RSS
czwartek, 29 października 2009
urok radixa o poranku

W Radixie na trzecim piętrze o ósmej rano zdarza mi się bywać nader często, niekoniecznie zawsze z wolnego wyboru. Ja bym sobie chętnie pospała nawet i do dziewiątej, ale co zrobić, obowiązkowy chłop wygania mnie z wyrka już koło siódmej, każe wsiadać na rower i pędzić co tchu do roboty. Coraz częściej zaczynam zauważać tego uroki. Jakoś tak się składa, że okoliczni naukowcy i szacowni nauczyciele lubią sobie pospać (widocznie nie posiadają nadobowiązkowych chłopów, rannych ptaszków) i nie wyrywają się do nauki o poranku. Ściągają masowo do pracy w okolicach dziewiątej, a studenci to i koło 10, o ile nie muszą jakiegoś seminarium odbębnić.

Nema-przestrzeń pogrążona jest prawie w idealnej ciszy pozwalającej wychwycić szum klimatyzacji, odgłos silniczków pojedyńczych kompów, klikanie Kacpra walczącego z mafią, w dalszej dali buczenie odkurzacza i pokrzykiwanie pań (i panów) sprzątaczek. W środku prawie cisza, a za oknem przestrzeń. Jesienne niebo jest szare i mgliste, przez te mgły przebijają się wyjątkowo kolorowe okazy drzew, parking bardzo powoli zapełnia się pojazdami nieprzyjaciół rowerów, pojedyńcze niespokojne dusze przemykają po ścieżce, campus budzi się do życia.

O właśnie przyszedł Szefu, zaraz potem pojawił się Zgred (ponieważ przybył dziś po ósmej, nie będzie mógł się chwalić), no i się posypało jak z rękawa.  Wyjątkowo wcześnie dziś, bo do dziewiątej jeszcze z kwadransik. Zmuszona byłam wygrzebać parę artykułów i je przed sobą położyć, że niby ciężko tu pracuje, a nie blogi piszę. Jak tylko przechodzą z kubkami kawy to na moim desktopie widzą manuskrypt najnowszego papiera, który z zapałem (rosnącym odwrotnie proporcjonalnie do dystansu od szefa) dopracowuję i uzupełniam.

Nic to że pod spodem mam farmville i blox w stanie obróbki. A zresztą mam na nie logiczne wytłumaczenie. Ostatnio jestem w ostrej fazie pisania i tak jak rzesze innych pisarzy mam prawo do writers-blocków, a nic na to lepszego jak kontakt z naturą (farmville) i pisanie rozrywkowe (tenże blog).

Tym błyskotliwym spotrzeżeniem kończę i udaję się do organizacji genomu ziemniaka. Doprawdy pasjonujące.

08:57, aniafin
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 października 2009
długie zimowe wieczory
Wbrew wszelkim deklaracjom i zarzekaniom ciągle poważnie uzależniona jestem od face-bookowych aplikacji. Dotarło to do mnie najsilniej wczoraj rano, gdy odkryłam, że amerykański bezsens podlegał całonocnej (dla nich) inwentaryzacji, przez co moje wysiłki dostania się na farmę (gdzie krowom już się pewnie mleko leje z wymion, a truskawki uległy szarej pleśni) oraz do restauracji (sernik miał się robić tylko 12 godzin) przez dzień cały okazywały się płonne. Tak logicznie patrząc powinnam się cieszyć i dziękować opatrzności, że podarowała mi dzień bez facebooka, niestety zamiast tej zdrowej reakcji pojawiła się jakaś irytacja, czyli pierwsza oznaka uzależnienia, rozpoznawanego po odstawieniu dragu. Niedobrze. Jakieś dwanaście kroków by się przydało, albo po prostu inne, ciekawsze i wciągające zajęcie. Odkryłam, że sprzątanie oraz pisanie doktoratu do nich nie należy.

Tydzień w robocie upłynął intensywnie, choć nie w kontekście badań naukowych. Nasz drogi genialny kolega i do tego ulubieniec szefa postanowił się wreszcie obronić po 7,5 latach (brakuje mi jeszcze trochę do jego rekordu) i dużo kręciło się wokół tego doniosłego wydarzenia. Cała impreza odbywała się w piątek po południu. Dla niezaznajomionych z procedurą powiem, że obrony doktoratów w Wageningen odbywają się publicznie, zawsze w tej samej i jedynej auli o kształcie kościoła, przed wysoką komisją złożoną z czterech oponentów, jednego promotora, dwóch co-promotorów i rektora magnificusa. Wszyscy są wystrojeni i arcypoważni. Występuje też tzw. pani z laską, która wprowadza i wyprowadza, a na koniec 45-minutowego przepytywania wchodzi, stuka tą laska i wykrzykuje "ora est", co dla broniącego oznacza "uf, nikt cię już nie ma prawa więcej męczyć biedaku". Po 15-minutowej kawie komisja wraca i wręcza dyplom, a promotor głosi peany na cześć. No a potem jest impreza i obowiązkowo należy na nią coś śmiesznego przygotować. Obowiązek ten należy do kolegów bądź przyjaciół świeżo upieczonego doktora. Przygotowują oni zwykle prezentację, skecz, piosenkę lub inne pierdoły, ważne, żeby było śmiesznie i na temat życia doktora. 
Jak w poprzednich kilku przypadkach przygotowanie tych pierdół wzięłam na siebie ja, dyżurny satyryk nematologii. Mam na swoim koncie już z pięć takich imprez i jakoś tak zawsze na początku zgłaszałam się na ochotnika, że ewentualnie mogę pomóc w przygotowaniu power-pointa, na koniec zaś większość roboty i organizacji (łącznie z transportem urządzeń multimedialnych oraz zaprezentowaniem ostatecznym) znajdowała się nagle w moich rękach. W rękach fachowca;).
Z czasem przestało się to wiązać ze stresem i zaczęło przynosić coraz większą satysfakcję. Przygotowanie czegoś takiego dla moich przyjaciół zawsze mi się zresztą podobało. Kocham ten rodzaj procesu twórczego, gdy wyposażona w zbiór zdjęć, historii (tych na szczęście koledzy potrafią dostarczyć) i wizji zasiadam przed pustym slajdami i przy niewielkiej pomocy gimpa dokonuje fotomontaży, nagle do głowy przychodzą zabawne gry słów, komentarze i skojarzenia układają się w historię. Tym razem skorzystałam też z pomocy aktorów;), i tu nagle odkryłam, że przez te pół godziny ustawiania moich kolegów w scenki rodzajowe i robienia serii zdjęć, narodziła się we mnie jakaś taka reżyserska pasja i radość tworzenia. 
W piątek po południu była premiera, stanęłam za barem uzbrojona w makbóka i projektor i zaprezentowałam zgromadzonej gawiedzi swoją wersję życia Erika S. Sukces murowany, publika rozbawiona do łez. Największą satysfakcję sprawił mi jednak widok śmiejących się szczerze i kiwających głowami ze zdziwieniem "skąd tak dobrze znacie naszego syna" rodziców delikwenta. 
Nagle lepiej rozumiem ludzi filmu i teatru, oraz innych twórców i z lekkim zdumieniem zauważam różnice między tym co czuję w akcie tworzenia oraz w obliczu sukcesu swojego dzieła, to pierwsze uczucie ma w sobie znacznie więcej miłości, te drugie znacznie więcej ego.
14:32, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 października 2009
sentymenty

Pamiętam jak dziś, a zdarzyło się to dokładnie pięć lat temu. Tak jak dziś zostałam w pracy po godzinach. Wtedy zdarzało się to często - będąc młodą doktorantką i szczęśliwą singielką- oddawałam się swej  pracy zupełnie, wieczorami nadrabiając zwykle zaspane ranki (następujące po późno zakończonych wieczorach w towarzystwie).

Właśnie w tedy po roku walki o wyniki, wpadałam juz powoli w manię i przerost ambicji, wierząc mocno, że brak szczęścia można nadrobić pracą i uporem (jakże się myliłam), widząc przed oczami duszy wszystkie te odkrycia... Tego dnia z wielkim przejęciem przygotowywałam izolację RNA, a zabieg to delikatny i wrażliwy na czynniki środowiska. Moim materiałem była zaś garstka pokrojonych nicieni (taki nicień ma długość ok pół milimetra, a te moje przekrajałam jeszcze na połówki, to mało tego było), które poświęciły swe krótkie życie pod gilotyną nauki. Na RNA czyhają wszędzie wredne i skuteczne erenazy, należy więc cały sprzęt od nich uwolnić poprzez pieczenie. Wody upiec nie można, a zwłaszcza nagrzać do 160 C, traktuje się ją wybitnie toksyczną dla człowieka substancją DEPC.

 Uzbrojona w fartuch i rękawiczki podbierałam właśnie butelkę z trucizną z cold-roomu, gdy na mojej drodze stanął ... tajemniczy nieznajomy. No może taki tajemniczy to nie on był, widywałam człowieka czasami na korytarzach, wiedziałam mniej więcej z którego jest wydziału, jak masa innych ludzi, niczego szczególnego się nie spodziewałam, ot przechodzi sobie korytarzem. Może do kibelka naszego się przeszedł (chociaż powinien mieć swój na drugim końcu budynku). Może zabłądził, albo chciał przejrzeć pasjonujące postery o taksonomii nicieni (aha).

Ale nie, gościu minę miał nietęgą, tak jakby mu coś na sercu leżało i tak jakoś dziwnie na mnie patrzył. Zignorowałabym faceta i pobiegła dodawać truciznę, ale się odezwał, o matko droga! I to nie wcale z pytaniem, gdzie jest toaleta. Nieszczęsny ten młodzian z obłędem w oczach, zaproponował mi wypicie wspólnej kawy. Rany nieba, teraz? Teraz to się mogę co najwyżej trucizny napić. Coś mi tu nieładnie pachniało. Przedstawił się następnie i zaproszenie swe ponowił, niby taka zwykła kawa, ale kobieca intuicja podpowiadała mi "uważaj dziewczyno, coś się kroi".

Z wyniosłym pobłażaniem zgodziłam się na tą kawę "Jutro po południu będę miała może wolny kwadrans, no a teraz muszę już lecieć..." . Blond-dryblasowi rozjaśniło się to zakłopotane oblicze i z lekkim tylko rozczarowaniem dał się spławić. A mi serce łomotało z przejęcia (nie wiem dlaczego ale od tego momentu to łomotanie zaczęło mi towarzyć stale) i burza sprzecznych myśli krążyła po jeszcze do niedawna jakże niewinnym ;) i naukowym mózgu.

Przez cały wieczór, noc i ranek biłam się z tymi myślami, stawiając przed masą pytań siebie, najlepsze przyjaciółki oraz rodzoną matkę (sie wykosztowałam na telefony), a potem kombinowałam czy i jak się tu od tej "randki" wykręcić, a może gościu po prostu się rozmyśli (no zachęcająca specjalnie to nie byłam) lub zapomni.

Nie zapomniał. Punkt 15:15 (holenderska przerwa kawowa) przylazł z brudnym kubkiem i rozsiadł się wygodnie na jedynym w moim gabinecie krześle dla gości. Odbyliśmy więc uprzejmą konwersację, paplałam prawie wyłącznie ja, bo on się raczył tylko wpatrywać w me obliczę (wtedy zrozumiałam co znaczy określenie "maślane oczy") i błogo uśmiechać. A powietrze napełniało się jakimiś oparami chemicznymi (może jednak chlapnęłam się tym DEPC).

W każdym razie po pierwszej kawie świat mój się troszkę wywrócił, młodzieniec wpadał bowiem odtąd codziennie, znajomość rozciągnęła się poza pracę i dwa  tygodnie później nie bywałam już w moim przytulnym mieszkanku za często.

Nadal nie wiem co stało się tamtego jesiennego wieczoru, widzę za to jego skutki po latach : niderlandzki mąż w delegacji ("grzech to nie jest, ale wstyd "), samochód, domek z ogródkiem (i z wadliwym piecykiem) oraz niedokończony jeszcze doktorat.

Nie zostaje mi nic innego jak popedałowac teraz do naszego przytulnego (no naprawili dziś te ogrzewanie), aczkolwiek pustego obecnie gniazdka i zafundować sobie romantyczny wieczór z makbókiem. Ech, sentymentalna jestem.

19:02, aniafin
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 października 2009
monter
Po licznych dyskusjach z ogrzewaniem oraz z partnerem na odległość doszłam do słusznego wniosku, że to jednak piecyk nawalił, a nie termostat, co może oznaczać brak ciepłej wody, a niech to szlag. Ku wielkiemu zaskoczeniu udało mi się dorwać jakiegoś fachowca przez telefon i tenże, po zdiagnozowaniu awarii, stwierdził, że on to nie da rady, no to jutro wcześnie kogoś przyśle, zanim się hołota rozjedzie do klientów. Jutro wcześnie oznacza zdaje się 7:30, czyli chyba się już dziś wieczorem zrobię na to bóstwo, aby powitać montera (taka gratka się nie trafia często) i mam nadzieję, że będzie przystojny. 
17:30, aniafin
Link Komentarze (2) »
awaria
Grzało, grzało i zdechło. Złośliwa elektronika termostatu nawaliła w wietrzny niedzielny poranek, akurat gdy pan domu przebywa w delegacji, w słonecznej Hiszpanii, jakby tego było mało. Małe, białe, złośliwe urządzonko miga mi napisem Storing (dla zainteresowanych kod tego zaburzenia to 6A) i próbuje przekonać, że jedyna możliwość to zadzwonienie do serwisu. Oderwałam dziadostwo od ściany, to może się przestraszy (czyt. zresetuje), nie pomogło, miga jak migało i utrzymuje, że temperatura jest wciąż 20. Jak jest, jak nie jest? Tak naprawdę, to nie jest jakoś specjalnie zimno, ale na samą sugestywną myśl, że ogrzewanie nie działa, przyniosłam sobie dodatkowy sweter i zaczęły mi kostnieć palce u rąk;). Do czwartku jakoś się wytrzyma, chyba, że pan domu przyśle jakieś intrukcje, np. dokąd bezradna pani domu ma zadzwonić (o ile pamiętam sklep gdzie ta zakała została zakupiona, już się zlikwidował).
Do teścia zadzwonię raczej w ostateczności, bo na mur beton chciałby przyjeżdzać i załatwiać, a ja ma się przecież teraz cieszyć zimną bo zimną, ale wolnością. 
Cieszenie to zaczęło się wczoraj od długich i bezcelowych zakupów (jakoś tak mężczyzna, przy najlepszych nawet chęciach, nie nadaje się do bezcelowego łażenia po sklepach) z niespodziewanie zakupionymi dobrami. 
Tłok był nieziemski i to wszędzie, mimo, że tylko Bijenkorf (było tam doprawdy jak w "Ulu") ogłosił trzydniową (Głupie Dni) wyprzedaż markowych (ale brzydkich) ciuchów. Jakoś tak owczym pędem naród rzucił się też na inne okoliczne sklepy i nie objęte wyprzedażą (ale ładne) ubrania. W ten sposób większość nieuważnych sama nabiła się w butelkę i wsparła odradzającą się jak feniks, ekonomię.
Umocniona na duchu, świętowałam dalej kolacją przy świecach (nie zapalonych), tylko nas dwoje, ja i Makbók, czekolada i piccolinies. Jakoś po dwudziestej dotarło do mnie, że oto tej nocy miał się rostrzygnąć wielki dylemat, mianowicie kto zastąpi zdradziecką blondynę Kathleen, we flamandzkiej formacji K3 (dla zainteresowanych dodam, że Karen i Kristel wybrały sobie Holenderkę!). Co to był za szoł! I jakie fajne piosenki! 
Prawie zostałam fanką, sami zobaczcie, najnowszy ich przebój:



dodam tylko, że dzieciaki je uwielbiają, dorośli pewnie też, ale nikt się dobrowolnie nie przyzna. 

Chyba sobie kupię taką sukienkę.
W obliczu nadchodzącego ochłodzenia nie zostanie mi nic innego, jak tylko zapuszczać sobie K3-piosenki i skakać dla rozgrzewki.
A poniedziałek zadzwonić po montera i zrobić się na bóstwo.
13:39, aniafin
Link Komentarze (2) »