RSS
piątek, 20 listopada 2009
dyżury
A taki to list wystosował Wiebke (na szczęście tylko do mnie i Capsera) w związku z powierzoną nam misją odmrażania zamrażarki pod nieobecność Zgreda nad Zgredami.
Ten ostatni musiał się bowiem niestety poświęcić nauczaniu studentów za pomocą bebeszenia kurczaków.
List o oryginale, bo w tłumaczeniu dużo by stracił na autentyczności:

Dear all,
 
I have made a schedule for monitoring the thawing process of the -20 freezer in the SPIT lab. Everybody has to take turns to monitor the freezer to make sure that no water is spilled on the floor of the SPIT lab.
 
Because we do not know for sure when the freezer will be fully thawed (and even if it looks like it is fully thawed it could still be leaking) we will monitor it until at least tomorrow afternoon but it could be longer or shorter, but then I will send you a new schedule.
 
There are also general stocks in the freezer so everybody also Aska and Geert have their turn.
 
Every hour the plastic trays in front of the freezer which are used to catch the waterdrops have to be emptied. When you do this it is very important to place an other empty tray in place of the old one because otherwise water will come on the floor while you are emptying the other tray. The tray has to be dried with paper towels. Do not throw away all the water at once because then the sink might get clogged or overflow.
 
So it is better to first empty for 1/4 using a large beaker glass, then wait for all the water to disappear from the sink and then to another 1/4 and so on until the tray is empty. In the mean time look at the temporary freezer to see if the power plug is still in and if it is till on the right temperature. Please also check behind the freezer to ensure there is no water leaking from the back side of the freezer!
 
Thank you,
 
W.
 
 
Schedule for monitoring the thawing process of the -20 freezer SPIT lab:
 
    Wednesday 18 November
    12:00-14:00 Casper
    14:00-16:00 Hein
    16:00-18:00 Jose
    18:00-20:00 Wiebe
    20:00-22:00 Aska
    22:00-00:00 Casper
    Thursday 19 November
    00:00-04:00 Anna
    04:00-08:00 Geert
    08:00-10:00 Casper
    10:00-12:00 Anna
    12:00-?

Dodam tylko że podobne maile wysyłał do nas Zgred nad Zgredami przez całe lato, a chodziło tylko o podlewanie ziemniaków w szklarnii. Jak znajdę jakiś oryginał (choć obawiam się, że za mocno wyczyściłam skrzynkę) to kiedyś zapodam.
Popłakałam się przy tym ze szczęścia.
08:09, aniafin
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 listopada 2009
epoka lodowcowa już za nami
Środa w tfu-laboratorium (takie sobie tłumaczenie SPIT-labu) na długo zapiszę się w historii ludzkości. Tego dnia z rana Zgred, który przyszedł do pracy już o wpół do ósmej ( a takie dokonanie zwykły jest podkreślać w rozmowie z każdym napotkanym kolegą już do końca danego dnia), zarządził rozmrażanie zamrażarki. Czynność ta absolutnie do błahych nie należy, wymaga dokładnego zaplanowania, koordynacji i wybitnego przywództwa. Któż inny mógłby się tym zająć jak nie Zgred nad Zgredy, a raczej dobrze wyszkolony zespół pod jego kierownictwem. Zadanie wydawało się z pozoru proste. W tfu-labie stała już od jakiegoś czasu i się mroziła zamrażarka zastępcza, taka bez szuflad, z dwoma komorami, ładowana od góry. Misja polegała na przeniesieniu zawartości zamrażarki roboczej (wyposażonej w szuflady osobowe z naklejonymi imionami) do zamrażarki zastępczej, tak żeby pudełka i probówki jednego kolegi nie pomieszały się z innymi kolegami. Potem zamrażarkę roboczą należało odłączyć i rozmrozić, w taki sposób by nie podtopić podłogi i sąsiadów z dołu.
Zgred zarządził więc w tym celu zebranie.
Na początku zebrania wyraził ubolewanie, że Jose jeszcze tutaj nie ma. Co prawda poprzedniego dnia Zgred zakomunikował mu że rozmrażanie zaczynamy o 13:30, no ale cóż plany się zmieniły, a Kolumbijczyk pewnie jak zwykle rano śpi. Pocieszyliśmy go chórem, że zajmiemy się szufladą niewdzięcznego kolegi.
Z niedowierzaniem na twarzy Zgred zaczął swój piętnastominutowy referat nt. "Praktyczne rozmrażanie zamrażarki naukowej". Długo by przytaczać, podsumuję lepiej w kilku punktach, czego się tamtego pamiętnego ranka nauczyliśmy (ja, Wiebke i Capser), otóż:
1. Drzwi od zamrażarki roboczej nie mogą zostawać otwarte dłużej niż 10 s (tu nastąpiła demonstracja, jak je zamykać)
2. Drzwi od zamrażarki zastępczej nie mogą zostawać otwarte dłużej niż 10 s (tu nastąpiła demonstracja, jak je zamykać)
3. Łamanie dwóch powyższych zasad grozi przyśpieszonym rozmrażaniem cennych próbek (na których pozyskanie rzesze uczonych poświęciły całe lata ciężkiej pracy - tu nastąpiły przykłady)
4. Temperaturę w zamrażarce zastępczej należy sprawdzać w odstępach pięciominutowych, bo może zacząć drastycznie spadać w wyniku łamania zasady nr.2 (co na pewno nastąpi z chwilą, gdy Zgred przestanie osobiście nadzorować pracę zespołu).
5. Materiał pochodzący z jednej szuflady należy ułożyć, jeśli to możliwe w jednej warstwie, unikając tworzenia nierówności, które w efekcie mogły by spowodować przemieszczanie się warstw górnych.
6. Materiał pochodzący z różnych szuflad układany w warstwach należy oddzielać od siebie za pomocą przyciętych na miarę arkuszy papieru.
7. Przycięte na miarę arkusze papieru należy dokładnie oznaczyć za pomocą grubego, niezmywalnego flamastra, poprzez wypisanie na nich imienia właściciela/użytkownika szuflady oraz daty dzisiejszej.
8. Należy bezwzględnie zapobiegać powstawaniu tak zwanych "dziur" między poszczególnymi warstwami, które w połączeniu z tworzeniem nierówności, mogły by doprowadzać do obsuwania i mieszania się obiektów pochodzących z różnych szuflad.
9. Należy co jakiś czas sprawdzać czy temperatura w zamrażarce zastępczej nie spada drastycznie w wyniku ignorowania zaleceń z punktu nr.2 oraz sprawdzać czy zamrażarka zastępcza jest nadal podłączona do zasilania (w przypadku gdy by się po prostu sama rozłączyła).
10. Po opróżnieniu zamrażarki roboczej, której rozmrożeniu do tej pory zapobiegaliśmy poprzez stosowanie się do zaleceń z pkt. 1, należy zamrażarkę tę odłączyć od zasilania, otworzyć jej drzwi oraz ustawić w pozycji przechylonej (tutaj następowała lista sposobów utrzymywania zamrażarki z stanie przechylonym wraz z ich głównymi zaletami i wadami)
11. Pod drzwi przechylonej zamrażarki należy postawić pojemniki plastikowe płaskie, do których będzie następnie skapywać woda pochodząca z rozmrażania lodu w zamrażarce. Pojemniki te są alternatywą do zwiniętych papierowych (lub szmacianych) ręczników, zapobiegającą odpływowi wody. Poziom wody w pojemnikach należy regularnie sprawdzać i w razie potrzeby ostrożnie je opróżniać.
12. Szuflady z zamrażarki roboczej należy delikatnie przenieść (nie ochlapując przy tym podłogi) na ustawione wcześniej przez Zgreda plastikowe tace w celu ich rozmrożenia, a następnie co jakiś czas kontrolować proces ich rozmrażania, po czym jak już staną się prawie suche, osuszać je stopniowo i dokładnie za pomocą ręczników papierowych.
Tak wyglądała jakaś połowa wykładu Zgreda nad Zgredy, a później było jeszcze lepiej, bo omówiono w skrócie przenoszenie materiałów z zamrażarki zastępczej do zamrażarki roboczej dnia następnego.
A jutro postaram się opublikować (w oryginale) e-mail, jaki Wiebke wystosował do nas w związku z Projektem Rozmrażanie Zamrażarki.
To był ciężki dzień.

20:18, aniafin
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 listopada 2009
piosnka
Zimą z Chicago jest tak samo zimno jak u nas albo jeszcze zimniej. Nic więc dziwnego, że niektórzy zajmują się wymyślaniem prostych piosenek na rozgrzanie serc i grają je na ulicach. Przy okazji można się trochę poruszać (chwyty gitarowe) i nieco zarobić (choćby uśmiech albo w łeb jak się komuś nie spodoba). Clip ten znalazłam na stronie kalifornijskiego radia KOIP, którego używam do słuchania amerykańskich x-masowych piosenek już w listopadzie, bo też podnoszą na duchu i "pozwalają przetrwać stresujący dzień w pracy" jak głosi sama rozgłośnia.
Oczywiście nie każdy jest tak odważny i bezwstydny jak ja, i większość na świąteczne piosenki pozwoli sobie dopiero po mikołajkach. Dla tych wszystkich nieszczęśników zamienna piosenka 1, 2, 3, 4...


11:05, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
bohaterka z dzieciństwa

Znowu będzie o Japonii, bo się tak jakoś rozmarzyłam pod wpływem zdjęć i opowieści Marysi.
Przypomniały mi one o moim wzorcu osobowym z dziecinnych lat. 
Jakoś tak w latach osiemdziesiątych chyba, byłam wtedy bowiem małą dziewczynką, bawiącą się misiami, nadawano w Polsce japoński serial "Oshin". 
Musiało to być gdzieś pomiędzy "W rytmie disco" a "Niewolnicą Isaurą", w okresie przejściowym między telewizorem czarno-białym a kolorowym. Podczas gdy seriale brazylijskie pamiętam jak przez mgłę (nawet dosłownie, bo podczas tego pierwszego nasza TV trochę nawaliła, i mięliśmy dźwięk bez obrazu), to małej, dzielnej Japonki, która od prostej służącej doszła do statusu właścicielki sieci sklepów, nie zapomnę jako żyję.
 Losy Oshin stały się dla mnie i mojej siostrzyczki inspiracją do zmiany stylu życia i zabaw przez całą jesień i zimę. Okres ten bowiem jak żaden inny nadawał się do dogłębnego współodczuwania z biednym japońskim dzieckiem, na które wszyscy krzyczą, popychają do opieki nad dziećmi, zmiany pieluch i prania ich w lodowatym strumyku, które musi się zadowalać porcją głodową ryżu, a jednak, wbrew wszelkim niedogodnościom i przykrościom, ma zawsze pogodne oblicze, życzliwość wobec bliźniego i zapał do nauki. Ania z Zielonego wraz z Polyanną miały przy niej jak w raju. No powiedzcie, jak tu można jej nie podziwiać.
 Szczególnie gdy się jest rozpieszczonym siedmiolatkiem, dowożonym do szkoły autem, na którego zawsze czeka ciepłe śniadanko, obiad i kolacja, ba a nawet ciepły telewizor. Oshin zawróciła nam w głowach całkowicie. Odtąd chciałyśmy być takie jak ona.  Dwa brązowe miśki przywiązywałyśmy sobie zgrabnie szalikami do pleców, kolorowe płachty nieudolnie układałyśmy w kimono a na podwórku szukałyśmy lodowatej wody i naczynia do jej noszenia. Ale to co najbardziej zapadło mi w pamięć, to ryżowe ciasteczka. Nie pamiętam już w jakim to było kontekście, ale wiem na pewno, że biedna Oshin wyrabiała albo i dostawała od kogoś ryżowe ciasteczka. Nie wiem dlaczego, ale był to dla nas najistotniejszy, zaraz po przywiązanych na plecach dzieciach, element jej życia. 
Długo kombinowałyśmy więc jak by tu takie ciasteczka zrobić. Jednym ze sposobów, było lepienie ze śniegu i pozostawianie, żeby zamarzły przez noc i przez to nabrały mocy. Ale jeszcze lepszy pomysł podsunęła nam... kampania buraczana. 
W czasach kiedy jeszcze polskie cukrownie nie stały na granicy bankructwa i wymarcia, a rolnikom żyło się dostatnio, dziadek nasz odstawiał co roku tony buraków cukrowych, po czym dostawał w zamian (oprócz pieniędzy) tony tzw. wysłodków, czyli poszatkowanych drobno buraków bez cukru. Takich wysłodków używało się do skarmiania bydła. Najpierw lądowały one w silosie i kisiły się chwilkę. A jeszcze wcześniej stały sobie koło tego silosu na przyczepie i zachęcająco parowały na mrozie (dostawało się je ciepłe).
 I tu nas olśniło, białe, ciepłe, całkiem pachnące (burakami) i wygląda jak ryż! Tylko tego nam było trzeba, tup, tup, tup, w tajemnicy przed dziadkiem (miało się ten respekt) wspinałyśmy się na paluszkach (na przyczepę włazić nie było wolno) i wykradałyśmy te wysłodki, by później za pomocą wody i mrozu formować z nich najprawdziwsze ryżowe ciasteczka. A jak dziadek trochę pomarudził (znowu te dziecioki wysłodków naroznosiły po podwórzu), to jeszcze bardziej było warto. Dawało to słodką satysfakcję bycia jak Oshin, wbrew całemu brutalnemu światu dorosłych, zawsze dzielną, zaradną i uśmiechniętą.
17:16, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009
buenos dias święty Mikołaju!
Co roku zaszczyca nas swoim przyjazdem. Na statku-parowcu pokonuje mile morskie dzielące nas od Hiszpanii, zabiera ze sobą gromadę czarnych jak smoła niewolników, laskę, konia i wory prezentów. Nie wiemy dlaczego z uporem co roku wybiera właśnie ten maleńki i skromny kraj. Może ze względu na sentyment do wiatraków, które, jako ziomek Don Kichota, uważa za niezbędny element krajobrazu. Może ze względu na uwodnienie terenu, w jakim bowiem innym kraju (oprócz Japonii i Filipin), mógłby tak swobodnie przemieszczać się drogą wodną? Może ze względu na ogólną tolerancję i brak rasizmu, gdzie indziej bowiem może oskarżony zostałby o wspieranie systemu niewolnictwa, a jego drużyna pobita w ciemnej uliczce przez gromadę skinheadów? 
W świetle powyższych argumentów, Holandia jawi się dla hiszpańskiego świętego miejscem idealnym. I wszyscy go tu kochają, miłością pełną respektu i nadziei (na peppernoty).
W tym roku przybył oficjalnie do Schiedamu. I choć pogubił się trochę w sieci miejskich kanałów (za wszystko w końcu oberwało się niewolnikowi), a pani burmistrz prawie dostała zawału na widok jego braku przed ratuszem, to wreszcie udało mu się dosiąść rączego rumaka (Amerigo) i z wielka pompą ukazać się zebranemu tłumowi. Dzieciątka śpiewają mu skoczne piosenki, pokrzykują głośno w stronę niewolników (Piiiiiiit! Piiiiiiit), i wyciągają zmarznięte łapki po pepernoty i kruidennoty (rodzaj piernikowych ciasteczek).

Właśnie w telewizji śledzimy istny zamach stanu porównywalny z sukcesem Baraka Obamy. Otóż pod chwilową nieobecność Mikołaja w sali tronowej, miejsce na ozdobnym krześle zajął jeden z niewolników i próbuje przekonać zebraną tłuszcze, że to on jest nowym wcieleniem Świętego. Długo to mu się jednak nie udaje, w końcu to nie jakaś tam hameryka (choć koń Amerigo), żeby nam się hierarchia mieszała i rasy zamieniały miejscami. 

O właśnie wrócił Mikołaj ochrzanił bezczelnego Pieta i odebrał mu tron. O właśnie, tak ma być. Z radości rozdzwoniły się dzwony w pobliskiej katedrze, dzieci tańczą makarenę, a hiszpański Święty nienaganną holenderszczyzną ogłasza: " Od jutra możecie wystawiać buty!". Hura! Hura! Hura! Co za dzień!

To były moje wrażenia z przybycia Świętego Mikołaja do Schiedamu. No a teraz muszę się już zacząć dobrze zachowywać i wyczyścić obuwie.





13:26, aniafin
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 listopada 2009
na japoński rynek

Wiemy już, że Japończycy lubią ciekawe wynalazki. Przez ostanie dni dzięki Marysi zachwycaliśmy się do bólu kibelkami wyposażonymi z elektroniczne gadżety, które nie tylko podgrzeją ci pupę i zagłuszą wiatry, ale także zanalizują twój mocz (precz z testami ciążowymi!) i kto wie, może nawet zmierzą ciśnienie?

Przygotowana duchowo na podobne rewelacje, nie zdziwiłam się absolutnie w obliczu prezentacji tej oto odjazdowej  triumfującej bielizny. Oprócz oparcia i seksapilu zapewnia ona dostęp do twojego ulubionego (no niech ktoś zaprzeczy) sportu, gdziekolwiek jesteś. Czekasz na spóźniający się samolot, w kolejce po szczepienie na grypę czy choćby masz wolną chwilkę w labie zanim twój żel się rozwinie?  Nie ma sprawy, wystarczy odpiąć parę haftek, dać biustowi moment luzu, rozwinąć dywanik, wyciągnąć z kieszonki piłeczkę a z wózka odpowiedniego rozmiaru kij golfowy i gotowe. Do bólu możesz teraz ćwiczyć eleganckie uderzenia, a może nawet zaproponować innym pasażerom, pacjentom, kolegom miłą partyjkę golfa.

Mam nadzieję, że Marysia przywiezie nam parę sztuk, już się nie mogę doczekać...


08:42, aniafin
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 listopada 2009
uszi
Naczytałam się Marysiowych opowieści o Japonii. Ech, ciekawy to kraj ze swoją wysoką techniką (ech te kibelki!), zadziwiającym konfucjańskim honorem, konformizmem i umiłowaniem tradycji, intensywnym trybem życia, w którym znajduje się czas na artystyczne układaniem warzyw w garnku i słynne parzenie herbaty. Mój najintensywniejszy kontakt z tym krajem to wpadanie na tuptające grupki zdominowane przez starszawe i malusieńkie Japonki na szwajcarskich ścieżkach, rozmawiające ze sobą bardzo dynamicznie i przeważnie uśmiechnięte. Zdecydowanie budzą sympatię. 
A tak na holenderskiej ziemi Wendy van Dijk wciela się w postać japońskiej dziennikarki Ushi i wkręca w ten sposób sławy szołbiznesu w niemałe zakłopotanie i śmiechową histerię:

         


20:02, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 11 listopada 2009
na świętego marcina najlepsza gęsina
a jeszcze lepsze Snikersy. Tak przynajmniej sądzą dzieciaki. Dzisiaj w królewskich niderlandach święto i to wcale nie niepodległości (tfu, do pracy było trzeba). Tutaj w kraju do szpiku chrześcijańskim nie przykłada się wagi wcześniej do jakiś tam haloweenów ani dziś do patriotycznych uniesień. Zamiast tego czci się wielkich świętych z pierwszego wieku naszej ery i pod tym jakże chlubnym płaszczykiem kontynuuje się pogańską tradycję obnoszenia świateł po okolicy połączoną ze śpiewaniem skocznych zwrotek o świętym Marcinie i oczekiwaniem za to wynagrodzenia. Właśnie przetoczyły nam się przez próg gromady dzieciaczków z dyndającymi lampkami. Ciekawe dlaczego lampki te były w dużej części oparte na wzorze dyni i nietoperza?  To chyba tylko święty Marcin wiedzieć może. Biedaczysko naburzył się tych pogańskich świątyń i świętych gajów powycinał hektary aby na koniec wrzucono go w jeden worek z jack'o'lantern i pogańskim świętem płodności. Historia i tradycja ci wszystko wciśnie, miłość ci wszystko wybaczy. A na koniec chodzi tylko o naszą tęsknotę za światłem w mrocznym listopadzie i uzupełnianie kalorii przed zimą. Nie trzeba było tak od razu. Nic to, przynajmniej miło mi było (bo chłop się raczej ukrywał) jak mi sympatyczne dzieciaki pod drzwiami piosnki śpiewały i mocno przy tym chichotały, a na koniec grzebały w misce wyławiając swoje ulubione wersje marsopochodnych batoników. Na szczęście coś jeszcze zostało to idę sobie przekąsić.

 


(zdjęcie zapożyczone z sieci: xpdigital.blogspot.com)
20:35, aniafin
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 listopada 2009
klimaty
Jakieś pięć lat temu szwendaliśmy się romantycznie co niedziela po okolicznych lasach i parku Hoge Veluwe. Jakoś tak wtedy nie przejmowałam się otaczającym krajobrazem (chwilowe zamroczenie umysłu). Za to po latach odgrzebuje stare zdjęcia wykonane wtedy jeszcze klasyczną lustrzanką i oprócz wrażeń artystycznych, przypomina mi się tamten klimat miłych uczuciowych zawirowań i wyjątkowo "słonecznej" jesieni. Niektórzy zakochują się głównie wiosną oraz w maju, mnie bardziej podoba się wersja jesienna. W maju jest już bowiem wystarczająco miło i radośnie. Dopiero gdy nadchodzą chłody i długie wieczory, nie ma jak stan irracjonalnego uniesienia (na przekór zimowej depresji) i ciepła dłoń zamiast rękawiczki. Dla mnie sprawdza się to też przez cały rok, bo jakby na wspomnienie tamtych szalonych jesiennych początków, w każdą jesień i zimę lubimy się najbardziej.
Jesień, jesień ach to ty...





Dzisiejsze impresje nie są może tak romantyczne, ale mają w sobie wystarczająco dużo głębi i jeszcze więcej treści. Życie toczy się zdecydowanie dalej, zwalnia trochę na szczęście i twardo stąpa po dobrej i podniszczonej ziemi. 




19:42, aniafin
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 listopada 2009
deszcz
Kolejny deszczowy tydzień za pasem. Szaruga była na całego, ciemno, mokro, wietrznie, szczególnie rano i wieczorem, kiedy trzeba było się przemieszczać między domem a pracą. Trudne warunki atmosferyczne (oraz zaburzenia równowagi w układzie kierowniczym renówki) sprawiły, że dwa razy, o zgrozo, odstąpiliśmy od szczytnej idei turystyki rowerowej i udaliśmy się do roboty autem. I to akurat w tygodniu, w którym media niderlandzkie postanowiły zachęcać obywateli do tego zdrowego i przyjaznego środowisku sposobu komunikacji.
Też sobie tydzień wybrali swoja drogą. Wadą nie używania rowerów z rana, jest też dłuższy czas potrzebny na obudzenie i wzrastające zużycie marnej kawy z automatu. Codzienne pedałowanie 2x7 km pod górkę poprawia krążenie, przemianę materii i podwyższa poziom endorfin, z radością więc już w piątek przesiedliśmy się na nasze żelazne mustangi. Jedynie ciężki wydaje się moment zamiany cieplutkiego pomieszczenia (w otwartej przestrzeni radixa temperatura dochodzi czasem do 28C!) na ciemne wywiejewo, a raczej sama myśl o tej zamianie. Po pokonaniu pierwszych metrów na rowerze często myślę sobie, hmm nie jest w sumie tak źle. Nawet siąpiący deszcz, który odstręcza najbardziej, gdy jest jeszcze za oknem, już przy bliskiej konfrontacji wydaje się oswojony i niegroźny. 
Las wygląda całkiem czarująco, choć potężne buki straciły już większość liści, a jaskrawy dywan przybladł nieco pod wpływem deszczu i postępującego rozkładu. Co jakiś czas przystaje w duchu zdumiona przed jakimś przyrodniczym dziełem sztuki czy arcydziełem krajobrazu, bogactwem, którego człowiek, przy całej swej ambicji i arogancji, nigdy nie będzie w stanie stworzyć, odtworzyć czy nawet opisać. 
Możemy jedynie i aż, na to wszystko się zapatrzeć, w danym momencie, całym istnieniem, choć na chwilę zaprzestając interpretacji, choć na moment zmieniając świat naszych idei na rzeczywistość. Jednym słowem "zamknij się (skończ z tym wewnętrznym paplaniem) i popatrz", poczuj ten wiatr i deszcz na własnej skórze, poczuj że oddychasz, jakby życie przydarzało ci się po raz pierwszy. 
Za mocno żyjemy we własnej głowie, za słabo w ciele i tym co nas otacza. Dlatego czasem mam ochotę powiedzieć tym wszystkim wymądrzającym się autorytetom, którzy karmią nas codziennie wszelkiego rodzaju ideami i bezwartościową papką informacji (przypadki grypy na świecie, zamachy w afganistanie czy upadek kolejnej firmy) "zamknijcie się i dajcie nam spokój", sami sobie dajcie spokój, spróbujcie żyć, poczuć, odkryć prawdę poza słowami, i dajcie nam szansę odkryć na nasz własny sposób. Nie wkładajcie nam do głów czegoś czego sami nie wiecie, starych prawd w nowym wydaniu, płonnych nadziei na przyszłość, słów bez treści. A jak nadal macie zamiar tracić na to czas, to wasza sprawa, ja się wyłączam z obiegu, a włączam świadomość, wrażliwość i ciszę, bo mam taki wybór, wolny i do wzięcia w każdej chwili. 


15:37, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2009
urok radixa o poranku

W Radixie na trzecim piętrze o ósmej rano zdarza mi się bywać nader często, niekoniecznie zawsze z wolnego wyboru. Ja bym sobie chętnie pospała nawet i do dziewiątej, ale co zrobić, obowiązkowy chłop wygania mnie z wyrka już koło siódmej, każe wsiadać na rower i pędzić co tchu do roboty. Coraz częściej zaczynam zauważać tego uroki. Jakoś tak się składa, że okoliczni naukowcy i szacowni nauczyciele lubią sobie pospać (widocznie nie posiadają nadobowiązkowych chłopów, rannych ptaszków) i nie wyrywają się do nauki o poranku. Ściągają masowo do pracy w okolicach dziewiątej, a studenci to i koło 10, o ile nie muszą jakiegoś seminarium odbębnić.

Nema-przestrzeń pogrążona jest prawie w idealnej ciszy pozwalającej wychwycić szum klimatyzacji, odgłos silniczków pojedyńczych kompów, klikanie Kacpra walczącego z mafią, w dalszej dali buczenie odkurzacza i pokrzykiwanie pań (i panów) sprzątaczek. W środku prawie cisza, a za oknem przestrzeń. Jesienne niebo jest szare i mgliste, przez te mgły przebijają się wyjątkowo kolorowe okazy drzew, parking bardzo powoli zapełnia się pojazdami nieprzyjaciół rowerów, pojedyńcze niespokojne dusze przemykają po ścieżce, campus budzi się do życia.

O właśnie przyszedł Szefu, zaraz potem pojawił się Zgred (ponieważ przybył dziś po ósmej, nie będzie mógł się chwalić), no i się posypało jak z rękawa.  Wyjątkowo wcześnie dziś, bo do dziewiątej jeszcze z kwadransik. Zmuszona byłam wygrzebać parę artykułów i je przed sobą położyć, że niby ciężko tu pracuje, a nie blogi piszę. Jak tylko przechodzą z kubkami kawy to na moim desktopie widzą manuskrypt najnowszego papiera, który z zapałem (rosnącym odwrotnie proporcjonalnie do dystansu od szefa) dopracowuję i uzupełniam.

Nic to że pod spodem mam farmville i blox w stanie obróbki. A zresztą mam na nie logiczne wytłumaczenie. Ostatnio jestem w ostrej fazie pisania i tak jak rzesze innych pisarzy mam prawo do writers-blocków, a nic na to lepszego jak kontakt z naturą (farmville) i pisanie rozrywkowe (tenże blog).

Tym błyskotliwym spotrzeżeniem kończę i udaję się do organizacji genomu ziemniaka. Doprawdy pasjonujące.

08:57, aniafin
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 października 2009
długie zimowe wieczory
Wbrew wszelkim deklaracjom i zarzekaniom ciągle poważnie uzależniona jestem od face-bookowych aplikacji. Dotarło to do mnie najsilniej wczoraj rano, gdy odkryłam, że amerykański bezsens podlegał całonocnej (dla nich) inwentaryzacji, przez co moje wysiłki dostania się na farmę (gdzie krowom już się pewnie mleko leje z wymion, a truskawki uległy szarej pleśni) oraz do restauracji (sernik miał się robić tylko 12 godzin) przez dzień cały okazywały się płonne. Tak logicznie patrząc powinnam się cieszyć i dziękować opatrzności, że podarowała mi dzień bez facebooka, niestety zamiast tej zdrowej reakcji pojawiła się jakaś irytacja, czyli pierwsza oznaka uzależnienia, rozpoznawanego po odstawieniu dragu. Niedobrze. Jakieś dwanaście kroków by się przydało, albo po prostu inne, ciekawsze i wciągające zajęcie. Odkryłam, że sprzątanie oraz pisanie doktoratu do nich nie należy.

Tydzień w robocie upłynął intensywnie, choć nie w kontekście badań naukowych. Nasz drogi genialny kolega i do tego ulubieniec szefa postanowił się wreszcie obronić po 7,5 latach (brakuje mi jeszcze trochę do jego rekordu) i dużo kręciło się wokół tego doniosłego wydarzenia. Cała impreza odbywała się w piątek po południu. Dla niezaznajomionych z procedurą powiem, że obrony doktoratów w Wageningen odbywają się publicznie, zawsze w tej samej i jedynej auli o kształcie kościoła, przed wysoką komisją złożoną z czterech oponentów, jednego promotora, dwóch co-promotorów i rektora magnificusa. Wszyscy są wystrojeni i arcypoważni. Występuje też tzw. pani z laską, która wprowadza i wyprowadza, a na koniec 45-minutowego przepytywania wchodzi, stuka tą laska i wykrzykuje "ora est", co dla broniącego oznacza "uf, nikt cię już nie ma prawa więcej męczyć biedaku". Po 15-minutowej kawie komisja wraca i wręcza dyplom, a promotor głosi peany na cześć. No a potem jest impreza i obowiązkowo należy na nią coś śmiesznego przygotować. Obowiązek ten należy do kolegów bądź przyjaciół świeżo upieczonego doktora. Przygotowują oni zwykle prezentację, skecz, piosenkę lub inne pierdoły, ważne, żeby było śmiesznie i na temat życia doktora. 
Jak w poprzednich kilku przypadkach przygotowanie tych pierdół wzięłam na siebie ja, dyżurny satyryk nematologii. Mam na swoim koncie już z pięć takich imprez i jakoś tak zawsze na początku zgłaszałam się na ochotnika, że ewentualnie mogę pomóc w przygotowaniu power-pointa, na koniec zaś większość roboty i organizacji (łącznie z transportem urządzeń multimedialnych oraz zaprezentowaniem ostatecznym) znajdowała się nagle w moich rękach. W rękach fachowca;).
Z czasem przestało się to wiązać ze stresem i zaczęło przynosić coraz większą satysfakcję. Przygotowanie czegoś takiego dla moich przyjaciół zawsze mi się zresztą podobało. Kocham ten rodzaj procesu twórczego, gdy wyposażona w zbiór zdjęć, historii (tych na szczęście koledzy potrafią dostarczyć) i wizji zasiadam przed pustym slajdami i przy niewielkiej pomocy gimpa dokonuje fotomontaży, nagle do głowy przychodzą zabawne gry słów, komentarze i skojarzenia układają się w historię. Tym razem skorzystałam też z pomocy aktorów;), i tu nagle odkryłam, że przez te pół godziny ustawiania moich kolegów w scenki rodzajowe i robienia serii zdjęć, narodziła się we mnie jakaś taka reżyserska pasja i radość tworzenia. 
W piątek po południu była premiera, stanęłam za barem uzbrojona w makbóka i projektor i zaprezentowałam zgromadzonej gawiedzi swoją wersję życia Erika S. Sukces murowany, publika rozbawiona do łez. Największą satysfakcję sprawił mi jednak widok śmiejących się szczerze i kiwających głowami ze zdziwieniem "skąd tak dobrze znacie naszego syna" rodziców delikwenta. 
Nagle lepiej rozumiem ludzi filmu i teatru, oraz innych twórców i z lekkim zdumieniem zauważam różnice między tym co czuję w akcie tworzenia oraz w obliczu sukcesu swojego dzieła, to pierwsze uczucie ma w sobie znacznie więcej miłości, te drugie znacznie więcej ego.
14:32, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 października 2009
sentymenty

Pamiętam jak dziś, a zdarzyło się to dokładnie pięć lat temu. Tak jak dziś zostałam w pracy po godzinach. Wtedy zdarzało się to często - będąc młodą doktorantką i szczęśliwą singielką- oddawałam się swej  pracy zupełnie, wieczorami nadrabiając zwykle zaspane ranki (następujące po późno zakończonych wieczorach w towarzystwie).

Właśnie w tedy po roku walki o wyniki, wpadałam juz powoli w manię i przerost ambicji, wierząc mocno, że brak szczęścia można nadrobić pracą i uporem (jakże się myliłam), widząc przed oczami duszy wszystkie te odkrycia... Tego dnia z wielkim przejęciem przygotowywałam izolację RNA, a zabieg to delikatny i wrażliwy na czynniki środowiska. Moim materiałem była zaś garstka pokrojonych nicieni (taki nicień ma długość ok pół milimetra, a te moje przekrajałam jeszcze na połówki, to mało tego było), które poświęciły swe krótkie życie pod gilotyną nauki. Na RNA czyhają wszędzie wredne i skuteczne erenazy, należy więc cały sprzęt od nich uwolnić poprzez pieczenie. Wody upiec nie można, a zwłaszcza nagrzać do 160 C, traktuje się ją wybitnie toksyczną dla człowieka substancją DEPC.

 Uzbrojona w fartuch i rękawiczki podbierałam właśnie butelkę z trucizną z cold-roomu, gdy na mojej drodze stanął ... tajemniczy nieznajomy. No może taki tajemniczy to nie on był, widywałam człowieka czasami na korytarzach, wiedziałam mniej więcej z którego jest wydziału, jak masa innych ludzi, niczego szczególnego się nie spodziewałam, ot przechodzi sobie korytarzem. Może do kibelka naszego się przeszedł (chociaż powinien mieć swój na drugim końcu budynku). Może zabłądził, albo chciał przejrzeć pasjonujące postery o taksonomii nicieni (aha).

Ale nie, gościu minę miał nietęgą, tak jakby mu coś na sercu leżało i tak jakoś dziwnie na mnie patrzył. Zignorowałabym faceta i pobiegła dodawać truciznę, ale się odezwał, o matko droga! I to nie wcale z pytaniem, gdzie jest toaleta. Nieszczęsny ten młodzian z obłędem w oczach, zaproponował mi wypicie wspólnej kawy. Rany nieba, teraz? Teraz to się mogę co najwyżej trucizny napić. Coś mi tu nieładnie pachniało. Przedstawił się następnie i zaproszenie swe ponowił, niby taka zwykła kawa, ale kobieca intuicja podpowiadała mi "uważaj dziewczyno, coś się kroi".

Z wyniosłym pobłażaniem zgodziłam się na tą kawę "Jutro po południu będę miała może wolny kwadrans, no a teraz muszę już lecieć..." . Blond-dryblasowi rozjaśniło się to zakłopotane oblicze i z lekkim tylko rozczarowaniem dał się spławić. A mi serce łomotało z przejęcia (nie wiem dlaczego ale od tego momentu to łomotanie zaczęło mi towarzyć stale) i burza sprzecznych myśli krążyła po jeszcze do niedawna jakże niewinnym ;) i naukowym mózgu.

Przez cały wieczór, noc i ranek biłam się z tymi myślami, stawiając przed masą pytań siebie, najlepsze przyjaciółki oraz rodzoną matkę (sie wykosztowałam na telefony), a potem kombinowałam czy i jak się tu od tej "randki" wykręcić, a może gościu po prostu się rozmyśli (no zachęcająca specjalnie to nie byłam) lub zapomni.

Nie zapomniał. Punkt 15:15 (holenderska przerwa kawowa) przylazł z brudnym kubkiem i rozsiadł się wygodnie na jedynym w moim gabinecie krześle dla gości. Odbyliśmy więc uprzejmą konwersację, paplałam prawie wyłącznie ja, bo on się raczył tylko wpatrywać w me obliczę (wtedy zrozumiałam co znaczy określenie "maślane oczy") i błogo uśmiechać. A powietrze napełniało się jakimiś oparami chemicznymi (może jednak chlapnęłam się tym DEPC).

W każdym razie po pierwszej kawie świat mój się troszkę wywrócił, młodzieniec wpadał bowiem odtąd codziennie, znajomość rozciągnęła się poza pracę i dwa  tygodnie później nie bywałam już w moim przytulnym mieszkanku za często.

Nadal nie wiem co stało się tamtego jesiennego wieczoru, widzę za to jego skutki po latach : niderlandzki mąż w delegacji ("grzech to nie jest, ale wstyd "), samochód, domek z ogródkiem (i z wadliwym piecykiem) oraz niedokończony jeszcze doktorat.

Nie zostaje mi nic innego jak popedałowac teraz do naszego przytulnego (no naprawili dziś te ogrzewanie), aczkolwiek pustego obecnie gniazdka i zafundować sobie romantyczny wieczór z makbókiem. Ech, sentymentalna jestem.

19:02, aniafin
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 października 2009
monter
Po licznych dyskusjach z ogrzewaniem oraz z partnerem na odległość doszłam do słusznego wniosku, że to jednak piecyk nawalił, a nie termostat, co może oznaczać brak ciepłej wody, a niech to szlag. Ku wielkiemu zaskoczeniu udało mi się dorwać jakiegoś fachowca przez telefon i tenże, po zdiagnozowaniu awarii, stwierdził, że on to nie da rady, no to jutro wcześnie kogoś przyśle, zanim się hołota rozjedzie do klientów. Jutro wcześnie oznacza zdaje się 7:30, czyli chyba się już dziś wieczorem zrobię na to bóstwo, aby powitać montera (taka gratka się nie trafia często) i mam nadzieję, że będzie przystojny. 
17:30, aniafin
Link Komentarze (2) »
awaria
Grzało, grzało i zdechło. Złośliwa elektronika termostatu nawaliła w wietrzny niedzielny poranek, akurat gdy pan domu przebywa w delegacji, w słonecznej Hiszpanii, jakby tego było mało. Małe, białe, złośliwe urządzonko miga mi napisem Storing (dla zainteresowanych kod tego zaburzenia to 6A) i próbuje przekonać, że jedyna możliwość to zadzwonienie do serwisu. Oderwałam dziadostwo od ściany, to może się przestraszy (czyt. zresetuje), nie pomogło, miga jak migało i utrzymuje, że temperatura jest wciąż 20. Jak jest, jak nie jest? Tak naprawdę, to nie jest jakoś specjalnie zimno, ale na samą sugestywną myśl, że ogrzewanie nie działa, przyniosłam sobie dodatkowy sweter i zaczęły mi kostnieć palce u rąk;). Do czwartku jakoś się wytrzyma, chyba, że pan domu przyśle jakieś intrukcje, np. dokąd bezradna pani domu ma zadzwonić (o ile pamiętam sklep gdzie ta zakała została zakupiona, już się zlikwidował).
Do teścia zadzwonię raczej w ostateczności, bo na mur beton chciałby przyjeżdzać i załatwiać, a ja ma się przecież teraz cieszyć zimną bo zimną, ale wolnością. 
Cieszenie to zaczęło się wczoraj od długich i bezcelowych zakupów (jakoś tak mężczyzna, przy najlepszych nawet chęciach, nie nadaje się do bezcelowego łażenia po sklepach) z niespodziewanie zakupionymi dobrami. 
Tłok był nieziemski i to wszędzie, mimo, że tylko Bijenkorf (było tam doprawdy jak w "Ulu") ogłosił trzydniową (Głupie Dni) wyprzedaż markowych (ale brzydkich) ciuchów. Jakoś tak owczym pędem naród rzucił się też na inne okoliczne sklepy i nie objęte wyprzedażą (ale ładne) ubrania. W ten sposób większość nieuważnych sama nabiła się w butelkę i wsparła odradzającą się jak feniks, ekonomię.
Umocniona na duchu, świętowałam dalej kolacją przy świecach (nie zapalonych), tylko nas dwoje, ja i Makbók, czekolada i piccolinies. Jakoś po dwudziestej dotarło do mnie, że oto tej nocy miał się rostrzygnąć wielki dylemat, mianowicie kto zastąpi zdradziecką blondynę Kathleen, we flamandzkiej formacji K3 (dla zainteresowanych dodam, że Karen i Kristel wybrały sobie Holenderkę!). Co to był za szoł! I jakie fajne piosenki! 
Prawie zostałam fanką, sami zobaczcie, najnowszy ich przebój:



dodam tylko, że dzieciaki je uwielbiają, dorośli pewnie też, ale nikt się dobrowolnie nie przyzna. 

Chyba sobie kupię taką sukienkę.
W obliczu nadchodzącego ochłodzenia nie zostanie mi nic innego, jak tylko zapuszczać sobie K3-piosenki i skakać dla rozgrzewki.
A poniedziałek zadzwonić po montera i zrobić się na bóstwo.
13:39, aniafin
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 września 2009
ciepło i historycznie

Tym razem synoptycy mięli rację, a cała reszta uciechę. Niderlandzkie lasy, ogrody zoologiczne, parki, scieżki rowerowe i wszystkie inne nasłonecznione miejsca dowodziły, że przeludnienie w tym kraju osiagnęło już stan alarmowy. O stanie dróg publicznych nie wspomnę, to już problem tych, którzy dystans dzielący ich od przyrody decydują się pokonać spalinowo, a potem walczyć o miejsca parkingowe. Na szczęscie przez cały ubiegły weekend nie należeliśmy do tej ostatniej kategorii. Ujeżdżaliśmy raczej rowery.

W sobotę rundka po wrzosowiskach i na południe od Arnhem, czyli o jeden most za daleko. Słynny z operacji Market Garden most, widuję nie pierwszy raz, ale tym razem spojrzenie me jest historycznie wzbogacone. Miejscowa telewizja poświęciła ostatnio temu wydarzeniu (z racji 65 rocznicy) dużo uwagi. W poprzedni weekend urządzono nawet coś w rodzaju symulacji i przez trzy godziny zrzucano z samolotów na wrzosowiska dziesiątki spadochroniarzy. Co bardziej wojenno-sentymentalni poprzebierali się w stroje z epoki, odkurzyli wojenne pojazdy, powyciągali akordeony i ruszyli na Veluwe wczuwając się w klimaty tamtego wrześniowego czasu, ciągle pełnego nadziei;). Fajnie było tak sobie obok tych wojennych konwoi na rowerze przejechać i poczuć prawie jak dziewczyna z ruchu oporu. Nie wiem dlaczego, ale pierwsze co mi się jawi na myśl o wojnie, to zjawiskowa dziewczyna w kwiaciastej sukience podążająca na rozklekotanym rowerze w tajemnicznym i na mur beton niebezpiecznym kierunku. Prawie tak się wtedy czułam.

Wczoraj zaś rannym świtem (jak dla nas to jedenasta) popedałowaliśmy do skansenu na północ od Arnhem. Było trochę pod górkę i dodatkowo R. mnie prowokował wypominając brak orientacji przestrzenno-terenowej, ale w ramach dnia dobroci dla męża i w obliczu jesieni, szybko się od-braziłam (potrzebuje go wkrótce do analiz statystycznych, ha ha). W pełnej komitywie dotarliśmy do zatłoczonych już bram Openluchtmuseum i po odstaniu w dwóch kolejkach otworzył się przed nami wypełniony historią park.

Można po nim pospacerować albo pojeździć historycznym tramwajem i pooglądać wnętrza i zewnętrza;) m. in. niderlandzkich: domów, szop, zagród, wiatraków i  baraków dla emigrantów z Moluków a także: piekarni, fabryki masła i serów, pralni, ośrodka zdrowia, sklepu spożywczego i tego z cukierkami.

Zapoznanie się z modą holenderską było dla mnie jeszcze większym objawieniem niż spacer w sobotę po Utrechcie, bo do kozaczków typu Pocahontas noszonym w lipcu na gołe nogi się już dawno przyzwyczaiłam. Okazało się bowiem, że w dawnych czasach urodziwe holenderki nosiły na głowie pod czepkami rodzaj metalowych czółek wystających po obu stronach czoła i zakończonych odblaskowymi blaszkami (albo sprężynkami). No i jak tu nie myśleć, za Sculy i Mulderem, że lud tutejszy nie od małpy pochodzi, ale od Aliena. 

A tak wygląda typowa niderlandzka chata murowana słoma kryta z szopą i zabezpieczonym na zimę stogiem słomy (swoją droga snopowiązałka była raczej nowoczesna) na wypadek dziur w dachu:

Oczywiście Holandia nie może obyć się bez wody i rybołóstwa.  Wioski rybackie, na żywo wciąż dostępne np. w Volendamie (dla wielbicielek Jana Smita) albo w Enkhuizen (dla znajomych Kamili), są doprawdy bardzo malownicze. Woda zawsze chyba dodaje miejscom uroku i dramatyzmu.

 
Jeden z maleńkich domków wyglądał trochę niestabilnie (czyżby rekonstrukcja się nie powiodła), może z powodu wiatrów i sztormów dotykająch ten kraj regularnie.
Ponieważ holendrzy obecnie raczej słyną z wysokiego wzrostu, zastanowił mnie fakt, że w większości tych starych domów drzwi i pułapy były bardzo niskie, łóżka krótkie a krzesła niskie. R. musiał się wszędzie schylać i przykurczać, żeby nie zarobić z łep, mi nawet wydawało się wszędzie ciasno. Czyżby naród wydłużył się wraz z postępem cywilizacyjnym? a częste powodzie posłuzyły jako naturalna selekcja? Odłóżmy na bok podobne bezowocne rozmyślania aby podziwiać perełkę holenderskiej architektury dawnej:
Teraz na szczęście przyjechali tu polscy budowlańcy i nowe domy wygladają już bardziej symetrycznie. Tubylcy zaś moga do woli oddawać się tradycyjnym i ekskluzywnym zajęciom takim jak naprawa sieci rybackich, wyplatanie lin i koszy, kowalstwo użytkowe.

Wszystkie te cuda (oraz wiele innych) można zobaczyć przez prawie okrąglótki rok w pewnym lesie na północ od Arnhem (niedaleko jest też zoo dla naszych milusińskich oraz moich tesciów jak mnie poznali i musięli ochłonąć z wrażenia). Zimą będzie tam nawet śnieg (folder obiecuje) i niderlandzkie pączki (popularne przed Nowym Rokiem), nie na darmo noszące miano "oliebollen" (w dowolnym tłumaczeniu - tłuste kule). Odwiedźcie kiedyś koniecznie Openluchtmuseum w Arnhem, po upewnieniu się co do pogody, bo warto.
13:07, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 września 2009
jesień, idzie jesień
Wraz z nadchodzącą jesienią (niby już nadeszła, ale się nie zatrzymała) zwiększa mi się poczucie estetyki, nadwątlone przez lato. Lato jest dobre, bo ciepłe i beztroskie, ale wszystko się latem trochę rozmywa i robi wyblakłe, zanika kontrast między nocą i dniem, między drzewami i trawą, między niebem a wodą.
 Dopiero jesień zaczyna dodawać światu głębi. Coraz rzadziej występujące ciepło sprawia, że cenię słońce, czuję prawie kocią przyjemność gdy jego oddech zatrzyma się na moich plecach. Zapach przemijających liści, a właściwie garbników z tychże liści, nie wiedzieć czemu nastraja mnie uroczyście i sprawia przyjemność. Na punkcie porannych mgieł nisko wiszących w zagłębieniach terenu to już zupełnie tracę głowę, szczęka mi opada z zachwytu i serce śpiewa serenady. Tak mi się właśnie robi jesienią, wcale nie smutno, raczej pięknie i refleksyjnie, bardzo ciepło na sercu i podniośle na duszy.
Weekend wygląda bardzo kusząco, zwłaszcza, że w poniedziałek człowiek-pogodynka zagroził pogodą iście holenderską i spadkiem temperatur. Trzeba będzie zaraz odciągnąć R. od komputera (o ile się nie przykuł łańcuchem do tej swojej Javy nie snu) i zarządzić wycieczkę rowerową, wcale nie do Ikei. Jak dobrze pójdzie na jutrzejsze popołudnie mam już obiecane Openluchtmuseum (tyle lat już tu jestem, a jeszcze nie trafiłam do tej, bądź co bądź, lokalnej atrakcji), nawdycham się do woli jesiennych klimatów i duchów przeszłosci. 
W takie dni jak dziś, wcale nie tęsknie za Farmvillem (w pracy już zupełnie tego nie tknęłam, no ale dziś rano "musiałam" zebrać bawełnę, sami rozumiecie), szukam za to inspirujących blogów i rękodzieł. Dzięki internetowi dostęp do ludzkiego potencjału twórczego mam prawie niezgłębiony i co jakiś czas jestem pod bardzo głębokim wrażeniem.
A z rzeczy praktycznych: zaczął się nam sezon grzewczy!, pan od piecyków gazowych wczoraj zdziałał cuda i wróciła do nas ciepła woda pod porządnym ciśnieniem. R. w ramach testu uruchomił dziś też ogrzewanie. Pora najwyższa, wszakże temperatura spadała tu w dzień do jakiś osiemnastu (brrrrr, jak ja cierpię jak jest zimno),a wilgoć nam wzrosła do 74% i moje ostentacyjne przykrywanie się kocem na kanapie zmiękczyło by serce każdego twardziela.
Kupiliśmy wreszcie krzesła (po blisko roku poszukiwań i licznych siadań) w kolorze jesiennego rudego pomarańczu (no właśnie do mnie dotarło dlaczego wybrałam ten kolor), dowiozą z listopadzie. Osiem tygodni to iście holenderski czas oczekiwania na meble, jeśli nie kupuje się ich w ikei. Sklepy meblowe uczą nas widocznie cierpliwości w konsumpcjoniźmie, o ile taka jest możliwa. 
Dobra, dobra, biegnę już sprawdzić te słońce w ogrodzie, czy zrobiło już dobrze winogronom (obrodziły nam w tym roku wyjątkowo) oraz zbyt późnym pomidorom i ostatnim najsłodszym truskawkom.
Miłego dnia, niech jesień będzie z wami.

12:35, aniafin
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 września 2009
piątek w radixie po sezonie

Odkąd w domu przerzuciłam się na macjabłko ;) dołączając przy tym do coraz mniej ścisłej elity i wiernego fanklubu (moi koledzy godzinami potrafią bowiem wychwalać zalety tego cudownego sprzętu i wbudowanego weń śnieżnego lamparta) , całkowicie zatracam się wieczorami w internecie i temu podobnych rozrywkach.

 Miesiąc temu, gdy jeszcze mój stary i wytarty, stacjonarny pecet stał sobie w pracowni na górze, przez co tracił na dostępności, bo trzeba było się na tą górę specjalnie po to wdrapać, czas mój poświęcałam książkom, przyrodzie w ogródku, ręcznym robótkom, rozkoszom podniebienia i po prostu byciu sobie po cichu. Mowy nie było o jakimś tam okropnym facebook'u, naszym-śledziku i co tam tylko internet na mózg przyniesie ( no przynajmniej nie tak często , powiedzmy dwa razy w tygodniu i to zwykle w weekendy). No a teraz klops z musztardą, wpadłam w pełne uzależnienie i to od czego. Mianowicie od Farmville i Yoville, tak ze wstydem powiem, i po plecach się ubiczuje cienkim kabelkiem do makowego zasilania. No kurde, nie rozumiem tego, śmiałam się całymi miesiącami z kumpli że w MafiaWars klikają i to w pracy.

A tymczasem ja klikam w drzewa, owce, piekarniki, automaty do gry, mieszkania sasiadów i to nie tylko w domu, wieczorami. W pracy jest jeszcze gorzej, dobrze, że szef jeszcze czasem siedzi za plecami, bo inaczej tragedią by się to skończyło jakąś. Siedzę sobie na przykład nad artykułem własnym, w którym z zapałem opisuje mrożące krew w żyłach nicieni przygody ejczłana, i co jakiś czas przelatuje mi nad głową myśl " ciekawe czy dojrzały już te wiśnie" albo równie atrakcyjne "mam nadzieję, że te ciastka się jeszcze nie spaliły' i co? - zanim  ją zauważę i odgonię ze wstrętem - "klik""klik""klik" "harvest" "clean oven" "collect trufles" - o matko moja miła!

Toż to niby nic, dwie minuty na raz, a satysfakcja z zarobionych wirtualnie monet i zdobytych etapów wręcz buduje (aha i jeszcze sąsiadom pomogę, a ci w sumie to w końcu prawdziwi przyjaciele). Nic to, że te dwie minuty zdarzają się z coraz większą częstotliwością i skutecznie dystansują mnie nawet do własnej pracy. Każda myśl o zerwaniu powoduje żal dziwny jakiś (no bo już tyle osiagnęłam, no i co powiedzą znajomi blablabla).

Cholera jasna, ja chyba wpadam w obłęd.Po kilku tygodniach fejsbókowych rozrywek, rozwinęłam szkodliwe automatyczne odruchy i zatraciłam kontrolę oraz świadomość.

Czas na oświadczenie. Zrywam z Farmville oraz także z Yoville. Zaczynam odwyk. R. się udało z Wow, mnie się tez musi udać. Po paru tygodniach odmóżdżyło mnie i tak wyjątkowo. Czas na zmianę. Mózgu, pora się obudzić.

15:16, aniafin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 września 2009
wakacje luksusowe
W pięć kolejnych dni oddaliśmy się w pełni górskim i kurortowym uciechom. Długo by opisywać. Pogoda idealna, pełny wybór szlaków i wyciągów, kolejka górska, która jedzie wewnątrz góry (Zugspitz), aby następnie na nią wjechać (drogo, ale warto),currywurst i golonki na każdym zakręcie, mnóstwo kwiatów, zwierząt i czysta natura skłaniająca do refleksji;).
Pierwszego dnia na pierwszym nieskazitelnym szczycie (Eckbauer, 1236m) zrobiłam moje ulubione zdjęcie - górskie jingjiang - które zawsze mi będzie przypominać moment zachwytu i zarazem poczucia równowagi:


Później schodzilismy z tego Eckbauera pachnącymi łąkami i cienistymi lasami, by w pochodzie turystów dotrzeć do Partnackklamm, wąskiego i wysokiego wąwozu, w którym mimo upału dostaje się gęsiej skórki, zwłaszcza jak się człek przeciska przez mroczne korytarze i śliskie galeryjki, a kaskady rzeki wprost ogłuszają.

Z wrażenia aż musięliśmy się potem szybko posilić ogromnymi porcjami currywurstu i frytek popijająć półliterkiem apfelschorl'a.
Później poszło gładko, co dzień nowy szczyt (oczywiście za pomocą kolei), wędrówki do upadłego, wieczory bez ducha na kanapie, golonka.
Żyć nie umierać, piwo, góry i śpiew.


19:49, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2009
w stronę luksusu
Ostatnia noc na kempingu była mokra i zimna. Taki sam był następny ranek. A sercach naszych trwało postanowienie, żeby zamienić te urocze miejsce i sposób przetrwania na choćby odrobinę luksusu. Pakowaliśmy na mokro, przydało nam się bardzo zadaszenie i staraliśmy się osuszyć sprzęt jak się tylko da, niestety nieprzerwane siąpienie, mżawienie i lanie z nieba nieustannie przeciwstawiało się wszelkim wysiłkom. Zziębnieci i z lekka wkurzeni wynieśliśmy się z Oberammergau w kierunku zachęcająco wyglądającego w zgromadzonych przez nas folderach Garmisch-Partenkirchen. Byłam absolutnie pewna, że po sezonie szybko znajdziemy niedrogi i przytulny apartament z widokiem na skocznie. W skrócie - nałaziliśmy się jak głupi i przemoczyliśmy (deszcz trzymał się mocno), a schronienia nie było. W oczach utrwalił się obraz czerwonych tabliczek z napisem "belegt", a jak coś wyglądało na "frei" to i tak było w końcu belegt, jak się spytać. Z mocno nadszarpniętymi humorami (zimno i wilgoć bardzo obniżają morale) zrobiliśmy sobie postój w BurgerKingu (king wings i cappucino bardzo  podwyższają morale). Po nieużytecznych radach z informacji turystycznej (znaleźli nam jakieś apartamenty, ale pod jednym z adresów nic nie znaleźliśmy, a drugi dom stał przy ruchliwej trasie), wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy przed siebie, z nadzieją zobaczenia "frei" w jakimś przyjemnym miejscu. Tak trafiliśmy do gasthausu "Antonia" (komfort ferienwohnungen), gdzie urocza właścicielka z sentymentem dla Hollandii ("tak, tak byliśmy z mężem w Niederlande parę razy, w Goudzie, Amsterdamie, Antwerpii";), "najbardziej lubimy te śledzie") zgodziła się nam udostępnić ostatnie wolne mieszkanie po okazyjnej cenie (ale i tak było oczywiście drożej niż zakładaliśmy na początku). Zgodziliśmy się od razu i bez dyskusji. W tamtym momencie zgodzilibyśmy się na każdą cenę;). Nigdy nie zapomnę jak wielką radość sprawiło mi tego wieczoru zwykłe siedzenie na miękkiej kanapie z kubkiem aromatycznej herbaty (Frauen Balance od YogiTee), a później upojna noc na miękkim materacu. No i łazienka oczywiście, tego mi było tylko trzeba. Na kempingu jest super!
12:03, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 września 2009
wesołe jest życie staruszków
 Dwa kolejne dni spędzone przez nas w małej alpejskiej wiosce były za to słoneczne i beztroskie. Nie przemęczyliśmy się, co prawda to prawda, ale czy o to chodzi w wakacjach? Najważniejszy jest spokój i beztroska. Piękne widoki i brak obowiązków. R podszedł do tego właściwie, nie dał się absolutnie namówić na żadne włażenie pod górkę i boczne drogi. Wjeżdżaliśmy na góry wyciągami (taki ławeczkowy, zupełnie otwarty wywołał we mnie dreszcz emocji i nadmiernie często przyglądałam się zawieszeniu, czy aby na pewno wytrzyma) lub kolejkami wagonikowymi. Schodziliśmy utartymi szlakami, takimi co to każdy da radę, nawet matki z dziećmi w wózkach. Nader często zatrzymywaliśmy się przysiadając na przydrożnych ławkach, oczywiście aby podziwiać piękne widoki. I choć średnia wieku na szlaku wahała się w granicach 60-tki, to my, o połowę młodsi, zostawaliśmy w tyle i maszerowaliśmy tak jakoś dziwnie pod prąd. A po jakiś dwóch godzinkach wędrowania parliśmy dzielnie w stronę kempingu, gdzie Mankell i Larsson (coś mamy ostatnio słabość do szwedzkiej literatury współczesnej w wersji niderlandzkiej) już na nas czekali, nęcąco trzepocząc okładkami.
Tutaj nastąpi przerywnik w postaci zdjęcia "Widok z góry":


Na dodatek po upojnych nocach w namiocie o twardym podłożu bolały nas kości, mięśnie i co tam jeszcze. Po dwóch dniach pitraszenia na gazowych palnikach pysznych obiadków (wodnisty makaron, przypalone hamburgery o przedłużonej trwałości, okropnie słone parówki) zażądałam zaprowadzenia do restauracji. Przypadkiem okazała się nią być magiczna restauracja (http://www.zauberstubn.de/Frames/US/Frameset-us.htm), w której Magic Vlado oczarował nas zestawem sztuczek magiczek. Z dużą nieufnością wyjmowałam później portfel i karty płatnicze, no bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy taki Vlado coś zwinie albo zachachmęci.
Kucharz za to przesolił i niedosmażył, ale wszystko skończyło się dobrze (zanim visa nam przyśle kolejny wyciąg). 
No i znowu widok:


Pięknie było i nastrojowo, świeże górskie powietrze, kontakt z naturą nastrajały nas pozytywnie, czasami trochę melancholijnie.



Po wykorzystaniu wszystkich miejscowych wyciągów i z grubsza szlaków, pora nastała by wyruszyć w dalszą podróż.
15:20, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 września 2009
Oberammergau-zwiedzanie czas zacząć
Całonocna burza i niezliczone ulewy (a w namiocie nawet mały deszczyk odbiera się słuchowo jako ulewę) obniżyły zdecydowanie nasze morale. Spaliśmy zatem długo i wystawiliśmy głowy z namiotu dopiero w odpowiedzi na przebłysk słońca. Gruba zasłona chmur i mgieł zaczęła ustępować i śniadanie dało się zjeść po ludzku. Potem znowu zaczęło kropić. Jak troszkę przeleciało, wybraliśmy się na miasto w poszukiwaniu informacji turystycznej i porządnej kawy. Te rozpuszczalne paskudztwo z Lidla nie dało się nazwać szlachetnym mianem. Bawarskie miasteczka są wprost słodkie. Prawie każdy dom, willa czy rezydencja mają na sobie wymalowane sceny z życia świętych, rolników, Jasia i Małgosi, Czerwonego Kapturka, proroków, bajkowych zwierzątek. Można się napatrzeć i nadziwić.

        

 No i prawie z każdego balkonu zwisają kaskady nieskazitelnych pelargonii, surfinii i co tam jeszcze. 


Zafascynowani miejscową architekturą, przyrodą oraz modą

                           
wypiliśmy zasłużoną kawę z ekspresu i zgarnęliśmy parę darmowych broszur z informacji turystycznej, po czym udaliśmy się na zasłużony wypoczynek koło namiotu. Wszak słońce wyszło już na dobre , kości bolały nas po spaniu na twardych matach, książki domagały się czytania, no i mieliśmy przed sobą jeszcze wiele wakacyjnych przygód.
11:48, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2009
Bajkowy zamek króla Ludwika
Dzień drugi wakacji 2009 zaczęliśmy od zjedzenia porządnego śniadania, za takie pieniądze trzeba napełnić żołądki na zapas. Widoki były już piękne, z luksusowego balkonu podziwialiśmy granatowe alpy i chaotyczną grę krowich dzwonków. Szybki oka rzut na mapę (aha, zapomnieliśmy w końcu przewodnika po Niemcach, ale kto by te nudy czytał) zaprowadził nas do Schwangau, bo tam znajduje się cudo niemieckiej architektury ( a nawet dwa cuda, ale stać nas było, czasowo i finansowo, na jedno) - zamek Neuschwanstein. Jeśli ktokolwiek układał kiedyś puzzle, to musi znać ten słynny widoczek białego zamku otoczonego górami (dostępne są wszystkie pory roku). Widać, że młody król Ludwig II Bavarski zainwestował w swój bajkowy pałac dużo czasu i podatków, ale rezultat (nigdy nie ukończony, bo biedaczek Ludwik umarł młodo w tajemniczych okolicznościach - podejrzewamy spisek podatników) zapiera dech w piersiach. Wnętrza inspirowane twórczością Wagnera są tak bogate i misternie wykończone, że wprost głowa boli od przybytku. Sama wycieczka z przewodnikiem odbywa się niestety zbyt ekspresowo (hrabio, korki...) i bez zdjęć :(, ale da się poczuć klimat wagnerowskich dzieł i podzielić królewską pasję dla sztuki romantycznej. Zdecydowanie polecam.
Zdjęć na podobieństwo puzzli zrobić nam się nie udało (potrzebowalibyśmy innej pory dnia oraz samolotu), to było najlepsze, ale trzeba dobrze wysilić wyobraźnię:

 Po bajkowym przystanku w Allgauer Alps, pomknęliśmy ku naszemu przeznaczeniu - Bawarii Wysokiej. Miało być Garmisch-Partenkirchen, ale kemping nas nie zadowolił (jaki tam widok na Zugspitz?, chyba z najbliższego drzewa; najlepsze miejsca wykorzystane przez przyczepy kempingowe; jedyna zaleta - ALDI na przeciwko). Wylądowaliśmy w prześlicznym miasteczku Oberammergau. Tutaj kemping był o niebo lepszy. Dużo przyczep i kamperów, ale z wydzielonym (pustym!) polem namiotowym i widokiem na Kofel (przystojna góra;)). W czasie burz i deszczy, bo tych nam przyroda nie oszczędziła, i nie tylko, mieliśmy do wyłącznej dyspozycji takie oto chatki z duchami i paleniskiem:

Zaraz po rozbiciu obozu rozpętała się górska burza (o akustyce doskonale potęgującej grzmoty) i do rana trwająca ulewa. Od tej pory jak mantrę powtarzaliśmy słowa "na kempingu jest super" i z tym zaklęciem na ustach udało nam się przetrwać aż do soboty (a był wtorek).
16:36, aniafin
Link Dodaj komentarz »
Od gwiazdeczki do Pfronten
Oto wybraliśmy się na wakacje. Żadnych rezerwacji, żadnych sztywnych planów. Jedziemy do Bawarii z kempingowym wyposażeniem, zależnie od pogody decydujemy na miejscu gdzie i jak nocujemy. Ambitna wersja wyjazdu - poniedziałek rano. Niestety, w niedziele po południu, gdy mknęliśmy po auto-drodze, łups, kamyczek w nas walnął i spowodował powstanie małej gwiazdeczki na środku przedniej szyby. A jak każdy, kto ogląda reklamy Carglass'u  (Carglass repareert - Carglass refund) dobrze wie, taka niewinna gwiazdeczka może w każdym momencie skończyć się płaczem i wymianą szyby. Pojechał więc mężu w poniedziałek do serwisu i dał sobie wstrzyknąć w szybę trochę czegoś magicznego, dzięki czemu szyba jak nowa (op de volle sterkte). Koło piętnastej mogliśmy już wyruszać. Po jakiś ośmiu godzinach niemieckiej tułaczki z jednym zabłądzeniem (bo miała być autostrada, a jeszcze jej nie było) zziajani, zmęczeni i uchetani do granic wytrzymałości znaleźliśmy przemiłe bawarskie miasteczko bez kempingu (w każdym razie ciemno było, to nie znaleźliśmy), za to z hotelami pozajmowanymi przez węgierskich turystów. Ostatnie wolne miejsce w hotelu Cristina we Pfronten kosztowało nas tyle, ile tygodniowy postój na polu namiotowym. A miało być tak budżetowo i ekonomicznie. Historia ta powtarza się co roku (we Włoszech i Szwajcarii było dokładnei tak samo), pierwszą noc wakacji spędzamy od lat kilku w za drogim pokoju hotelowym, znalezionym w ostatniej chwili, kiedy nam już wszystko jedno ze zmęczenia. Na drugi dzień zaczynamy zaciskanie pasa.
15:51, aniafin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 lipca 2009
Ogórki

No ładnie, ładnie. Teraz to dopiero widać jak mi opadł wszelki zapał do podtrzymywania tego blogowego obrazu nędzy i rozpaczy. Może powinno się w takich przypadkach zażywać coś w rodzaju literackiej viagry(czytaj: genialne blogi innych istot), albo po prostu nic nie zażywać i dać spokój słowu pisanemu, bo wystarczająco się nacierpi w dzisiejszych czasach.

 Czytam więc ostatnio (głównie znowu przesiadując na ogrodowym krześle, bądź też w samochodzie) to co nie tylko zostało napisane, ale także w jakiś sposób uznane i rozpowszechnione (czytaj: książki). Na okiennym parapecie (bo za mało regałów) zaś czeka jeszcze cały rządek takich przedmiotów rozrywkowych i tym samym nadchodzące miesiące mam zaplanowane ("volle agenda" w moim nowym języku).

Wciągnął mnie ostanio szalenie Mankell, a zwłaszcza Wallander, którego polubiłam od pierwszego opisu, mimo że w " O krok" głownie zajmuje się sikaniem (długo i bezbarwnie) oraz zbijaniem poziomu cukru we krwi (za pomocą hamburgerów i whisky). Przy okazji jednak udaje mu się (niczego tu nie spalam, w kryminałach zawsze się udaje) namierzyć i doprowadzić przed wymiar sprawcę wszystkich kłopotów biednej szwedzkiej policji. Zaczęłam to czytać, gdy mój luby udał się w służbową podróż do Szwecji. Osłodziło mi to samotne chwile i dało do myślenia, czy w świetle szwedzkiego społeczeństwa schodzącego na psy i fali coraz bardziej okrutnych zbrodni, będzie mi dane zobaczyć jeszcze ukochane oblicze i nieuszkodzone ciało. Udało się.

Fascynuje mnie też niezwykle sam język szwedzki (wraz z duńskim), zwłaszcza gdy sobie kiedyś obejrzałam dwa dla mnie kultowe  "As it is in heaven" (szwedzki) i "Adam's apples" (duński), a ostanio jeszcze raz "Siódmą pieczęć" Bergmana, wszystko z holenderskimi napisami ;), przez co zaczęłam trochę (ale tylko trochę) te języki rozumieć. I od razu mi się zamarzyło odwiedzić skandynawię i doświadczyć tej okrutnej i pięknej ziemi, bezlitosnej pogody i przygnębionych (jak Wallander) tubylców. Tak się właśnie zaczynają prawdziwe podróże. No nic, na razie mogę sobie popatrzeć na Sztockholm oczyma męża.

Właśnie rozpadało się u nas i oziębiło, siedzenie w ogrodzie odpada. Pozostają prace domowe, do których się nie garnę, oraz rządek książek. Zaraz po dwóch mankellach połknęłam nową grocholę i nie żałuję. Chyba następny będzie Marquez, bo jeszcze nie znam, a przypadkiem w empiku leżał to wzięłam, cienka książczynka, to dam radę ;).

W pracy zaś sezon ogórków, szefowie wyjechali do Kanady, to mi nikt niepożądany w ekran nie będzie gał wlepiał. Dlatego możliwe jest, że niedługo powrócę.

12:56, aniafin
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5