RSS
sobota, 25 października 2008
Widok z kolonialnego okna

Podczas niedawnej kolonialnej wycieczki mieszkaliśmy w niezwykle brzydkim po wierzchu hotelu (jeśli ktoś kiedyś widział włocławski hotel Kujawy przed niedawnym odświeżeniem, to może sobie go dobrze wyobrazić), szara, socjalistyczna bryła z wielkiej płyty, brrrr.

W środku było już lepiej, nawet luksusowo, ale najlepsze to były widoki.

Oto co objawiało się mym zaspanym oczom, wczesnym rankiem po wyjrzeniu z okna:

 

Nic tylko wybrać się na romatyczny spacer z łódką, nakarmić przydrożne kaczki i poskakać z wiewiórkami.

Wystarczająca ilość powodów, żeby urwać się z konferencji.

12:52, aniafin
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 października 2008
Psiankowate
Wyraźna przerwa w życiorysie.
Powód - psiankowate i ich genomy.
W czwartek wróciliśmy z gościnnych występów na konfie w Kolonii.
Przyjemność ta (w końcu praca płaci za nocleg, wyżywienie i inne atrakcje) skupiła ponad trzy stówki wybitnych i mniej wybitnych, europejskich i mniej europejskich naukowców badających od wielu lat zawiłe genomy ziemniaka, pomidora, papryki, tytoniu i kawy (czyli psiankowatych).
Wszystkie te warzywa ;) stanowią zaraz po ryżu i innych ziarnistych podstawę wyżywienia i przyjemności naszej planety.
Nie mówcie mi więc, że zajmujemy się głupotami;).
W obliczu najnowszej techniki stało się możliwe poznanie kodu genetycznego najpierw człowieka  (no może pierwszy był arabidopsis, bo to mały chwast) a zaraz potem innych stworzeń.
Swojego sekwencjonowania doczekał się też ziemniak i pomidor!

Jako że powstaje w ten sposób dużo (w przypadku człowieka 3 biliony literek, u ziemniaka tylko 850 milionów) informacji w postaci:

ACTGCTGCAGTGGGCATTGCAGTGCAGTC .......

ktoś to musi jakoś zanalizować a najlepiej do czegoś pożytecznego potem wykorzystać.
Dlatego potrzebni są ludzie, którzy na różnych poziomach organizacji, będą nam tego genoma tłumaczyć.  Składać do kupy, siekać na kawałki,  definiować geny (jednostki informacji genetycznej) i inne śmieci, porównywać gatunki, porównywać jednostki, wróżyć jakie białka z nich powstaną etc.

Do czego można takie info wykorzystać?
- do osiagnięcia satysfacji osobistej (Wiem jak wygląda genom! I co teraz?)
- do poznania funkcji genów i oddziaływania między nimi
- do  ulepszania odmian roślin (niekoniecznie przez GMO)
- do  wynajdywania ciekawych białek (kto wie może będą miały zastosowanie w przemyśle, medycynie)
- do  wyjaśnienia jak działa stworzenie
- w przypadku człowieka do wykrywania mutacji powodujących choroby i do projektowania nowych leków i terapii
- w przypadku seryjnych morderców i innych wykolejeńców do porównywania próbek  materiału dowodowego (włosy, ślina, skóra..) z podejrzanymi i ofiarami

W sumie to zdumiewające jak dużo można wydusić z takich literek i że czasem jeszcze współczesna informatyka nie nadąża za taką ilością danych. Człowiek sam też nie nadąża i dlatego potrzebuje kolegów, konsorcjów, platform, oprogramowania, drogich maszyn i niekończących się dyskusji.
Takie właśnie dyskusje i narzędzia są pokazywane na naszych konferencjach i łorkszopach.
Za pomocą prezentacji i posterów każdy stara się dołożyć swą cegiełkę do zrozumienia albo czasem większego zamieszania, każdy może zadać podchwytliwe pytanie, pomóc dobrą radą i własnymi wynikami.

Trochę umysł tego nie ogarnia, więc najlepiej być wybiórczym, mieć swój własny wycinek i ograniczone zainteresowanie. Świat roślin może być naprawdę pasjonujący (dla mnie).

A i jeszcze jedno, przybyłam, zobaczyłam, zaliczyłam! Czyli moja prezentacja dla tłumu genomistów wypadła nieźle i mam nadzieję na jakąś współpracę (nie ma to jak się zareklamować).

Niech Psianki będą z Wami!

16:40, aniafin
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 października 2008
Październik

Najnowszy październikowy song mojego ulubionego holenderskiego zespołu BLOF, jest jak zwykle melancholijnie i muzycznie doskonale, ach te gitary...

Oktober overvalt ons ieder jaar /Październik zaskakuje nas co roku
We kijken naar elkaar, naar een overvolle zomer/ Spoglądamy na siebie i na przejrzałe lato
En we zijn alweer veranderd /  I znów coś się w nas zmieniło
Maar het voelt niet meer vertrouwd  /   Ale już temu nie ufamy
Nu we plotseling beseffen dat wij onszelf niet zijn /  Teraz nagle do nas dociera, że nie jesteśmy
samymi sobą
In oktober /   w październiku
Oktober is de wreedste maand oktober  /    październik to najokrutniejszy miesiąc październik
Met de dingen die voorbij gaan maar wel ergens blijven hangen /  z rzeczami które się kończą, ale ciągle
gdzieś tam wiszą
Ze komen steeds weer bij ons terug  /  i znowu do nas powracają
Ergens in oktober  /     gdzieś w październiku
Oktober overvalt ons ieder jaar  /  Październik zaskakuje nas co roku
We blijven bij elkaar na een veel te korte zomer  /   Zostajemy ze sobą po zbyt krótkim lecie
En we zijn alweer veranderd, niet ten goede of ten kwade  /  i znowu się zmieniliśmy, nie na lepsze, nie na gorsze
Maar veranderd niettemin  /    ale przecież się  zmieniliśmy
In oktober   /     w październiku
Oktober is de wreedste maand oktober   /     październik to najokrutniejszy miesiąc październik
Met de dingen die voorbij gaan maar wel ergens blijven hangen  /    z rzeczami które się kończą, ale ciągle gdzieś tam wiszą
Ze komen steeds weer bij ons terug    /   i  znowu do nas powracają
En meestal in oktober /    i to  przeważnie w październiku
Meestal in oktober   /     przeważnie w październiku

13:57, aniafin
Link Komentarze (4) »
Stół dębowy mocny

Stół żeśmy kupili, stół dębowy, mocny.

 Wraz z powiększeniem metrażu czyli przestrzeni życiowej zrodziły się nam kolejne potrzeby do zaspokojenia. Wcinanie obiadków podczas siedzenia na kanapie przestało nam wystarczać, w końcu i wreszcie mamy miejsce na stół. Plany powstały już dawno, ale poszukiwania zajęły trochę czasu.

Najpierw była ikea, szybko i tanio, stoły niczego sobie, za dwie stówki można skroić całkiem spory mebel. Co z tego kiedy za niskie. Tzn dla mnie w sam raz, ale R. przerasta mnie jakies 30 cm (głównie chyba w rejonie nóg, niestety) i potrzebuje wszystkiego co wyższe.

Przerzuciliśmy się więc na tutejsze sklepy meblowe i pierwsze co nas uderzyło to to, że ceny się (w stosunku do ikei) podwoiły, potroiły, a bywało i znacznie gorzej. Prawda, że wybór większy i wyższy, drewno porządne (zwykle tekowe albo dębowe) i konstrukcja solidna, ale połowę pensji doktoranckiej na stół mam wydać?  Jak się stołu zachciało...

Przeszukaliśmy wszystkie sensowne sklepy w okolicy, w zeszłą sobotę zaliczyliśmy mega-discount meblowy z łączną liczbą stołów w granicach 100 i z cenami powyżej pięciu. Przedyskutowaliśmy wady i zalety konstrukcji, materiału i koloru. Następnie wróciliśmy do pierwszego sklepu i do pierwszego stołu na jakim nasze oczy się zawiesiły;) i zgłosiliśmy chęć kupna obiektu.

Zakłopotana sprzedawczyni wyjaśniła, że niestety już takich nie produkują i że jedyny taki dostępny stół jest modelem wystawowym w ich sklepie. Kupić oczywiście możemy, ale musimy się liczyć z tym, że siadywały przy nim tabuny klientów (a tak, na przymiarkę), stały metalowe dekoracje (ups, porysowało się lekko) i żadnej gwarancji nie dają, ale za to upust. Upust 40 % - więc przymknąć na rysy można nie tylko jedno oko, więc ja oczywiście cały czas uprzejmie się uśmiecham i mówię "Ależ to nic nie szkodzi" Za to R. z kamienna twarzą wysłuchiwał wyjaśnień i udawał, że się cały czas zastanawia (rzucając mi przy tym poskramiające spojrzenia " Nie ciesz się tak idiotko, musimy być twardzi").

Pytamy o koszt transportu, kobiecina na to 28 euro. Po czy spłoniła się znowu, bo sobie przypomniała, że dowóz będzie bardziej skomplikowany, bo najpierw muszą go zabrać ze sklepu do magazynu , a następnie z magazynu do nas. Ups cena w takim przypadku rośnie do 50. Już miałam powiedzieć ależ to nic nie szkodzi, ale R. ubiegł mnie ze swoim "Ach tak?" no i biedna ekspedientka znowu zaczęła przepraszać i się tłumaczyć, troska i poczucie winy w jednym, jakby nam przekazywała jakieś hiobowe wieści. No cóż ja się już nie odzywałam, w końcu negocjacje to nie moja specjalność, ale ogólnie głupio mi było, że jej jest głupio, zwłaszcza że niepotrzebnie (chętnie dałabym jej te pół stówki, żeby przestała się tłumaczyć).

W końcu dobiliśmy targu, ale kobiecie wciąż było jakoś nieswojo, więc obdarowała mnie metalową puszką o nieznanej zawartości, mówiąc, że na pewno mi się spodoba. W środku znalazłam pluszowego misia o wzruszającej mordce, więc mimo, że nie czułam do kobiety żadnych pretensji, wszystkie żale prysnęły. R. cały czas zachowywał kamienną twarz i wytłumaczył mi potem, że teoretycznie bardzo łatwo takich sprzedawców łapać za słowa i czerpać korzyść z niekonsekwencji czy braku profesjonalizmu. Klient nasz pan. No ale bez przesady, pomyślałam.

A stół wygląda naprawdę dobrze i cena niezła, za dwa tygodnie (w czas dostawy musięlismy wliczyć naszą kolonijną nieobecność) zląduje w tzw. pokoju mieszkalnym (woonkamer), zawiśnie nad nim lampa (marzę o tym żeby mieć nisko zawieszoną nad stołem), a potem będziemy wieść przy nim dostatnie, mieszczańskie życie.

13:19, aniafin
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 października 2008
Coś dla WT fanów

Nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem parodii, którą jeden z genialnych satyrycznych holenderskich programów (Koefnoen) zgotował na temat WT. I dodam dla uspokojenia, że podobno parodiowany zespół poczuł się niezwykle zaszczycony.

10:54, aniafin
Link Komentarze (3) »
Black Symphony

Ale się rozkręciłam! Miało iść jak po grudzie, a prezentacja gotowa, tekst jakiś obmyślony i nawet mi się podoba;). To znaczy nie będe może w tej Kolonii jednak świecić oczami. Jak się pozbiera do kupy pracę z lat x i dołoży obrazków, to wygląda to nawet imponująco. Mam taką nadzieję.

Piąty Łorkszopie Genomu Psiankowatych (po polsku brzmi raczej obciachowo) wraz ze swoim szumnym mottem (za oryginalne tłumaczenie można wygrać flaszkę wina):

‘Omne tulit punctum, qui miscuit utile dulci’

już tam do was jadę!

A raczej jedziemy, bo wraz z R. zapewniamy temu wydarzeniu iście rodzinną oprawę;). Ponieważ kiedyś w porywie uczuć dałam sobie wsadzić obce nazwisko zaraz przed moim, to teraz na każdej konfie narażamy się na pytania " ta prezentacja o 15:30 to twojego męża/żony?". Tak się złożyło, że oboje z R. paramy się podobną tematyką naukową. Połączyły nas psiankowate. Bardzo romantycznie. A dzielą tylko dyskusje o wyższości ziemniaka nad pomidorem i pomidora nad ziemniakiem. Zawsze coś. Dużo nas też łączy na szczęście. I jakoś ta unia niderlandzko-polska podtrzymuje swoje istnienie już cztery przeszło lata wyjęte z mojego młodego życia.

To mi przypomina o przeszło piątym roku doktoratu i że jak tak dalej pójdzie to zaczepię o szósty. A wszystko przez to, że szefy mnie lubią (zawsze robiłam dobre wrażenie i nigdy się z nim nie zgadzałam), jeszcze wierzą w sklonowanie ejczłanu  (największą tragedię mojego życia - fanom genetyki molekularnej mogę w przyszłości przytoczyć barwną historię - może pojawi  się jako parę rozdziałów niedawno zaczętej baśni "Przygody Szumiącej w krainie robali") i przedłużają (szczęść im Boże) kontrakt. Dzięki temu możemy szczęśliwie spłacać hipotekę, ale co gorliwsi koledzy pytają się mnie nieraz " A ty jeszcze ciągle robisz ten swój doktorat?" i już nie chce mi się słów marnować. Uśmiecham się promiennie i mówię " Jeszcze tak, ale do końca (sklonowania ejczłana...) już bardzo blisko". Nikt przy zdrowych zmysłach juz w to nie wierzy.

Zanim zabiorę się dziś do prac wykończeniowych (konfa zaczyna się popijawą w niedziele wieczorem) podzielę się najświeższym odkryciem. Pewnie wielu słyszało o zespole "Within Temptation", nie wiem już czy w polskim radiu się pojawia, ale znany jest raczej na cały świat, a szczególnie parę piosenek. Mi się zawsze to co słyszałam podobało, ale jakoś nie wzbogaciłam się w żadne płyty. No i wczoraj sobie jak zwykle w czwartek wieczorem przeczesujemy z R. mediamarktowe pólki w poszukiwaniu nowych gadżetów i patrzymy a tu koncert na blurayu (jakość high definition, w końcu po coś kupiliśmy plejstację trzy). O, within tempatation to było i to najnowszy koncert z rotterdamskiego ahoya. Kupiliśmy (bo sie okazało po 4 latach wspólnego życia, że R. też to lubi) i zabraliśmy się w domku do oglądania.  No i wtedy nastąpiło odkrycie z mojej strony. Jak w przerwie zagadali do publiki wydobyły się w nich ... holenderskie dźwięki! " To oni są stąd?"  -zapytała kobieta, "To nie wiedziałaś? - pytaniem odpowiedział mężczyzna (w tonie jego głosu kobieca intuicja wyczuła "Przecież chyba każde dziecko to wie"). Może holenderskie. Mi coś jednak umknęło. Tzw. inburgering (czyli naturalizacja) nie przyniosła obiecanego efektu.

Ale teraz już wiem. No i koncert ("Black Symphony") jest niesamowity, polecam nie tylko fanom gotyku, metalu i cięższego rocka. Po prostu mnie oczarował. Do tej pory udało się to tylko Dianie Krall. No ale o rozległości gustów się nie dyskutuje;). Zapodaje trailera.

Już wiem czego będziemy słuchać po drodze do germańskiego miasta - stolicy psiankowatych.

Napiszę jak było, przygotujcie się na slang genomowy.

09:22, aniafin
Link Komentarze (7) »
wtorek, 07 października 2008
Się obudzić.

1. Po pierwsze przyznaj, że śpisz. Twój umysł został zaprogramowany, większość czasu spędzasz jak na automatycznym pilocie. Myśli, oceny, reakcje, jakby ktoś wciskał tylko odpowiednie guziki. Patrzysz na ludzi i świat przez okulary, które nałożyło ci wykształcenie, społeczeństwo, rodzice, religia. Tak naprawdę Twoje życie toczy się głównie w twojej głowie. Etykietki, zdanie na każdy temat, opinia za którą dałbyś się pokroić. I spójrz jak łatwo tobą manipulować. Krytyka, ze strony tych, którzy ci imponują, komplement na temat czegoś co uważasz za cenne potrafią diametralnie zmienić ci humor i opinie na temat ich autorów. Twoje reakcje wysoce przewidywalne.

2. Po drugie naucz się słuchać i widzieć. Zwykle słyszysz to co chcesz usłyszeć, przyjmujesz do wiadomości rzeczy, które potwierdzają twoje oczekiwania i wpisują w program. Słuchaj i patrz, żeby odkryć.

3. Po trzecie obserwuj. To co jest w tobie i wokół ciebie. Bez oceniania, bez ustosunkowywania się, bez sądzenia. Patrz na siebie i to co ci się przydarza jakby przydarzałoby się to komuś innemu. Spróbuj zawiesić identyfikacje.

Twoje myśli, twoje ciało, twoje poglądy, twoje imię, twoje emocje, twoje sukcesy i porażki, lęki i euforie wszystko to jest jak chmury, przychodzą i odchodzą przemijają, nie są tobą, ty trwasz.

09:51, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 października 2008
Znowu ranny poniedziałek

Nie żebym nie lubiła poniedziałków rano, są lepsze w sumie niż niedzielne popołudnia z książek D. Adams'a (Życie, wszeschświat i cała reszta), ale zawsze wtedy czuje wagę nadchodzącego tygodnia. Nie ma to bowiem jak dobry początek.

Zaczynam  więc od raźnej (bo inaczej się z moim ukochanym mężem nie da) przejażdżki na rowerze zaliczając holenderską "górkę" sztuk jeden i około 6 kilometrów głównie przez las (przecudny jest, działa jak balsam dla duszy) i pośród pastwisk zielonych obowiązkowo zaopatrzonych w owce, konie i krowy. Z pod kół co jakiś czas z głośnym krzykiem uciekają kosy. Nicponie, siedzą sobie do ostatniej chwili jak gdyby nigdy i nic, i półmetra przed kołem odlatują z dźwiękami ostrzegawczymi.

Mieliśmy taką jedną podejrzaną parę latem w ogrodzie i czasami w środku nocy zamiast pięknych koncertów (bo wiem, że potrafią) częstowały nas alarmem i awanturą. Nie wspomnę już nawet, że poczęstowały się wszystkimi winogronami, zanim zdołały one w pełni dojrzeć oraz regularnie wydziobywały jeżyny. Nie ma to jak dzielić się dobrami natury z samą naturą!

Akcent przyrodniczy każdego ranka wpływa zdecydowanie dodatnie na jakość każdego mojego dnia oraz na bilans spożycia kawy. Jak dotrę do pracy jestem już taka obudzona, że jedyne co mi trzeba to gorący kubek czekolady, dla podniesienia poziomu kalorii i na rozgrzewkę, bo zimno ostatnio.

 No i zaraz zabieram się do pracy: sprawdzam co nowego na znajomych blogach, na funda.nl (uzależnienie sprzed kupna domu), na iGoogle (ustawiłam sobie fajne cytaty), na gazecie, czasem nawet naszej-klasie ( a nuż znajomi dodali nowe zdjęcia pociech). Następnie sumienie wkracza do akcji i każe zabierać się do roboty. W tym tygodniu trzeba skończyć prezentację na kongres do Kolonii.

 Wysyłałam abstract z nadzieją, że nikt nie bedzie zainsteresowany.... Oeps, sesja plenarna! Żeby chociaż jakaś równoległa, to by była szansa na małą salę i jedną trzecią tłumu. O nie, nie ma mowy, zapewne będę się produkować w przestrzeni o wielkości Sali Kongresowej i akurat wszyscy zostaną, bo będzie padać. Czarnowidztwo patentowe. I stres niemały. Dlaczego wogóle przejmuję się co powie o mnie europejska komuna Solanacea? Po prostu będę sobie wyobrażać, że na sali siedzą biszkopty, a każdą odpowiedź zaczynać słowami " To jest naprawdę dobre pytanie..." (mile łechce pytającego i usypia jego czujność, dowodząc przy tym, że jestem człowiekiem głęboko myślącym).

Sumienie naciska, naciska, kopie, szturcha.

Power point. Homologi. Zaczynamy.

 

09:31, aniafin
Link Komentarze (4) »
niedziela, 05 października 2008
No to zaczynamy

Co zaczynamy?

A mianowicie blog na poważnie. Zabrzmiało poważnie, co?. Nie wiem czy dam sobie radę z naciskiem tej powagi chwili, ale spróbuję. 

Po co?

Bo zawsze myślałam sobie że to bardzo "cool" jest takie pisanie pamiętników. Na papierze zapału wystarczało mi zawsze na krótko i to zwykle w okolicy przeżyć sercowych. Jeszcze się dziś rumienię czytając o tych cichych westchnieniach w kierunku jakiegoś Piotrka z ósmej klasy i tego jak mnie on wcale a wcale nie zauważa;).

 Może kiedyś moja mała siostrzenica dogrzebie się do moich wspomnień (które leżą jeszcze gdzieś w rodzinnym bałaganie) i będzie miała niezły (choć krótki) ubaw.

Poza tym pamiętniki zdecydowały się od jakiegoś czasu się upublicznić w blogowym szaleństwie i udostępnić ciekawym komentarzom i ludziom, którzy może dotarli do podobnych obserwacji i przemyśleń, a może mają zupełnie inne zdanie.

I dlatego ja też sobie (się) oto zamierzam popisać i może przez to poukładać w głowie, a może poprzewracać swój mały światek do góry nogami. Adrenaliny dodaje fakt, że w końcu to kiedyś opublikuję i trafi to przed oczy niewinnych niczego ludzi (chociaż z racji trudnego i niepopularnego języka szkody dotkną nie więcej niz 40 milionów,a w praktyce zajrzy ich tu może a trzech) i wszelka herezja a co gorsze nudziarstwo może mi zostać policzone. Na szczęście istnieje jeszcze wolna wola, wybór osobisty i własna odpowiedzialność, więc wzorem poncjusza umywam sobie radośnie ręce i zakładam niniejszym ten blog.

Dlaczego "Sleeping Scientist" ?

Uczciwie powiem że zaczerpnęłam to z nowojorskiej konferencji Tony'ego de Mello, który zapytał swych słuchaczy jakie jest najważniejsze na świecie pytanie, na które każdy z nas musi odpowiedzieć.

 Po czym sam im odpowiedział, że nie jest tym pytaniem "Czy istnieje życie po śmierci?", lub  "Kim jest Jezus Chrystus" etc. Najważniejsze w na świecie jest żeby się dowiedzieć " Kim ja jestem?", albo "Czym jest "ja"?.

Pobieżnie cytuje:

" Mówisz mi, że zrozumiałeś cały świat, a nie wiesz kim sam jesteś? Mówisz mi, że zrozumiałeś astronomię, czarne dziury i jak one się tam nazywają - kwazary, że rozgryzłeś jak działają komputery a nie zrozumiałeś siebie? Och, ty cały czas śpisz? You are a sleeping scientist!"

Przyznaję więc bez bicia, I am a sleeping scientist. Nauka sama w sobie pasjonuje mnie zawodowo i troche prywatnie, w detalu to już parę dobrych lat próbuję rozgryźć jak działają mechanizmy odporności w roślinach i jak nicienie (takie małe robalki) zdołały je omamić, ale ciągle jeszcze nie wiem kim jestem. I nie chodzi tu o żadne definicje i etykietki, tych sobie można nałowić w życiu dużo i każdy napotkany bliźni przyklei ci ich kilka. Chodzi o kwintesencję, esencję, sens, zrozumienie.

Bo co warte to życie na ziemi, jeśli nie znajdę odpowiedzi na wyżej postawione pytanie?

Ty naukowcu śpiący obudź się wreszcie!

Nie obyłoby się bez żartu: "Bo czym jest życie?"

12:25, aniafin
Link Dodaj komentarz »