słońca. Gruba zasłona chmur i mgieł zaczęła ustępować i śniadanie dało się zjeść po ludzku. Potem znowu zaczęło kropić. Jak troszkę przeleciało, wybraliśmy się na miasto w poszukiwaniu informacji turystycznej i porządnej kawy. Te rozpuszczalne paskudztwo z Lidla nie dało się nazwać szlachetnym mianem. Bawarskie miasteczka są wprost słodkie. Prawie każdy dom, willa czy rezydencja mają na sobie wymalowane sceny z życia świętych, rolników, Jasia i Małgosi, Czerwonego Kapturka, proroków, bajkowych zwierzątek. Można się napatrzeć i nadziwić.

        

 No i prawie z każdego balkonu zwisają kaskady nieskazitelnych pelargonii, surfinii i co tam jeszcze. 


Zafascynowani miejscową architekturą, przyrodą oraz modą

                           
wypiliśmy zasłużoną kawę z ekspresu i zgarnęliśmy parę darmowych broszur z informacji turystycznej, po czym udaliśmy się na zasłużony wypoczynek koło namiotu. Wszak słońce wyszło już na dobre , kości bolały nas po spaniu na twardych matach, książki domagały się czytania, no i mieliśmy przed sobą jeszcze wiele wakacyjnych przygód.
11:48, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2009
Bajkowy zamek króla Ludwika
Dzień drugi wakacji 2009 zaczęliśmy od zjedzenia porządnego śniadania, za takie pieniądze trzeba napełnić żołądki na zapas. Widoki były już piękne, z luksusowego balkonu podziwialiśmy granatowe alpy i chaotyczną grę krowich dzwonków. Szybki oka rzut na mapę (aha, zapomnieliśmy w końcu przewodnika po Niemcach, ale kto by te nudy czytał) zaprowadził nas do Schwangau, bo tam znajduje się cudo niemieckiej architektury ( a nawet dwa cuda, ale stać nas było, czasowo i finansowo, na jedno) - zamek Neuschwanstein. Jeśli ktokolwiek układał kiedyś puzzle, to musi znać ten słynny widoczek białego zamku otoczonego górami (dostępne są wszystkie pory roku). Widać, że młody król Ludwig II Bavarski zainwestował w swój bajkowy pałac dużo czasu i podatków, ale rezultat (nigdy nie ukończony, bo biedaczek Ludwik umarł młodo w tajemniczych okolicznościach - podejrzewamy spisek podatników) zapiera dech w piersiach. Wnętrza inspirowane twórczością Wagnera są tak bogate i misternie wykończone, że wprost głowa boli od przybytku. Sama wycieczka z przewodnikiem odbywa się niestety zbyt ekspresowo (hrabio, korki...) i bez zdjęć :(, ale da się poczuć klimat wagnerowskich dzieł i podzielić królewską pasję dla sztuki romantycznej. Zdecydowanie polecam.
Zdjęć na podobieństwo puzzli zrobić nam się nie udało (potrzebowalibyśmy innej pory dnia oraz samolotu), to było najlepsze, ale trzeba dobrze wysilić wyobraźnię:

 Po bajkowym przystanku w Allgauer Alps, pomknęliśmy ku naszemu przeznaczeniu - Bawarii Wysokiej. Miało być Garmisch-Partenkirchen, ale kemping nas nie zadowolił (jaki tam widok na Zugspitz?, chyba z najbliższego drzewa; najlepsze miejsca wykorzystane przez przyczepy kempingowe; jedyna zaleta - ALDI na przeciwko). Wylądowaliśmy w prześlicznym miasteczku Oberammergau. Tutaj kemping był o niebo lepszy. Dużo przyczep i kamperów, ale z wydzielonym (pustym!) polem namiotowym i widokiem na Kofel (przystojna góra;)). W czasie burz i deszczy, bo tych nam przyroda nie oszczędziła, i nie tylko, mieliśmy do wyłącznej dyspozycji takie oto chatki z duchami i paleniskiem:

Zaraz po rozbiciu obozu rozpętała się górska burza (o akustyce doskonale potęgującej grzmoty) i do rana trwająca ulewa. Od tej pory jak mantrę powtarzaliśmy słowa "na kempingu jest super" i z tym zaklęciem na ustach udało nam się przetrwać aż do soboty (a był wtorek).
16:36, aniafin
Link Dodaj komentarz »
Od gwiazdeczki do Pfronten
Oto wybraliśmy się na wakacje. Żadnych rezerwacji, żadnych sztywnych planów. Jedziemy do Bawarii z kempingowym wyposażeniem, zależnie od pogody decydujemy na miejscu gdzie i jak nocujemy. Ambitna wersja wyjazdu - poniedziałek rano. Niestety, w niedziele po południu, gdy mknęliśmy po auto-drodze, łups, kamyczek w nas walnął i spowodował powstanie małej gwiazdeczki na środku przedniej szyby. A jak każdy, kto ogląda reklamy Carglass'u  (Carglass repareert - Carglass refund) dobrze wie, taka niewinna gwiazdeczka może w każdym momencie skończyć się płaczem i wymianą szyby. Pojechał więc mężu w poniedziałek do serwisu i dał sobie wstrzyknąć w szybę trochę czegoś magicznego, dzięki czemu szyba jak nowa (op de volle sterkte). Koło piętnastej mogliśmy już wyruszać. Po jakiś ośmiu godzinach niemieckiej tułaczki z jednym zabłądzeniem (bo miała być autostrada, a jeszcze jej nie było) zziajani, zmęczeni i uchetani do granic wytrzymałości znaleźliśmy przemiłe bawarskie miasteczko bez kempingu (w każdym razie ciemno było, to nie znaleźliśmy), za to z hotelami pozajmowanymi przez węgierskich turystów. Ostatnie wolne miejsce w hotelu Cristina we Pfronten kosztowało nas tyle, ile tygodniowy postój na polu namiotowym. A miało być tak budżetowo i ekonomicznie. Historia ta powtarza się co roku (we Włoszech i Szwajcarii było dokładnei tak samo), pierwszą noc wakacji spędzamy od lat kilku w za drogim pokoju hotelowym, znalezionym w ostatniej chwili, kiedy nam już wszystko jedno ze zmęczenia. Na drugi dzień zaczynamy zaciskanie pasa.
15:51, aniafin
Link Dodaj komentarz »