RSS
niedziela, 29 sierpnia 2010
warszawski sen
Ten nasz sierpień taki szary, mokry, wietrzny i w ogóle lodowaty. Wygląda trochę jak zima w środku lata. Albo jak północ Szkocji, bo ciągle się jeszcze łudzę, że kraj wiatraków jest inny. Przytulny, łagodny z natury, pełen tulipanów w słońcu i przede wszystkim ciepły, albowiem uprawa maryśki wymaga dużo światła i wysokiej temperatury. A tu mi zawiewa zza węgła mokrym deszczem, parasol łamię mi się pod naporem powietrza podczas jazdy na rowerze, nogi marzną w letnich bucikach, włosy zwisają w strąkach i wydarza mi się tu tragedia meteorologiczna na całego.
Nic to, bo zapowiada to bez wątpienia upalny listopad. I tego się trzymajmy.
A propos kontaktów z latem, to parę tygodni temu zajrzałam na moment do ojczyzny. A dokładnie do Starachowic, by odwiedzić przyjaciółkę od serca i jej nową podstawową komórkę społeczną, a jeszcze dokładniej rozpłynąć się nad najmłodszym elementem tej komórki, godnym największego zachwytu. Ale zanim mogłam nacieszyć się tymi odwiedzinami, dane mi było przebyć dzielące nas kilometry w niezwykle ekscytujący sposób. 
Plan był w sumie prosty: pociąg, samolot, parę autobusów, i wszystko dokładnie obliczone, sprawdzone w rozkładach, na planach, mapach, google-street-viewsach etc (no internet, no travel). Plan-majstersztyk, dziesięć godzin i po krzyku.  Przez mądrą głowę mi wcale nie przeszło, że samolot popularnych węgierskich linii lotniczych może się spóźnić. No zaledwie (tylko) trzy godziny, ale zawsze to coś, i to pod koniec soboty może to się przyczynić do wyczerpania się możliwych połączeń ze Starachowicami. 
Po kilkugodzinnej lekturze przygód Kurta Wallandera, długich minutach obserwowania otaczających mnie rodaków wszelakich narodowości (tak już jest, gdy postanawia się być obywatelem świata), po paru niegroźnych turbulencjach i zignorowaniu wszelkich ofert pokładowych (tego nadmuchiwanego samolotu nigdy sobie nie wybaczę), oczom mym ukazała się Wawa jak za lat młodości. Bowiem już szybko okazało się, że przez te siedem/osiem lat od jej przeze mnie opuszczenia, dużo się w tym zjawisku metropolitalnym nie zmieniło. 
Moja sentymentalna podróż w przeszłość zaczęła się od rock'n'rollowej jazdy bez trzymanki warszawskim ZTM, które jest atrakcją samą w sobie i powinno być odpowiednio promowane wśród turystów "Prawdziwy twardziel jeździ tylko ZTM". Wraz oczywiście przemiłą panią kioskarką z Okęcia, która nie jest od wydawania reszty, bo posiadanie odliczonych drobnych to obowiązek każdego klienta. Na Placu Zawiszy się trochę nabiegałam, ale odpowiedni przystanek znalazłam, poczułam zaduch warszawskiej nocy (jak ja się cieszę, że już tam nie muszę mieszkać) i lekko spocona dotarłam do głównej atrakcji turystycznej - Dworca Zachodniego. 
Miejsce to czarowne nie zmieniło się nie tylko od sześciu lat, ale także od jakiś trzydziestu. Powrót do przeszłości i pełny hardcore. W epoce wysokiej komputeryzacji, przybytek ten posiada nadal chaotyczny rozkład jazdy naklejony za pomocą tabliczek z nazwami miast i godzinami odjazdu nad kasami biletowymi. Informacja czynna jest tylko do 19:00, no bo kto do jasnej ciasnej podróżuje po zmroku. Toalety publiczne w podziemiu troszeczkę wprawdzie podrożały, ale zielony papier toaletowy wisi nadal w kilku rolkach poza kabinami, żeby kontrola społeczna zapobiegała bezczelnemu rozkradaniu.
Ale najlepsze są panie w kasach. O dawnych urazach już zapomniałam, więc mnie babsztyle nawet zaskoczyły. Z powodu wyczerpania autobusów do Starachowic zostało mi tylko kilka opcji dojechania do Iłży, Brodów, Radomia lub Skarżyska, skąd moi przyjaciele mogli mnie odebrać nawet w środku nocy. Z braku otwarcia informacji zostało mi tylko zacisnąć zęby i zapytać panią kasjerkę (kto nigdy tego nie doświadczył, niech się nie odzywa) o możliwe połączenia.
 I tu zrobiłam błąd, zapomniałam o niewierna, że można  się zapytać w miarę bezpiecznie tylko o jedną rzecz (no takie zasady dworca zachodniego, o ja naiwna). Podchodzę więc nieśmiało do kasy i elegancko artykułuję:
 "Czy mogłaby mi (wielce szanowna) pani (tzn powinnam jeszcze dodać: Wasza Wysokość, udzielna księżno warszawska, królowo złota, szefowo najmilsza) powiedzieć czy mam jeszcze jakieś połączenia do Iłży?" 
Pani na to: (z głębokim westchnieniem i odrazą w oczach, po postukaniu w oporną klawiaturę i popatrzeniu w komputer, przybytek zła wszelkiego). 
"Dwudziesta druga dwadzieścia! Bilet u kierowcy". 
Na to ja jeszcze bardziej nieśmiało i z rozbawieniem niejakim (może to był mój błąd):
 "A czy mogłaby pani mi jeszcze powiedzieć czy są jeszcze jakieś połączenia do Brodów albo do Ostrowca?".
No i tu przegięłam i to całkiem poważnie chyba, bo babą po prostu miotnęło i odrzekła głosem niezbyt lekko podniesionym: 
"No to niech się pani (ty kompletna idiotko, niedouku, człowieku bez celu w życiu i bez podstawowych wartości) w końcu zdecyduję! Do Iłży chce pani jechać czy gdzie indziej! Bo mi pani tutaj głowę niepotrzebnie zawraca...!". 
Moje podziękowanie poprzez to święte wzburzenie już się nie przebiło. Jeszcze sobie pani pomyśli, że jestem bezczelna albo co.
 I tym razem internet okazał się wybawieniem i jedynym dostępnym dla pasażera (telefonicznie połączonego z przyjaciółką przed kompem) źródłem informacji. Jednak coś się przez te lata zmieniło. Choć nie był to pan kierowca autobusu do Krynicy, który nie omieszkał mnie na początek  lekko zrugać "Proszę nie zastawiać przejścia!", a zaraz potem jednak sprzedał bilet z krótkim wyjaśnieniem "Drobne proszę! No bo nie pojedzie!". Drobne miałam, pojechałam.
 Pasażerowie autobusu chyba mnie nie też polubili, bo jak tu można się wyspać, kiedy taka zaraza (jedyna czytająca w autobusie) świeci po oczach po 22. Skandal.
A ja nigdy dotąd nie byłam w Skarżysku i żeby nie przegapić jedynego przystanku i momentu dojazdu, trzymałam się przy zmysłach śledząc niezwykle zagmatwane dochodzenie z "Zapory" Mankella i to (tfu!) po niderlandzku.
Ale dotarłam do Starachowic i bawiłam tam całe dwa dni, uwagę dzieląc między serdeczne rozmowy o dawnych i nowych czasach oraz kontakt z sześciomiesięcznym cudem o imieniu Mateusz.
Podróż powrotna przez Wawę minęła zaskakująco gładko, a nawet bezboleśnie (ma się tę wprawę) i nie wzmocniła mej utraconej już miłości do hałaśliwej stolicy w korkach (wybacz syrenko). 
Dawno temu myślałam żeby pokazać kiedyś moje studenckie miasto własnemu mężowi, ale zabiorę go lepiej do Krakowa. 



18:03, aniafin
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 lipca 2010
quiltowe szaleństwo
Ostatnio wzięło mnie na quiltowanie i takie inne. Odpowiedzialnością obarczam dwie przemiłe przyjaciółki, które wyczyniają igłą i nieigłą różne takie cuda. Jeszcze większa odpowiedzialność spada na dziesiątki twórczych blogów oraz etsy, flickr, pakamerę, youtube i gdzie tam jeszcze występują: po pierwsze rzeczy godne podziwu, po drugie rzeczowe instrukcje jak niektóre z tych rzeczy uskutecznić, a po trzecie bijące wprost zamiłowanie do robienia podobnych własnozręcznych różności, nie koniecznie o praktycznym przeznaczeniu. W rezultacie tego wielkiego pokuszenia, które zgrabnie wskoczyło w czarną dziurę pozostawioną po farmvillu, nie tylko spędzam godziny zagłębiając się w twórczości zdolnych manualnie niewiast (rozumiem, że rzecz to wybitnie niemęska, już od wieków zresztą) , ale także, o nieba, oddaję się sama podobnym praktykom. Od czasu do czasu. Dodam, że twórcą jakimś płodnym ja nie jestem, co zostało już zauważone w dzieciństwie, kiedy to siostra moja popełniała 10 rysunków w czasie mojego wymęczonego jednego. Co zrobię to zrobię i jeszcze się pochwalę, bo na tym etapie rozwoju potrzebuję akceptacji i zrozumienia...albo nie.
Szczególnie patchworki i quilty wydają mi się kuszące, a także obrazy szyte na kanwie oraz hafty wszelkie. Czyli tkaniny i szycie artystyczne jak też użytkowe. Zawróciło mi to w głowie i chętnie bym sobie temat pracy doktorskiej zmieniła ale jest już za późno, i tak w dzień muszę pisać nadal o robalach i kartoflach, a wieczorami (och, gdybyż były one z gumy albo i też gdybyż mi się udało dorwać ten magiczny zmieniacz czasu od Dumbledor'a) nie ma mnie dla nikogo (nawet CSI, NCIS i Bones nie potrafią mnie już okiełznać, zresztą ostatnio same powtórki). 
Najchętniej też nie wyjeżdżała bym w tym roku na wakacje, ale mąż mnie namówił i nawet miło było. Na szczęście wróciliśmy, pociąg się wykoleił jak już nas tam nie było i dostało się głównie biednym Japończykom (to jest pech, przyjeżdża człowiek na pół dnia do Szwajcarii, a tu akurat wtedy nawala ich niemal-doskonały system kolejowy), a tu już na mnie mój Brother przyjaźnie mruga a z szuflad wylewają się materiały.
No to się skusiłam, w internacie znalazłam instrukcje i wykonałam taką oto torebkę damską, w moich ulubionych kolorach (tzn. zielony lubię najbardziej):


Prawda, że pięknie prezentuję się na tym płocie ogrodowym?
Druga jej twarz wygląda natomiast tak:



Trochę pognieciona, bo już raz używana, ale daję się łatwo wyprasować i można ją prać do woli. I w dodatku robi się ją szybko (2 godzinki, albo i straciłam poczucie czasu), łatwo i przyjemnie. 
Tak upływają mi ostatnie niestety dni wakacji od nauki, jutro trzeba będzie znowu zacząć kombinować, nawet pogoda jakby posmutniała, chociaż sprzyja bardzo pięknym zjawiskom naturalnym, bo oto zakwitły mi własnoręcznie wyhodowane malwy dodające ogrodowi różowego uroku.



Jednym słowem : Witaj szkoło!
12:58, aniafin
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 czerwca 2010
wojaże czas skończyć

Przemiły podbój ulic Lizbony wraz z ekscytującym podbojem nicieniologicznych sfer naukowych przeminęły jako ten sen złoty, pozostawiając po sobie garść ciepłych zdjęć, parę zmysłowych albumów w iTunes, kiełkującą sympatię do bosanovy i wspomnienie całkiem znośnej lekkości bytu. Jeszcze ostatnie spojrzenie na miasto marynarzy znad Parku Edwarda:

Tego mi było potrzeba do szczęścia i za to jestem dozgonnie wdzięczna. Także za to, że samolot powrotny nie spóźnił się więcej niż 20 minut i co najważniejsze wylądował szybko, z fasonen i bez szturmotów. Potem jeszcze szybka przebieżka po Schipholu w celu złapania pociąga, wstrząsające odkrycie, że owej-czipkarta jeszcze nie działa (później dopiero się okazało i to wcale nie z dołączonej to karty obszernej broszury informacyjnej, że wyżej wspomnianą należy jeszcze raz aktywować pod kątem pociągów), sprint z walizką do automatu biletowego, wiązanka przekleństw przez telefon w ucho własnego męża (to mi dopiero czułe powitanie) i już byłam w domu.
 
Ale nie na długo. Bo następnego ranka, po nocy skróconej z powodu składania relacji z podróży dwóm wytęsknionym matkom, trzeba się było szybko spakować i jechać na Pomorze.
"Ach co to był za ślub! "- to pierwsze słowa księdza, który wyglądał i brzmiał jak Marcin Wójcik z Ani Mru Mru , po połączeniu węzłem małżeńskim pary naszych przyjaciół. To na ich ślub w katedrze szczecińskiej udawaliśmy się w ten polizboński weekend. Przez niemiecki zasieki, pomorską betonkę dla samochodów o mocnych resorach, ciemny las z policyjną zasadzką -" Kontrola drogowa! Co? Nie spodziewaliście się nas tutaj?" - dojechaliśmy w końcu do cudownie położonego pałacu w Maciejewie. Wprost wymarzone miejsce na romantyczny początek wspólnego życia, z takimi widokami o poranku:



Wokół błoga cisza, przerywana tylkoegzotycznymi odgłosami awanturujących się pawi, wieczorami niesamowite efekty mgielne, rankiem węże w trawie, przemiłe słońce przez cały dzień i historyczne wnętrza pałacu.
Dobrze nam tam było, wesoło i ciekawie, z mieszającymi się językami, zwyczajami, radością i wzruszeniem, z piękną oprawą muzyczną i estetyczną, ze szczęśliwymi ludźmi wokół.

W niedzielę po południu musieliśmy znowu wyruszać (służba nie drużba) przez niemieckie zasieki. Tym razem przystanęliśmy w germańskiej stolicy, która pokazała nam się od dobrej niedzielno-popołudniowej strony i nakarmiła curry-wurstem, lodami, warzonym na miejscu piwkiem podanym wraz z chlebem i smalcem. Mniam, mniam, tylko ser był jakiś dziwny, coś w rodzaju twardej bryndzy o bardzo silnym zapachu kojarzącym się z oborą.
To by było na tyle a propos majowo-czerwcowych wojaży.

Teraz za to będzie płacz i zgrzytanie zębów, bo ustanowiliśmy sobie ścisłego deadlina wraz szefami, mój wymęczony przez lata doktorat ma być gotowy do 1-1-11 i ani dnia dłużej, niezależnie od upolowania ejczłana. Zostało mi trochę ponad 6 miesięcy na napisanie/dokończenie ostanich czterech z siedmiu rozdziałów (niestety jeszcze parę doświadczeń), ruszenie przedobronowych formalności, dojrzenie do tytułu, wzięcie się w garść, nazwijcie to sobie jak chcecie. Może to zabrzmi banalnie, ale nie chce już więcej być studentem i ja mi się to uda wszystko zebrać do kupy i wydrukować, to poczuję niesamowitą ulgę i czystość horyzontu.


13:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 maja 2010
nowoczesne oblicze Lizbony czyli power of ocean
A mogło być tak pięknie. Jeśli nie trzeba by było iść do pracy. W poniedziałek rano praca ta oznaczała dla mnie wymeldowanie z mojego przyjaznego hoteliku koło metra i przebycie połowy Lizbony, tym samym metrem, z walizką na kółkach, w poszukiwaniu sztywnego i wyniosłego hoteliska Sana Metropolitan (już sama nazwa zniechęca). 

Trochę się schodziłam głównie wzdłuż ruchliwych ulic otaczających uniwersytet lizboński, szpital uniwersytecki (ścieżka ma wiodła niepokojąco obok szpitalnej kostnicy), przez parę skrzyżowań, na których kierowcy (oczywiście nie wliczam w tę grupę taksówkarzy) nie są już tacy mili jak na starym mieście. 

Ech, grunt że koło dziesiątej już tam byłam, witana przez specjalnie wynajęty komitet, złożony z dwóch zestresowanych portugalczyków w gajerkach. Zestresowani byli bo im komputer się wieszał (no jak mają della to nie dziwota;)), ale starali się zachować twarz, przekręcając wybitnie pisownie mojego nazwiska i na wstępie żądając ponad czterech setek gotówką.

 No to poszłam do bankomatu, na szczęście zadziwiająco blisko był recepcji (co za luksus), a ten mi na to, że więcej niż dwóch stów mi nie da. Pomyślałam, że może taki dziwny mam debet na karcie i się poddałam, gajerkowcom wciskając te dwie stówki na zadatek. Późniejszym wieczorem odkryłam, że limit jest, ale na jednorazową wypłatę z maszyny. Dopłaciłam resztę chłopakom wprawiając ich w jeszcze większe zakłopotanie, bo musięli znowu drukować, przez komputer daleki od doskonałości, kolejną tfu fakturę z bardzo trudnym nazwiskiem. Ufff, wrednam.

Od momentu porzucenia bagażu na jedenastym piętrze z widokiem na czerwoną flagę z sierpem i młotem (super cool) miałam jeszcze trochę wolnego czasu, czasu na niecne turystyczne rozrywki. Wsiadłam sobie do metra, które w Lizbonie mam po prostu "obcykane" i dałam się powieźć przez wysokie i bajecznie kolorowe stacje, linią czerwoną w stronę Orientu. 

Stacja ta umieszczona jest na końcu linii oraz w centrum terenu na którym niegdyś (1998) zorganizowano targi expo pod hasłem "Ocean - dziedzictwo dla przyszłości". Wtedy to właśnie teren ten odpicowano jak się patrzy i do tej pory taki ładny, nowoczesny i kolorowy został. Wygląda imponująco z błyszczącymi drapaczami, artystyczną stacją kolejową, kolorowymi fontannami, w euforycznej bliskości morza, daje niezmierne poczucie przestrzeni i elegancji. 
Taka inna twarz Lizbony, może mniej czarująca i przytulna, a bardziej wzniosła i trochę jakby z filmu science fiction. 



Wędrowałam sobie przez to wszystko zadzierając głowę z podziwu, chłonąc w siebie słońce, wiatr i morze.



Spotkałam nielicznych na szczęście turystów oraz ciekawe i niezidentyfikowane dotąd kwiaty, cudnie kontrastujące ze spokojem wszechobecnej bieli i błękitu.



Chyba obudziło to we mnie duszę poety, ale nie zaowocowało na szczęście nawet jednym sonetem (kto wie, jakbym dłużej pobyła).
W Parque das Nacoes czekała na mnie jeszcze jedna poważna atrakcja, a mianowicie Oceanarium, całkowicie, jak się później okazało, warte tej dychy za wstęp. 
Dużo już tu ostatnio było achów i ochów, niestety pozwolę sobie na jeden kulminacyjny.
Co za cuda tam są niesłychane! Chcecie przykładów?
Oto jedna z grubych ryb, o nazwie Samogłów (Mola mola):



A tutaj inna, najpierw myślałam, że to rzeźba, dopóki nie zaczęła się ruszać:



Konstrukcyjnie wygląda to następująco. W centrum budynku ogromne akwarium w którym pływają niesamowite zjawiska przyrodnicze, z czego rekiny wyglądają zdecydowanie najpospoliciej. Akwarium to można oglądać z dwóch poziomów. W czterech rogach mniejsze akwaria reprezentujące cztery oceany (arktyczny, atlantycki, spokojny i indyjski) i wypełnione po brzegi najcudowniejszą florą i fauną, poprzetykane i połączone z czterema pawilonami ukazującymi stworzenia i utwory ziemne charakterystyczne dla wybrzeży tychże zbiorników, że tak powiem skromnie, wodnych. 
Ciepłe uczucia zwiedzających wzbudziła szczególnie ta oto wydra morska zwana również wydrozwierzem (Enhydra lutris) wcinająca jakieś wodorosty (podobno aby przeżyć w zimnej wodzie musi codziennie zjadać 1/3 swojej wagi!).



Normalnie nic tylko przytulić takiego wydrozwierza :).
Jednym słowem naoglądałam się do bólu i zachwytu, z serca mogę to miejsce polecić wszystkim pokoleniom przyrodników i ludzi ciekawych świata. 
Oraz tym, którzy jeszcze nigdy w życiu nie zetknęli się ze smokami morskimi.



Cuda, dziwy niesłychane. Na szczęście odzyskałam dostęp do internetu (magiczny kod konferencyjny), żeby to wszystko, a raczej próbkę tego wszystkiego, pokazać i opisać.

Na koniec z wrodzoną skromnością przyznam, że dzisiejsza prezentacja poszła mi dobrze i spotkała się z życzliwym przyjęciem nicieniowego półświatka. Teraz mogę sobie siedzieć, patrzeć jak inni się męczą i ewentualnie poszukać nowych, obiecujących naukowych współpracy.

Ale będę tęsknić za moją weekendową Lizboną, jak za wakacyjną miłością oraz idealizować to miejsce na każdym kroku przed oczyma duszy mojej.

Co to była za wyprawa!


00:17, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 maja 2010
fado moja miłość
Lizbona dzień trzeci. A już pokochałam to miasto, miłością gwałtowną i piękną;). Kocham tych wszystkich opalonych staruszków i staruszki dreptających po stromych uliczkach, kocham sama dreptać z dala od turystycznych atrakcji, przysłuchiwać się kłótniom na drugim piętrze kamieniczki, wytrzeszczać oczy z podziwu jakie to wszystko ładne. 



Wczoraj zlatałam prawie pół miasta. Zaczęłam od Alfamy, która jest chyba najbardziej przytulną (i zarazem najstarszą zdaje się) częścia starego miasta. To tutaj rozsiane są kluby fado, maleńkie knajpki i sklepiki. Tu znajdziesz punkty widokowe (miradouros), ulicznych muzyków o wysokiej jakości, mocną kawę z kiosku, tramwaj 28 wspinający się pod górę ze grzytem oraz zamek Sao Jorge i jego wierne koty. 



Na koniec podziwiania Alfamy znalazłam wreszcie (łatwo nie było, z moim zmysłem orientacji) Muzeum Fado, które jak zaczarowana oglądałam chyba z dwie godziny z uchem przy słuchawce. Teraz już wiem, że znam już nie tylko Amalie Rodriquez, ale także wiele innych cudnie i zawsze z zamkniętymi oczami śpiewających gości. Muzyka duszy i wielkich emocji. Mają tam pokój w którym wyświetlają filmy z występami fadistów, z angielskimi podpisami, siedziałam w nim jak zaczarowana;)
Chciałabym nauczyć się kiedyś portugalskiego, bo słuchając fado, zachwycam się jego brzmieniem coraz bardziej.
Ale dziś miałam jeszcze więcej planów.
Zaczęło się chmurzyć, co uratowało moją skórę przez spaleniem, no i ta bryza od morza robi jednak różnicę.
Wsiadłam w zatłoczoną pietnastke (szlaki turystyczne), która dowiozła mnie do klasztoru Hieronima, wybudowanego przez jakiegoś króla jak własne mauzoleum i przepustka do nieba. Król ten bowiem osadził tam mnichów i kazał im się modlić za duszę swoją i następców, dzięki temu pewnie mógł pozwolić sobie na różne świństwa. W każdym razie ładnie mu to mauzoleum wyszło, jest imponująca katedra, krużganki i refektarz z umywalką. Jest nawet fontanna.



Z klasztoru pokierowałam swe kroki za pomocą tramwaju do słynnej Wieży Belem, zanurzonej w wybrzeżu, z widokiem na most i ocean, wyposażonej w kręte schodki i parę armat, pełniącej kiedyś zapewne funkcje obronne.



Stamtąd wywiało mnie na stare miasto (przez orientalny ogród botaniczny w stanie raczej zaniedbanym), gdzie znowu zdreptałam parę kilometrów, chociaż wyraźnie opadałam już z sił. Mięsko upolowałam w jednej ze schodkowych knajpek, o widoku zapierającym dech, miłych kelnerach i z lekka zimnawej wieprzowinie (ale frytki były za to gorące). Zjadłam tam też dziwną zupę (nazwa na A) z oliwą, chlebem i prawie surowym jajkiem. A widok był następujący:



Widok miedzy innymi padał na pana przeglądającego folder motoryzacyjny oraz innego przeżuwającego czerstwy (ale rewelacyjny w smaku) chleb. 
Potem już poszło jak z górki, bo naprawdę padałam z nóg, co nie przeszkodziło mi trafić na jakąś wieże i pooglądać więcej widoków.



Teraz już się muszę przeprowadzić do innego hotelu, daleko od centrum, ale blisko uniwersytetu. Pojadę metrem, zostawię bagaż i spróbuję zwiedzić Parque das Nacoes i choć raz jeszcze przejść uliczkami Alfamy. Potem już tylko poćwiczyć prezentację, upić się na cost-drinkach i back to real life of science.
10:45, aniafin
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 maja 2010
miły miałam wieczór
Obudził mnie świergot ptaków mieszający się z narastającym szumem ruchu ulicznego (przynajmniej nie jest aż tak hałaśliwy jak np. w Rzymie). Nie lubię klimatyzacji, więc przez całą noc moje okno było otwarte, bo ciepło tu jednak, i musiałam się przyzwyczaić, po absolutnej ciszy Renkum, do zasypiania przy dźwięku autobusów.
Wczoraj zamiast podążać za tłumami turystów, oderwałam się bardzo szybko od głównego nurtu i wspięłam po setkach schodków na bardziej tubylczy rejon. Na małym placyku Largo Trinidade Coelho kończył się właśnie mały międzykulturowy jarmark i załapałam się jeszcze tylko na taniec ciemnoskórych nastolatek wyposażonych w staniki z dzwoneczkami i hasających do dźwięków bongo. 
Natychmiast zostałam też zaszczycona przez miejscową faunę, bo nasrał na mnie jakiś ptaszek (nie trzeba stawać na drugi raz pod pomnikiem ciemnoto). Plac był gdzieniegdzie wzbogacony o drewniane krzesła różnych maści i na tych to krzesłach przysiadali sobie tubylcy, małe staruszki i staruszkowie, matki z dziećmi i młodzież.
 Ciągnęło mnie coraz bardziej do odleglejszych rejonów, zdecydowanie w stronę morza, ale się opamiętałam za sprawą chłodnego powiewu (po ponad 28 st. w mieście zadziałał on na mnie trzeźwiąco) i udałam w drugą stronę, w stronę słońca. 
Zaskakująco moje mapa turystyczna, albo i kiepskie poczucie kierunku, złożyły się na to, że w pewnym momencie nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem. Albo jak wrócić do punktu bardziej turystycznego. 
Co robić, wstąpiłam do maleńkiego supermarkeciku i zakupiłam trochę produktów żywnościowych, bo nigdy nie wiadomo czy jeszcze uda mi się dziś natknąć na restauracje. Siedząc na ławeczce na skwerku, który później okazał się być Placa de Principe Real, przeżyłam coś w rodzaju de ja vu. Moim oczom ukazał się bowiem widok iście kalifornijski. Na horyzoncie zamajaczył mi bowiem nie kto inny, ale sam Golden Gate Bridge.

 
Z narastającym podejrzeniem obejrzałam sobie te miejscowe ciasteczka, które zaczęłam wcinać ( a nuż zamiast rośnięcia, u mnie powodują tylko halucynacje), popiłam dużą ilością wody, popatrzyłam znowu, GGB był tam gdzie poprzednio. Potem już w hotelu doczytałam, że w tym de ja vu nie jestem odosobniona i że GG-look-alike nazywa się tutaj mniej romantycznie bo Ponte 25 de Abril. Obejrzę go sobie dokładniej w drodze na Belem. 

Od tego momentu oświecenia droga odnalazła się prawie sama i doprowadziła mój nie tak znowu pusty żołądek w okolice turystycznych atrakcji podniebienia.  Zamiast przytulnej knajpki z fado, żołądek ten zaprowadził mnie to Cervejaria Trinidade, malowniczej restauracji urządzonej w pomieszczeniach trzynastowiecznego klasztoru Najświętszej Trójcy. Wysokie półokrągłe sklepienie w kolorze czerwieni sieneńskiej, żelazne żyrandole na których nie jeden muszkieter by się pobujał, małe stoliczki, wytatuowany kelner przypominający pirata i uparcie mówiący do mnie po portugalsku, były oprawą mojej pierwszej samotnej kolacji. Złożył się na nią pyszny chleb z pastą z oliwek, pół litra wody mineralnej oraz dorsz a la St. Bras, całkiem dobry.

Potem już się zrobiło koło 22, to zaczęłam zmykać w kierunku hotelu. Zbiegłam po setce schodków pomiędzy kafejkami i restauracyjkami rozłożonymi na tych schodkach, pełnymi turystów pochłaniających steki przy dźwiękach nie tylko fado (ale było wreszcie).  Przebiegłam poprzez plac o zapachu czegoś co przywodzi mi na myśl zaniedbanych starszych ludzi lub bezdomnych, dołączyłam na chwilę do rzesz turystów szukających czegoś do pożarcia i w opustoszałym metrze na stacji Restauradores poczekałam na swój pociąg.



Nadjechał wraz z niewidomym artystą/żebrakiem grającym na metalowym kiju i puszce, dobrze mu szło, ale dużo chyba nie zarobił. 
Taki był mój pierwszy wieczór w stolicy Portugali. Dziś już się nie mogłam doczekać kiedy ruszę na podbój innych dzielnic, to wstałam o ósmej (matko moja! ja o ósmej?), pobiegłam na zimną jajecznicę z boczkiem i już miałam wyruszać, kiedy sobie przypomniałam o makbóku i bezprzewodowym internecie za darmo. Miałam sprawdzić tylko pogodę, fesjsbóka i czy muzea są za darmo. Od tej pory siedzę już chyba z półgodziny i wypisuję.

Koniec z tym, lecę lepiej na miasto, zanim skwar stanie się uciążliwy. Tak dużo do zobaczenia, że do zobaczenia! 

10:47, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 maja 2010
na podbój portugalii
Poszło nadspodziewanie gładko. Żadnych większych opóźnień. Samolot pełen holenderskich turystów, portugalczyków w drodze z Brazylii, rodzin z dziećmi w drodze do babci, wystartował bez wahania i co najważniejsze wylądował bez szwanku. Zastanawiam się ilu ludzi ostatnio, po katastrofach następujacych w krótkim czasie po sobie w Rosji, Libii, a dziś rano w Indiach, ma duszę na ramieniu przy wsiadaniu do samolotu. Przyznaję się, ja miałam. A przynajmniej było mi dziwnie. Patrzyłam na współpasażerów i myślałam sobie różne rzeczy. Że szkoda było by tego portugalskiego dziadka, który właśnie pożegnał się z prześlicznym wnuczkiem. Albo czy ten dość kiepski samolotowy posiłek może być naszym ostatnim.
Ale udało się dzisiaj, zgrabny Airbus wylądował gładko, przy idealnej pogodzie, i nawet nikt nie zaklaskał. Szum portugalskiej mowy dolatującej z głośników próbował wzbić się nad głośne niderlandzkie dyskusje, tylko po to, żeby nas poinformować, że w Lizbonie jest teraz +30 stopni i że ma nadzieję nas jeszcze zobaczyć (jeśli głosy mogą widzieć). Z konieczności przerwałam wciągającą lekturę "Italian Shoes" Mankella (które to strony nie były moimi ostatnimi;)) i udałam po odbiór bagażu. Szybko zrezygnowałam z ustawienia się w damskiej kolejce do toalety, ale sprawy wokół czarnego pasa transportowego nie posuwały się szybciej. Ludzie na początku pełni napięcia wpatrywali się z nieruchomą taśmę, po paru minutach rozeszli po ławkach i wtedy mogłam zająć strategiczną pozycję. Wyposażona w bagaż (wyłowiony w dziesiątek podobnych czarnych walizek), kartę lizbońską uprawniającą do korzystania z transportu publicznego i zniżek na muzea (które jutro i tak są podobno za darmo) pognałam przez skwar popołudnia do wypełniającego się po brzegi AeroBusa. Aerobus też okazał się być pełen niderlandzko-języcznych kolegów zagubionych w portugalskiej wymowie nazw przystanków.  Biedni my turyści po przejechaniu kilku przystanków (byliśmy tak jakoś przekonani, że autobus się po prostu na każdym zatrzyma), zorientowaliśmy się, że o swój przystanek trzeba się dopomnieć ( a nie było żadnych przycisków, więc chyba krzykiem). Od razu w łeb wziął mój system liczenia przystanków, bo przez to niezatrzymywanie straciłam rachubę, a niektórzy koledzy musieli się niestety wracać. Na szczęście mój punkt przeznaczenia, położony jak najbardziej centralnie, okazał się dopiero nadchodzić. Tutaj chciałam oddać chwałą wynalazkowi Google-Street-View. Dzięki tej wspaniałości już w zeszłym tygodniu wirtualnie zapoznałam się po najbliższym otoczeniu mojego hotelu. Bez trudu rozpoznałam dziś plac z wielkim markizem po środku i bez zająknięcia poszłam w dokładnie (co mi się rzadko zdarza) dobrym kierunku i po pokonaniu paru ulicznych progów (Lizbona miasto barrier) znalazłam hotel. 
Miejsce to ma wygląd z zewnątrz tradycyjny, a wewnątrz wybitnie designerski. Szczególnie wszechobecny motyw dłoni, wytworne kolory ziemi, oszczędny styl dekoracyjny robią niesamowite wrażenie. Wrażenie że tak powiem luksusu. I to za zaledwie sześć dych. Recepcjonista przemówił do mnie głosem naszych portugalskich studentów i był raczej przemiły (w recenzjach hotelu głównie po głowie dostało im się za wyniosłość obsługi). Aż nie chce mi się przenosić w poniedziałek do molochowatego hotelu cost meetingu. Ale dojeżdżać też mi się nie chce. 
A teraz już zgłodniałam doszczętnie i idę powycierać lizbońskie ulice, a przy okazji się trochę opalić. Z placu Markiza de Pombal pojadę metrem w stronę Restauradores i na początek przejdę się trochę po Bairro Alto, malowniczej, mam nadzieję, części starego miasta. Mam ochotę zahaczyć o wybrzeże, ale mnie dobrzy koledzy ostrzegali, co by się tam nie włóczyć, bo pełno pomyleńców. Przylgnę lepiej na początek do rzesz turystów i poszukam czegoś na ząb. Witajcie w Lizbonie!
18:53, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 maja 2010
cost 872
Przed chwilą przysłali plan spotkania w Lisbonie. Widzę że rzucili mnie na pierwszy ogień i swoje dwadzieścia minut będę miała już we wtorek rano (na szczęście jeszcze dwa tygodnie). Całe dwadzieścia minut uwagi światowej klasy nicieniologów roślinnych to nie takie sobie nic. I w dodatku najświeżusieńkiej uwagi pierwszej sesji, kiedy to umysły jeszcze chłonne jak gąbka a żołądki w porannej trzeźwości (no chyba że zapiją na bankiecie w poniedziałek i będą przysypiać). Trzeba by się jednak postarać. Prezentacja leży gotowa od ostatniego występu (a pewnie, w Lunteren!), ale kończy się (jak każde zresztą intrygujące badania) całą listą pytań czekających na eksperymenty. Aż mnie korci do tych eksperymentów, tylko ejczłan leży jak ta kłoda na drodze i straszy próchnem transpozonów. Potrzeba mi czasu i studentów. Młodzi studenci na początku są niestety pożeraczami czasu, więc chętniej kogoś bardziej doświadczonego (ale nie technika, bo po zgredzi jeszcze się nieświeżo odbija), co to chce warsztat podszkolić i po roku wyfrunąć na doktorat (tacy zdecydowanie najlepsi). Może w Polsce by mi starzy koledzy po fachu kogoś znaleźli, najlepiej faceta (bo w labie i kuchni jakoś nie potrafię należycie docenić pomocy innych bab;)), takiego co to nie za dużo gada (sama już gadam zdecydowanie za dużo), nie ma humorów, umie słuchać, uwielbia pracować (dziewczyny mieć nie musi, a jak już to daleko), jest dokładny ale bez przesady, czyta i uczy się z przyjemnością. Słowem ideał. Żeby jeszcze był studentem z dalekosiężnymi ambicjami i skromnością pensjonariuszki (jak się za dużo by wymądrzał to się nie dogadamy). Czyli ktoś prawie taki jak kiedyś ja. Ale z krótkimi włosami. Jak takiego znajdę to czuję, że Nature przed nami, a przynajmniej New Phytopatologist. Pomarzyć można, a nuż się przypałęta. A tymczasem serce mi ucieka do słonecznych i koniecznie przykurzonych uliczek Lisbony, dźwięków fado na każdym rogu, szeleszczących prawie po polsku rozmów na ulicy, krajowych cytrusów i innych symboli iberyjskiego lata. Do włóczęgi w pojedynkę (ech, dawno to już było). O wielki wulkanie Islandii, ty się tylko zlituj i już na razie nie pluj ogniem. Należy mi się ta Portugalia jak nie wiem co. I tego się będę trzymać. Kropka.
20:36, aniafin
Link Komentarze (2) »
bandana
No i kto by pomyślał. Jednak były wczoraj gdzieniegdzie jakieś ślady wiosny, chyba przez to, że udaliśmy się na rowerową wycieczkę trwającą 3,5 godziny i o dystansie zbliżonym do 50 km. Jeśli na tak długiej trasie nie było by jej w postaci dotrzegalnej, należało by się zacząć martwić. Była wiosna, były chłopaki na rowerach w drugim etapie Giro d'Italia, choć Rhenen raczej Werony nie przypomina (najbardziej chyba z nazwy), były tłumy gapiów wzdłuż drogi oraz mordercze wzgórza. Przepuściliśmy peleton, bo jechał trochę szybko i udaliśmy się trop w trop na te mordercze wzgórza, żeby zobaczyć co chłopaki przeżywają. Współczucie. Nie kupiliśmy różowej bandany, ale i tak im kibicujemy. Potem już nieprzerwanie pędziliśmy przez wściekle zielone łąki, wzdłuż malowniczo wijącego się Renu, kolorowych domków, protestantów udających się po raz wtóry tego dnia do kościoła, wielkich i zło-wyglądających byków i oczywiście całych mas owiec różnych ras. Jednym słowem przyroda żyje i idzie w dobrym kierunku, a bracia zreformowani ciągle wierzą i noszą czarne kapelusze (zwłaszcza siostry). Jakie to budujące. A teraz jest słoneczny ranny poniedziałek, choć nie chciało mi się wstać jak cholera, to do pracy jednak się zmobilizowałam. Moja determinacja sięga zenitu jeśli chodzi o wykrycie transpozona w ejczłanowych konstruktach, mam zamiar dziś peceerować do skutku i wytropić gada. Jego obecność w cudowny sposób wytłumaczyła by wszelkie niepowodzenia w komplementacji odporności i przywróciła by mi wiarę w siebie, naukę i opatrzność. Do roboty.
08:23, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 maja 2010
gdy marzną mi paluszki
Hej, no co jest? Gdzie się podział Maj i dlaczego zastąpił go ostatnio Listopad (dywersja i sabotaż?) albo inny zimnokrwisty przestępca? Niewyobrażalne wydaje się żeby dziewiątego maja człowiekowi tak marzły ręce, nos i cała reszta. A tu marzną bez wątpienia. Szczególnie jak kapie na nie deszcz i owiewa je zachodni wiatr, potęgowany przez rowerowy pęd. A w domu koc staje się znowu najlepszym przyjacielem, a z napoi to tylko gorąca czekolada. Są tego dobre strony. Takie na przykład zaczytywanie się na zabój pod ciepłą lampą z gorącym kubkiem w ręku. Ale te dobre strony praktykowaliśmy już przez jakieś ostanie pięć lub nawet sześć miesięcy. Teraz czas na wiosnę. Na zaczytywanie się na zabój siedząc pod ciepłym słońcem w ogrodzie, na grzebanie w ziemi z przyjemnością, na wariackie rowerowe wycieczki wśród odbijających wrzosowisk, na napoje chłodzące i duszny zapach bzu. Tęsknię za tym aż do bólu i mam nadzieję na szybką poprawę. Na znak protestu pójdę sobie na spacer szukać śladów nowej wiosny (może by jakąś marzannę utopić), może znajdzie się wreszcie wariatka.

13:48, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
imejl
raz, dwa, trzy...próba imejlowa... wygląda to niewinniej, szczególnie jak się pisze z pracy;)
13:21, aniafin
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 kwietnia 2010
odwyk
Definitywnie zerwałam z farmwilem (bo tak teoretycznie zrywałam już nie raz;)). Skończyłam z bezproduktywnym klikaniem. Nie będę już orać i wysyłać prezentów, zdobywać paliwa i nawozić pól sąsiadów (sorry sąsiedzi). Nawet nie wiem kiedy (no w sumie to wiem, już dawno raczej) ta bezsensowna dość czynność wciągnęła mnie w niebezpiecznie odmęty czasowego marnotrawstwa, bezmyślnej mechaniczności i otępienia. Nie znaczy to że poświęcałam fejsbókowej aplikacji bardzo dużo czasu, bo bardzo dużo czasu to ja zwykle nie mam. Zajmują mi go: wyczerpująca i idąca-jak-po-grudzie praca naukowa oraz inne przyjemne małżeńskie obowiązki (szczególnie zaś wspólne siedzenie na kanapie i śledzenie losów agenta Gibbs'a i jemu podobnych znakomitości). Reszta cennego czasu, w tym beztroskie sobotnie poranki, zastawała mnie do tej pory twarzą w twarz z laptopem, gdzieś pomiędzy czytaniem gazetowych wiadomości (z tym portalem też zrywam) a klikaniem w pola i kurczaki (kto nie spróbował ten nie wie). Budziłam się z ręką na myszce i dziwną świadomością, że znowu nic nie zrobiłam (choćby dla swojego dobra) a i wcale nie czuję się mniej zmęczona (regeneracyjna funkcja wolnego czasu?). Pedałując z pracy łapałam się na tym, że zamiast myśleć o tym co zrobić na obiad (zawsze mogą być burritos, jako że zapobiegliwy mąż zakupił kiedyś chyba z dziesięć pudełek zestawu knorra), albo podziwiać otaczającą wiosnę albo choćby głowić się nad zagadką ejczłana (to już osobna historia), kombinowałam jakby tu zdobyć więcej desek na stajnie, czy uda mi się uzbierać wystarczającą ilość jaj wielkanocnych i wymienić je na wiatrak, albo czy mój nowy piesek jest już głodny...(buy a puppy kibble!).
Co mogę powiedzieć na swoją obronę?
Mam na imię Ania i jestem bezrolnym farmholikiem...
Tymczasowo na odwyku.

12:12, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 marca 2010
odrodzenie w drodze
Przygody z systemem OZ tak mnie wykończyły (szczególnie mózgowo) i mowę odebrały, że dopiero po trzech tygodniach dochodzę do siebie. Tyle zajęło mi również samouzdrowienie, gdyż po odstawieniu (bioparox sam się skończył) wszelkich świństw farmaceutycznych (sorry siostro) zaczęło mi się powoli robić lepiej i lepiej z każdym dniem. W związku z tym od tygodnia nie bolą mnie już zatoki. Niby nic, back to normal, a jakże to cieszy i poprawia wydolność mózgu wzmacniając przy tym chęć życia. Dziękujemy ci SC Wiosno! Za temperaturę, za słońce,za jazdę na rowerze i za podwyższoną produkcję endorfin. Oraz za kosy, które wyśpiewują piosnki godowe o 5.55 siedząc na naszym balkonie (kurcze, skąd one wiedzą, że już wtedy nie śpię). Niech im się jaja dobrze wylęgają.
Niesamowite jak to o pięć stopni celsjusza więcej zmienia podejście do świata. Diametralnie.
A piosnkę tę dedykuję znajomej parze kosów.

12:40, aniafin
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 marca 2010
opieka zdrowotna pod ochroną
No to wybrałam się w końcu do lekarza. Decyzja ta nie była łatwa, oj nie była. Mój honor samouzdrawiacza znacznie na tym ucierpiał. Przez noc przewracaną z boku na bok, podczas gdy z jednego oka wyciekała mi ropa jak rzeka, podejmowałam tę ciężką decyzję. Już nad ranem zerkając z obrzydzeniem w swe zaognione, napuchnięte gały, wiedziałam, że postanowiłam słusznie. 
Internet mówił "idź", setki forumowiczów i strony medyczne doradzały "leć nim ci się rzuci na nerw wzrokowy", mania prześladowcza wszędzie tropiła mordercze bakterie.
Decyzja, akcja, ... mur.
W żadnym chyba innym kraju opieka zdrowotna nie jest tak gorliwie chroniona przed pacjentem jak odbywa się to w kraju wiatraków. Przychodnia zdrowia podobna jest do średniowiecznej twierdzy w której zastęp uzbrojonych po zęby recepcjonistek i asystentek broni zażarcie dostępu do lekarza pierwszego kontaktu. A wiedzcie, że lekarz pierwszego dotyku jest jedynym medycznym przedstawicielem dostępnym dla zwykłego (nie)śmiertelnika. Tak 
nieśmiertelność sprawdza się tu jak nigdzie indziej. Wizyty jednak nie można sobie tutaj zamówić od tak, bo coś cię niepokoi lub męczy. 
W tym celu trzeba wspiąć się na wyżyny demagogii albo innego tam tfu aktorstwa, jednym słowem trochę nakłamać albo sporo przesadzić. Przynajmniej w Renkum. Bo na początku przechodzi się przez telefoniczne sito pytań asystentki, która wyszkolona jak szpieg Mosadu, stara się wyciągnąć od "schorowanego" człowieka jak najwięcej pikantnych szczegółów aby następnie użyć ich przeciwko wstrętnemu krętaczowi, który to wcale na pewno nie jest chory, symuluje tylko niedomagania by wykorzystać system. O nie, nie uda mu się to! Nie za życia asystentki. 
No i się nie udało. Także i mnie. Po mojej stronie słuchawki istota podobna do zdesperowanego zombi (no bo komu ropieją oczy to i nos może wkrótce już odpaść) zapytała łzawo (łzy pomagają na infekcje!) co ma w taki razie robić. Od dzielniej stróżki, co ja mówię, istnej westalki służby zdrowotnej usłyszała "A spray do nosa Pani używała?" . "A no nie..." " No widzi Pani, spray do nosa proszę sobie kupić i na pewno za tydzień będzie lepiej...". No na takie argumenty to nawet zombi nie poradzi. Jeszcze trochę poharczał, no ale te oczy, bla bla, itp. I tu stał się cud (albo panią z recepcji trzeba na dodatkowe szkolenia wysłać). "No dobrze już, w sprawie oka mogę Pani zaproponować spotkanie z asystentką lekarza" - powiedziała cudna dziewoja, a eksplozja endorfiny zabiła już z połowę moich gorliwie wyhodowanych zarazków. Nie ma barier niepokonanych. Dostałam się do przychodni, mogę wszystko. Wow.
Asystentka z pewnym takim politowaniem popatrzyła mi w oczy " No zaczerwienione.." (no kurcze mówię wam nigdy jeszcze takiego czerwonego zapalenia nie miałam...), ale ja nic na to przecież nie poradzę, przemywać trzy razy dziennie prysznicem, jeść witaminki, nie zapominać o sprayu do nosa! i za cztery dni powinno samo.
A najgorsze jest to, że oni mięli w końcu rację, bo to rzeczywiście samo przechodzi! Z jednego oka już prawie zeszło, drugie przestaje ropieć, nawet zatoki takie jakieś czystsze...
No i kurcze kto tu wyszedł na wariata?
No bo na pewno nie służba zdrowia, w takich warunkach jej akurat nic nie grozi.

20:26, aniafin
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 lutego 2010
puste baterie i wstrętne bakterie
Czuję jak by mi się zrobiła jakaś przerwa w życiorysie. Ostatnie tygodnie minęły bezrefleksyjnie i beznatchnieniowo, trochę mechanicznie, że tak ośmielę się stwierdzić. Chyba gonię resztkami energii zeżartej już w większości przez zimę, spożytkowanej na potrzeby ogrzewania, beznadziejnie już wypatrując wiosny. Pierwsze jej symptomy już swoją drogą widać, bo nasz mały trawnik zaroił się od przebiśniegów i bladych krokusów, a i inne cebulkowe nowości wciśnięte w ziemię na jesieni zaczynają dawać znaki życia. Czas więc zacząć się budzić z zimowego odrętwienia mózgu oraz weny.
Twórcza bezczynność nie oznacza, że nic przez ten czas nie robiłam. Po odbyciu inspirującej rozmowy ewaluacyjnej z szefami, którzy nad wyraz jeszcze we mnie wierzą (takich wyznawców to i islam by się nie powstydził) rzuciłam się w ciemne wody nicieniologii i roślinologii aby ciąć, wylewać, amplifikować, infiltrować i to wszystko potem opisywać. Szefowa przemaglowała z dwadzieścia razy mój ostatni papier na ukończeniu przez co zrobił się trochę na wykończeniu. Szef roztoczył mi przed oczyma duszy wizję nowych wspaniałych eksperymentów, kładąc nacisk na fenotyp (bo jak się ma fenotyp, to świat ci po prostu leży u stóp) i codziennie sprawdzał postępy, klepiąc z uznaniem (albo dla dodania otuchy) swoją wielką łapą po mych skromnych plecach. Na osłodę zaoferował spotkanie naukowe w Portugalii (zawsze chciałam tam wrócić) już w maju i polecił nawiązać nowe kontakty w sprawie nowych eksperymentów. Solidnie zmotywowana i pod życzliwą kontrolą przełożonych biegałam przez ostatnie tygodnie jak duracelowy króliczek, pomnażałam kontakty i robiłam plany, wysmażyłam nawet pasjonującą prezentację mojego dorobku oraz otrzymałam cynk od pewnego profesora jak tu sklonować ejczłana. Wszystko jak w bajce.
Aż do zeszłego poniedziałku, kiedy to obudziłam się o 6:45 z lekkim bólem gardła i poczuciem niejakiego rozbicia. Będąc rozsądną młodą damą i w dodatku naukowcem postanowiłam zabić zarazka w zarodku za pomocą domowego sterylizatora (z braku autoklawu zostało mi łóżko). Wysłałam męża do roboty na rowerze (niech się chłopak uodparnia), a sama zapakowałam pod dwie kołdry, naszpikowałam rutinoscorbinem (no bo dla tej kobitki z reklamy, co to nie może sobie pozwolić na chorobę ze względu na gromadkę dzieci rutinoscorbin działa najlepiej) i próbowałam wyluzować z nadzieją, że w tak optymalnych dla zdrowia warunkach "gupi" wirus nie ma po prostu szans. 
A jednak sobie jakoś poradził. Rzucił mi się po kolei na mięśnie, głowę, gardło, głos i zatoki, a najbardziej chyba na mózg. Bo jak inaczej można wytłumaczyć oglądanie godzinami dzieł takich jak "My sweet sixteen - marathon" albo i choćby "16 and pregnant - marathon" oraz "Faceci do wzięcia", "Klan", "Barwy szczęścia", nie wspomnę już nawet o "Plebanii". Rozrywki te owszem przeplatane były kontaktem z internetem w celu zebrania plonów zielonego groszku i wydojenia krów, ale czy to można uznać za objaw pracy mózgu, no chyba nie. Na pewno nie na miarę DodyElektrody, o której wysokim iq (jak doniósł Plotek) trąbią włoskie tabloidy. No do DE to nam wszystkim raczej daleko. Na szczęście obliczenie biorytmów na fejbóku wykazało mi że w tych dniach byłam na wielkim minusie (szczególnie emocjonalnym, o dziwo na równi z Adamem Małyszem), co w sumie wiele tłumaczy, uff.

Był to tydzień wyjęty z życiorysu, bardzo obniżający morale oraz zaufanie do rutinoscorbinu. Ciągle smarkając i pokaszlując udałam się w końcu wczoraj do Kruidvata (co za bałagan w tym sklepie nigdy już tam nic nie kupię!) i zakupiłam co następuję: syrop z tymianku, syrop biosolvon, końską dawkę vit. C, kapsułki czosnkowe, pastylki echinacea, trachitol oraz ibuprofen. 
Po zażyciu tego wszystkiego a i jeszcze sudafedu zaczyna mi się wreszcie troszkę poprawiać, zwłaszcza w mózgu mam nadzieję. Już nawet potrafię czytać książkę, ha! Wpadło mi przypadkiem w ręce najnowsze dzieło Elizabeth Gilbert (tej od "Jedz, módl się, kochaj")- ma to tytuł "Committed" (nie ma chyba jeszcze polskiej wersji) i po przeczytaniu połowy z serca polecam wszystkim zainteresowanym problemem "małżeństwa". Napiszę może coś więcej jak skończę lekturę.
A teraz chyba znowu sobie jakiegoś syropka łyknę na zdrowie, bo nadchodzący tydzień przyniesie ze sobą same deadliny, tak czuję.

A taką reklamę rutinoscorbinu znalazłam na www.oneshot.jpg.pl (żeby nie było, że nie cytuję):



14:03, aniafin
Link Komentarze (3) »
niedziela, 31 stycznia 2010
znowu wojna w zatoce
Ze względu na szarugowatą odwilż straciliśmy już nadzieję na prawdziwą zimę. W zeszłym tygodniu nękała nas mokra i iście daczowska ciapka z nieba, zacinająca w twarzyczki rowerzystów, przemaczająca zwłaszcza górne nogawki spodni i skarpetki, oraz rękawiczki. 
Rodzinnie postanowiliśmy jej uniknąć za pomocą renówki. W piątek jednak zmuszona byłam pokonać kilometry dzielące nematologię (miejsce pracy)  z northwestem  (cel wizyty towarzyskiej w czasie pracy) przy użyciu klekoczącego nemaroweru i w strugach śniegodeszczu. W dodatku w okularach. 
Te ostatnie rzadko wkładam, bo wynaleziono wreszcie coś tak genialnego jak soczewki bez zdejmowania "czysta wizja". W obliczu zaś tego wynalazku, pozwalającego wszystkim nieszczęsnym okularnikom na doświadczenie życia człowieka "bez wad", noszenie okularów stało się prawie przeżytkiem.
Prawie, bo na drodze staje mi oto alkoholizm. Otóż w moim osobistym przypadku wypicie choćby jednej lampki wina, powoduje, oprócz szumu w głowie i zaburzeń równowagi, dyslokację soczewek w oku. Być może płyny ustrojowe wzbogacone w alkohol nie są idealnym środowiskiem dla silikonu połączonego z hydrożelem. Być może to tylko moja wyobraźnia. Dość że po kielichu te cholery nie chcą trzymać się gałki ocznej i tańczą sobie po oczodole powodując dyskomfort. W takim przypadku przepraszam się ze szkłami i wreszcie wyglądam inteligentnie. 
Kombinacja inteligencji z szarugą nie sprawdziła się tym razem, bo po dotarciu w labirynt nortwestu (osłodzony przemiłymi nazwami ulic w stylu "ul. Owieczki Weroniki"),  zza zaparowanych i ociekających wodą szkieł nie rozpoznałam zupełnie miejsca swego opłakanego położenia i zmuszona zatrzymać się by zanalizować sytuację, klęłam bardzo głośno (na szczęście po niemiecku) szukając kawałka suchego ubrania do przetarcia okularów. Wygrzebałam w końcu coś spod kurtki i doznałam nagłego oświecenia, tym razem inteligencji przestrzennej. Jednak prawidłowa wizja jest podstawą działania. Co się jednak spociłam od środka i przemoczyłam z wierzchu to moje i wbrew latom zasiedzenia w tym mokrym kraju wcale nie jestem do tego przyzwyczajona. 
Na osłodę zostało mi przemiłe spotkanie z klubem AAAA połączone z wybornym lanczem, kawką, plotkami i podziwianiem najmłodszej "A-latorośli", kobiety o zabójczych rzęsach i rozbrajającym uśmiechu. Towarzyskie akumulatory zostały napompowane, instynkt rodzicielski wzmocniony i nawet spodnie mi wyschły, a w wszystko to w zaledwie dwie godzinki (czyżbym się zasiedziała?), sponsorowane przez japa zwanego piekarzem (i tak mi płaci w sumie grosze, w porównaniu z bonusami menadżerów bankowości). Lubię piątki.

A wczoraj i przedwczoraj spadł znowu śnieg i zrobiło się cudnie. Oblepił dachy i gałęzie, przykrył błoto, wyślizgał drogi. Szczególnie efektownie wyglądał na leśnych willach (co ja mówię, pałacach raczej) położonych malowniczo między naszą wioską a oosterbeek'iem. O dziwo, wokół nich wszystko wygląda bajkowo. O większe dziwo, nikt ze znajomych jeszcze tam nie mieszka. 

O jeszcze większe dziwo, deszczowe eskapady i podziwianie zimowych krajobrazów bez czapki wpłynęły ujemnie na moje zatoki zwłaszcza przyszczękowe (te są najgorsze). Dlatego już od rana naszpikowana sudafedem, ibupromem, czosnkiem oraz wyciągiem w jeżówki purpurowej, owinięta w różowy snugikoc, siedzę sobie w fotelu,  dogrzewam kolana makksiążką i czytam oraz ndb piszę same blogowe rewelacje. No cóż, polecam się na przyszłość.


14:21, aniafin
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 stycznia 2010
początek roku w skrócie graficznym
tak mniej więcej wygląda moje życie naukowe:


żałosne
14:21, aniafin
Link Komentarze (3) »
nowy rok przybieżył, blog jeszcze się nie przeżył
Jeszcze żyję, chociaż z braku oznak życia blogowego można by wyciągnąć inne wnioski. Na przykład, że nas w Polsce śnieg przysypał, albo nam tyłki do czegoś przymarzły (do słupów energetycznych chociażby), albo rodzina w piwnicy uwięziła i kazała się rozmnażać ;). Inny scenariusz obejmuje permanentne odcięcie od sieci (brrr..) z powodu niepłacenia rachunków, hackerstwa lub innych wirtualnych zbrodni. Jeszcze gorsza wizja przewiduje internatowstręt związany z przedawkowaniem farmvillu, nadużywaniem enchanted island czy choćby czytaniem wpisów na fejsbuku. 
I tu was zaskoczę, żaden z tych scenariuszy grozy nie został przeniesiony na ekran mojego życia, a wręcz przeciwnie: do kraju węgorzy wróciliśmy w pierwszy dzień nowonarodzonego roku, bo śniegu i mrozu wtedy było jak na lekarstwo, moja rodzina nie ma klucza do piwnicy, a moja relacja z internatem daleka jest od patologicznej. 
W Polsce spędziliśmy około pięciu dni balansując między Pikutkowem, Brześciem, Włocławkiem i górami jedzenia. R wmówił sobie niestrawność, i choć nikt mu nie chciał za bardzo uwierzyć, z uporem walczył o przetrwanie żołądka, dzielnie broniąc się przed kiełbaskami, schabowcami, makowcem i nadmiarem herbaty. Jego strata, ja się przynajmniej najadłam specjałów (nawet karpia mi zostawili). I wybawiłam za wsze czasy w towarzystwie cudnych siostrzenic. Fascynujące z nich doprawdy stworzenia. 

W poszukiwaniu indeksu przetrząsnęłam jakieś stare pudła i co znalazłam? Nie, wcale nie był to indeks. Były to natomiast listy, dziesiątki listów, które wymieniałam w liceum i na studiach, najpierw z moimi oazowymi przyjaciółkami a potem z własną siostrą. Listy od mojej ukochanej siostry zaczynały się zwykle słowami "drogi palancie" i "cześć kretynie", zawierały treść porównywalną z występem czołowych polskich kabaretów, a opisującą zaledwie życie i przeżycia łódzkiej studentki farmacji, kończyły zaś w sposób godny listów miłosnych. Jestem pod wrażeniem geniuszu. Już nie pamiętam własnych listów do mojej siostry, ale mam wrażenie, że jej piśmiennictwo zasługuje na nobla lub innego pulicera;). Czytaliśmy to teraz razem z mamą codziennie i pokładałyśmy się ze śmiechu na czym popadnie.Kiedy Basia z Marysią dorosną i wyrobią sobie poczucie humoru, to im kiedyś całą tą korespondencję pokaże a nawet podaruję.

Zaraz po nowym roku z radością wróciłam na doktorancką rolę, przypięłam się do naukowego kieratu i postanowiłam skończyć pierwszy samodzielny artykuł, po czym zacząć dwa następne i oczywiście sklonować tfu! ejczłana. Pocę się więc już parę tygodni nad tym niełatwym zadaniem, wieczory spędzając bez ducha na kanapie i pławiąc się w tysiącach kanałów telewizyjnych serwowanych nam (za pomocą czterech satelit) przez kanał digitalny i cyfrę minus. Obejrzałam nawet jeden odcinek mjakmiłość i raz wiadomości, poza tym same reklamy (jakby podsumował mój dziadek).

Po jakże udanym początku blogowego roku, będę tutaj wracać, chcecie tego czy nie, racząc was pikantnymi szczegółami z życia wiejskiego nematologa z ambicjami.





14:00, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 grudnia 2009
w drodze
Zaraz wyruszamy. Manatki już prawie spakowane, drogi w miarę przetarte, pijani kierowcy częściowo wyłapani (mam taką nadzieję), ojczyzna wzywa. Ostatni raz widzieliśmy polskie drogi w lipcu, więc jest też wątła, nikła nadzieja głupich matka, że nastąpiła jako taka poprawa. W końcu kopanie piłki 2012 już za dwa lata, to trzeba gorliwie dążyć do europeizacji szlaków, ech pomarzyć sobie mogę.
Ale teraz już muszę się duchowo przygotować na dwanaście godzin na siedzeniu pasażera, na podziwianie niemieckich autostrad i może w miarę przyzwoitą lekturę, dopóki się nie ściemni. Postój w bad oyenhausen, wizyta w królestwie hamburgerów, parę stacji benzynowych i kibelków sanifair, Lubraniec (to cwele) i jesteśmy w Pikutkowie. Jak nam siły starczy to nawet do nowego roku. Bez internetu prawie (porządny odwyk od farmvilla), a to w rodzinnej atmosferze, oddychając starymi kątami, jedząc babcine pyszności i rozmawiając dużo z własnym mężem (no bo nikt inny raczej z nim nie porozmawia; brak intertenetu; telewizja tylko z lektorem). Dużo uroków ma taki powrót do gniazda, wszelkie trudności zostają szybko zniwelowane, buzujące kiedyś jeszcze emocje, zastąpione teraz przez radosną akceptacje i spokojne istnienie, pozwalają z ciepłem w sercu przyjrzeć się własnej rodzinie i przez to sobie, zrozumieć.
Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim, którzy tutaj zaglądają. Pozwólcie waszym sercom wypełnić się światłem i miłością, otworzyć na rzeczywistość, ludzi i prawdę z nich płynącą. Nowy Rok, nowy ty zaczyna się już teraz, w tej chwili, nie odkładaj niczego na później.

11:46, aniafin
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 grudnia 2009
przemoc
Święta u teściów zaliczone. Wręcz z przyjemnością. Bo ludzie to nadzwyczaj łagodni, serdeczni i niewymagający. W ich towarzystwie da się odetchnąć i po prostu pobyć, zjeść tyle ile się chce (nie więcej), bez protestów i nacisków razem pozmywać, nie trzeba tłumaczyć się gęsto dlaczego się to jeszcze nie ma dzieci ( a zegar biologiczny tik tak, a mutacje się kumulują) oraz dlaczego się nie zaciągnie wreszcie męża do kościoła (w końcu to ich własny syn, niech sami sobie zaciągają), brak raczej dyskusji o wyższości kościoła katolickiego i polskiej kultury w ogólności nad całą resztą zgniłego świata, słowem pełny luz, żadnych pozorów i wymądrzania. Nie żebym się skarżyła na moje własne gniazdo. Cieszę się tym co jest, póki trwa, utwierdzam w moim wyborze, albo dziękuję losowi że mnie rzucił do zgniłej Holandii, która ma swoje dziwactwa, ale w której lżej się jakoś oddycha. Bo nikt tu nie toczy wojny o krzyże (w zamian raczej o chusty muzułmańskie), patrzy krzywo na bliźniego dlatego tylko, że żyje długo i szczęśliwie na kocią łapę, że nie ma dzieci po trzydziestce, że skłania się ku własnej płci, że nie przekonują go sztampowe niedzielne kazania, że chce żyć i wierzyć lub nie wierzyć po swojemu, a nie wg. księdza proboszcza. Wydaje mi się że szacunek i prawdziwa miłość do drugiego człowieka nie są możliwe, jeśli nie obdarzy się go absolutną wolnością, jakiekolwiek konsekwencje miało by to przynieść. Myślę, że dopóki oczekujemy, że inni będą wierni naszym przekonaniom i ideom, jakkolwiek były by one szczytne lub słuszne, czynimy z nich ofiary naszego egoizmu, naszego dobrego samopoczucia, "zbawiamy" świat, którego nawet nie spróbowaliśmy najpierw zrozumieć. I nie ma w tym miejscu dużej różnicy między nawracaniem na katolicyzm, świętą wojną muzułmańską, agresywnym feminizmem, brutalnym ateizmem, kultem pieniądza czy rozmnażania. Bo w nich wszystkich jest przemoc i brak miłości. Bóg od początku obdarza zaś wolnością, jak bardzo by nam się to nie podobało...
17:17, aniafin
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 grudnia 2009
święta w domu
Co drugi rok zostajemy w Holandii na święta. Z powodu znaczącej odległości (no mogło być o wiele gorzej) między naszymi rodzinami nie dajemy rady odwiedzić obydwu klanów w jedne święta i dlatego się umówiliśmy, że w lata nieparzyste kolej wypada na Slagharen a w parzyste na Pikutkowo. W związku z tym i oraz z faktem, że w niderlandzkich katolickich rodzinach (przynajmniej nie w tych, które znam) nie celebruje się hucznie wigilii, co drugi rok w wigilię zostajemy w domu. 
W Pikutkowie Wigilia to nie lada wydarzenie, praktycznie punkt kulminacyjny Świąt, wszystko kręci się wokół tego punktu już na tygodnie przed. Kupowanie karpii w nadmiernych ilościach, wybieranie najlepszych śliwek na zupę, najlepszego maku na makowce, daleko posunięte pucowanie chałupy, planowanie wypieków, no i oczywiście prezentowy stres, te wszystkie niezbędne przygotowania nakręcają atmosferę Wigilii. A później w samą już Wigilię wszystkich stawia się w stan gotowości, rozdziela zadania i sprawnie z nich wywiązuje. Ci do choinki (broń Boże ubierania jej przed Wigilią), ci do pastowania podłóg, ci doprawiają groch z kapustą a jeszcze inni pakują prezenty. Sztab ludzi miło przymierający głodem (wigilijny post, zakaz łasowania pilnowany przez ciocię) uwija się jak mróweczki, a z kuchni dochodzą niesamowite zapachy drażniące puste żołądki. Szybko robi się ciemno, choinka zaczyna się rozgrzewać i pachnieć, dziadkowi pozwala się pooglądać telewizję, więc reszta też załapuję się na kolędy, ciocia jeszcze biega ze ścierką pozbywając się ostatnich ziaren kurzu (wprowadzonego nielegalnie na pudełkach od bombek), babcia w zaparowanej kuchni podsmaża cebulkę, by doprawić kapustę, groch i fasolę, i jak co roku radzi się mamy, kiedy zacząć smażyć wreszcie tego karpia. Wszystko już prawie gotowe, prezenty niepostrzeżenie wychodzą z szaf i lądują pod choinką, dzieci odrywa się od dziadka (i telewizora) i pogania do nakrycia stołu (no i gdzie znowu się ta biblia zapodziała?) i wtedy już można przebrać się do kolacji i zaczynać ( a może kończyć) coś na co czekało się cały rok. Dziadkowi wyłącza się telewizor ( co roku z protestami), zapala świece, gasi światło, jednemu z dzieci wręcza pismo święte (młody, to niech czyta), rozdaje opłatki...
Gdy jest już po kolacji, to doznaję uczucia jakby było nagle po świętach. Telewizor odpala się już na nowo (prymas będzie przemawiał), żołądki nie mieszczą już nic więcej (a tu jeszcze przecież ciasta, bo mama tyle napiekła), a mózg ulega błogiemu otępieniu. Jeszcze wymienia się wrażenia o prezentach, planuje czy jechać na pasterkę czy nie, szuka czegoś ciekawego w trzech kanałach na krzyż, zalega na najlepszych miejscach w dużym pokoju, podziwia choinkę, to wszystko należy przecież do świąt, ale już mi tak jakoś znowu tęskno do Wigilii;). 
Tutaj, wczoraj zrobiłam nam, a może tylko sobie, taką tylko namiastkę. Od rana po ekspresowym polowaniu na prezenty dla siostrzenic i męża (cudem chyba zdobyłam ten jubileuszowy przejazd kolejowy marklina;)) urządziłam sobie radosną krzątaninę. Wstawiłam grzybową i kapustę (te zapachy są zdecydowanie najważniejsze), wyprasowałam obrus, wysupłałam z kartek świątecznych jedyne opłatki, upiekłam ciasto (sernik o zgrozo, ale co zrobić jak chłop gardzi makowcem, bo to "bird food"), podpucowałam kuchnię, usmażyłam rybę i nakryłam stół najlepszą zastawą. Taka moja mini-Wigilia. A jak już dopełniliśmy rytuałów, to zadzwoniłam do Pikutkowa, żeby posłuchać jeszcze tamtej Wigilii. A później odpaliliśmy już telewizor, pochłonęliśmy lody w kształcie rudolf-the-red-nose-rendeer i oglądaliśmy z przejęciem "All you need is love", program w którym ludzi żyjących w relacjach na odległość łączy się na święta (program funduje loty) i wszyscy są tacy szczęśliwi...
No i byłam jeszcze na pasterce i o mało się nie zabiłam z powrotem na rowerze, tak było ślisko;)
A teraz jedziemy wreszcie do teściów, bo się nie doczekają.
Wesołych Świąt wszystkim.
I oby do następnej Wigilii.
12:19, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 grudnia 2009
kopny śnieg
Już zapomniałam co to oznacza;), ostatnio tyle śniegu widzieliśmy chyba parę lat temu w Pikutkowie, gdy w celu opuszczenia rodzinnego podwórka musięliśmy sobie najpierw odkopać drogę i założyć łańcuchy (zakupione na wypadek wypadu w Alpy) na koła. A potem zasuwaliśmy w tempie 20 na godzinę po opustoszałej drodze do Włocławka, ku ogólnej zgrozie nadopiekuńczej rodziny i o jakże wielkiej radości małżonka, bo jako chłopak z ciepłej depresji, takiej zimy doświadczył może z raz i to raczej w dzieciństwie;). W tym roku do śniegu wzdychał już od września i wreszcie mu się dostało. W czwartek spadła pierwsza partia, wokół radixa robiło się coraz bielej i bielej, samochody wyglądały jak przyśnieżone puszki, rowerzyści jeździli wężykiem. W pracy nie dało się pracować, bo już od rana trwały ekscytujące przygotowania do świątecznego lunchu. W tym roku kazano nam się wykazać przygotowaniem tzw. tapas i to w ramach zarówno przystawek, dania głównego i deseru. Jako jeden z raczej chyba nielicznych departamentów co roku doświadczamy iście szlacheckiej uczty w ramach tzw. kerstlunchu. Inni przerzucili się już na tzw. borrel'e (popijawy) i wypady do knajpek. U nas każdy porządny pracownik ma za zadanie własnoręcznie albo własnożonnie ugotować coś oryginalnego i tym samym przyczynić się do dobra wspólnego. Jest także konkurs i puchary przechodnie, a w parę tygodni do wielu miesięcy po tym doniosłym wydarzeniu, zostaje "wydana" nema-książka kucharska. Choć potrawy można przygotować oczywiście poprzedniego wieczoru, zwykle kończy się na tym, że dep wygląda od rana jak wymarły (pracownicy pichcą oczywiście z ramach godzin roboczych), nie licząc komitetu organizacyjnego, który szura meblami i na rozgrzewkę zapuszcza kolędy oraz niektórych zestresowanych doktorantów. A potem już idziemy oczywiście na całego, pijemy, żremy (bo posilaniem tego nazwać nie można) i popuszczamy pasa. Tegoroczni organizatorzy zapewnili nam dodatkowe atrakcje w postaci konkursu karaoke i workshop'u pt."zrób sobie kartkę świąteczną". Oto co nam wyszło, "Święta w oczach Nematologa -praca w grupach":

 
Godne podkreślenia są zając pod choinką, krwawiące anioły oraz rastafariańskie duchy;), co za wyobraźnia proszę państwa! Duch świąt w narodzie nie zaginął, przybrał tylko zadziwiające formy, apokaliptyczne można by powiedzieć. 
Popuszczanie pasa oraz puszczanie wodzy wyobraźni tak nas wykończyło, że w piątek pojawili się w pracy tylko najtrwardsi, ci zaprawieni z mrozem i śniegiem, albo zestresowani zbliżającymi się rozliczeniami. Otwarta przestrzeń zamieniła się w oazę ciszy i spokoju (ciepło tez było jak na pustyni), lab w cmentarzysko nicieni.
A dziś obudziły nas takie widoki w naszym ograniczonym przestrzennie ogrodzie:


I to był dopiero początek. Potem rozpadało się na dobre. Nie zważając na przeszkody rzucane mi pod nogi przez niewierną pogodę, postanowiłam wybrać się do kościoła na rowerze... No cóż, po jakiś dwustu metrach, w ciągu których wymieniłam z wyposażonymi w łopaty sąsiadami zakłopotane spojrzenia i komentarze w stylu "I co? Nie da się? Hę?" zmieniłam plany na zdecydowanie niewierne. Ulice zaczęli pługować dopiero po południu, chodników jeszcze dzisiaj nie zaczęli. Przed wieczorem brodziliśmy sobie radośnie w zaspach, przecierając szlaki i zarabiając śniegiem z otrząsających się choinek. Ech, kocham takie klimaty:) Walking in the winter wonderland...

  

Ciekawe czy jutro dotrzemy do pracy. Może jak przetrą nam ścieżki rowerowe, bo samochodu raczej tak szybko nie odkopiemy i nikomu się nie śpieszy wysyłanie pługów śnieżnych wgłąb małych, wiejskich i nic nie znaczących osiedli.
Ja dotrę, to czeka mnie jeszcze ostatni w tym roku nicieniowy eksperyment (i tym samym ostatnia nadzieja na ejczłana), analiza oferty sekwencjonowania baków i dokończenie dyskusji o ewolucji genów odporności. Już się nie mogę doczekać...
20:30, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 grudnia 2009
czy byłeś grzeczny?
W tym kraju Świętego Mikołaja boją się nie tylko dzieci. Respekt przed białą brodą, żelazną laską, a zwłaszcza grubą księgą kryjącą najwstydliwsze sekrety z twojego życia udziela się także pracownikom nicieniologii, a zwłaszcza tfu-labu. Regularnie bowiem w okolicach 5 grudnia nasza komórka naukowa ma obowiązek stawić się wczesnym (dla niektórych) rankiem na tzw. zebranie organizacyjne, oficjalnie ogłaszane przez profesora. Tak stało się też zaledwie wczoraj. 
Po przedarciu się przez zasłonę ciemności i ścianę wody za pomocą żelaznej puszki i wstąpiwszy do naszej cichej i ciepłej pracoprzestrzeni, zostałam momentalnie zaatakowana przez podekscytowanego Capsera.
"Przyznaj się" - zakrzyknął tenże, a jego niebieski czub drżał z nadmiaru emocji- "jesteś Zwarte Pietem?!" 
"Bzdury!" - zaprzeczyłam gorliwie i ukradkiem zerknęłam na własne dłonie, które wyglądały jednak w miarę biało.
Widocznie zbyt gorliwie, bo doczekałam się tylko z politowaniem wyartykułowanego "Ty jednak nie umiesz kłamać" i kolega zmył się, by niuchać dalej. Ale co jakiś czas pojawiał się ni stąd ni zowąd jakby sprawdzając, czy nie poszłam się już aby przebierać.
Dwa lata temu zostałam rzeczywiście zwerbowana przez świętego do jego drużyny i razem ze starym, dobrym Rikusem ciskaliśmy w publiczność pepernotami i groziliśmy im rózgami, podczas gdy Esesman wyglądał groźnie (nie musiał się zbytnio starać), i wciskał na głowę spadającą z uporem mitrę. Ale nie tym razem, w tym roku zaszczyt smarowania się pastą do butów na szczęście mnie nie kopnął. Próbowałam jeszcze Capserowi wmawiać, że w tym roku jestem ŚM, ale prychnął tylko z pogardą " Za mała jesteś".
Koło dziewiątej gdy zaczęłam pomagać Lizet z ustawianiem multimediów i odpaliłam wreszcie youtubową listę mikołajowych przebojów, Capser stracił już większość nadziei, że to jednak ja. Zaczął znowu biegać po labach i ofisach i sprawdzać kogo jeszcze lub już nie ma, tworząc osobistą listę podejrzanych. W tle pojawił się też Wiebke, jeszcze bardziej chyba przejęty. Hej, hej, tych dwóch musiało w zeszłym roku nieźle nabroić. Lotte i Sven wpadli do coffe-room'u zobaczyć co się dzieje i zapowiedzieli, że się spóźnią (acha, mamy kolejnych podejrzanych), zbłąkany Książe szukał Rikusa, podobno z wizytą u dentysty, nikomu nie opłacało się już pracować. Koło wpół do dziesiątej coffee-room pękał w szwach a z głośniczków dochodziło radosne "Zie gids komt de stoomboot uit Spanje vandaan..." (co wzbudziło entuzjazm patriotycznej Mirjam i parę pytań z ust zagranicznych studentów).
I za pięć minut wiedzieliśmy już kogo naprawdę brakowało wśród nas. Święty Mik zdecydowanie schudł przez ten ostatni rok, z postury trochę przypominał Rikusa (niestety u dentysty) i mówił trochę niewyraźnie, tak jakby miał podwójną brodę (bzdury). Za to Zwarte Piet wyrósł i zmężniał, szkoda że Geert dziś nie przyszedł do pracy, bo by się przekonał, że z jego wzrostem kariera mikołajowego niewolnika nie jawi się beznadziejnie.
Cały kolegiat otworzył buzie z wrażenia i zaskoczenia (nikt nie wygrał w tym roku zakładów) i zaraz też je zamknął, żeby nie zarobić w zęby pepernotami, które Piet z zacięciem ciskał.
ŚM otworzył zaś księgę i nigdy nie zgadniecie kogo zawezwał na początek...
Capser i Wiebke momentalnie spokornieli i z przerażeniem na twarzach zajęli miejsca po obydwu stronach świętego. Długo sobie nie posiedzieli, jakimś cudem Mik się dowiedział, że podczas tegorocznej królewskiej wizyty w sąsiednim budynku stali na baczność w oknie Radixa, salutowali i puszczali niderlandzki hymn z komputera. I teraz musięli stojąc przed ogromniastą flagą rozwiniętą przez Pieta wykonać ten hymn osobiście. 
No cóż patriotami takimi to oni nie są, znali tylko pierwszy wers, a melodia... spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia...
Capserowi udało się tanio wykpić, Wiebke musiał jeszcze zostać.
ŚM słyszał bowiem, że kolega nasz zna świetnie wybór zwrotów z języka polskiego. Obawiał się jednak, że wybór ten jest z lekka niecenzuralny i nie nadaje się do podrywania polskich dziewek. I tu zawezwał nas. Li i jedyne Polki w nicieniologi. 
Mi wcisnął Piet na uszy wyciszające słuchawki (no powiedzmy), a Kasię poinstruował, że ma kolegę nauczyć zdania, które zjedna mu każde polskie kobiece serce. Zdanie to miał następnie wypróbować na mnie, Piet zalecił mi udzielić spontanicznej odpowiedzi.
"Cześć"
"Cześć!"
"Jestem Wiebke."
"Jestem Ania"
"Zamknij się i rozbieraj się"...
No cóż moja spontaniczna odpowiedź zabolała. Dodam tylko że nigdy w życiu jeszcze nikogo nie spoliczkowałam...
Publiczność szalała, a mi było trochę głupio, bo naprawdę czułam w palcach, że trochę go uderzyłam. Ciekawe czy czegoś się nauczy... 
ŚM zawezwał następnie jeszcze parę ofiar, wywołał mnóstwo śmiechu połączonego z przerażeniem, ucieszył Zgreda prezentem w postaci nieużytecznej maszyny, której podczas przeprowadzki pozbył się Esesman, obdarzył szefa pięcioma medalami, popluł sobie brodę, rozgniótł walające się po podłodze pepernoty, popsuł laskę, zarządził, że mamy mu zaśpiewać i już go nie było. A zintegrowana nicieniologiczna komórka z ulgą śpiewała "Dag Sinterklaasje, dag, dag, dag dag Zwarte Piet..." I napełniała znerwicowane żołądki przybrudzonymi słodyczami, przyrzekając sobie, że przez następny rok, będzie grzeczna jak te aniołki, co na pewno Capserowi i Wiebke się nie uda. Bo po południu zaczęli się znowu wygłupiać.


12:33, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
gdy wiosna w listopadzie, to świat w lekkim nieładzie
Po zamrażarkowym koszmarze przyszła pora na spokojny weekend. Wiało co prawda jak za przeproszeniem w kieleckim, ale w osłoniętych nieckach terenu w połączeniu z ostatnimi promieniami słońca bywało wręcz przyjemnie. Temperatury się zrobiły nieco nawet za przyjemne i w efekcie cieplarnianym z gleby zaczęły wychodzić jakieś pędy (stawiam na krokusy lub narcyzy), spodziewane dopiero na wiosnę.
 Posadziłam w tym roku jakieś 200 cebulek, coby ładnie było na wiosnę. Tulipany, narcyzy, krokusy, zostały zaaranżowane w nieładzie artystycznym lub jak kto woli w kompozycji dzikiej, dlatego nie wiem nawet gdzie co dokładnie rośnie. Niespodzianka miała nastąpić w marcu, najwcześniej pod koniec lutego. A tutaj fala listopadowych upałów krzyżuje nieco moje ogrodnicze starania. Rozejrzałam się po wiosce, czy to tylko u nas takie przyśpieszenie. Wygląda na ogólny trend: zakwitające forsycje, nabrzmiałe pąki hortensji, świeżutkie liście mniszka lekarskiego, no dajcie spokój. Jak tak dalej pójdzie to na Boże Narodzenie będziemy święcić palmy. Tylko przesunięcie bieguna północnego nas może uratować, ale to niestety nastąpi dopiero wraz z końcem świata za trzy lata w grudniu i do tego w Nowym Jorku. No chyba że Mayowy kapłan wstrzyknął sobie za dużo dragów i daty mu się pomyliły, albo tak niewyraźnie artykułował, że jego osobista sekretarka (no może westalka albo wersalka) źle zrozumiała. A my przez to teraz żyjemy w ciągłym strachu przed końcem świata i kombinujemy jak by się tu przez te trzy ostatnie lata dobrze zabawić/zasłużyć (w zalezności od orientacji wyznaniowej). A wiosenne roślinki i tak wiedzą najlepiej ("popatrzcie na lilie w polu"), że koniec świata nastąpi już w tym roku, dlaczego by w innym razie zakwitały w listopadzie...
09:08, aniafin
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 listopada 2009
zgimpowane spacery

17:01, aniafin
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5