RSS
czwartek, 18 czerwca 2009
Things I do when I'm not taking care of my blog:

I work in the open-space with boss behind my back, walking by on the most unexpected moments.

I write the pages in the history of plant science and theoretical genetics;)

I sit in the garden and admire beatiful vegetation, wating for a water to move (that would be a sign of Pietje, who is still alive, I strongly believe)

I read and digest what J.Krishnamurti (modern philosopher and spiritual teacher) has written in his life and what is a continous discovery for me.

I cross stich the beautifull picture with boats for my dear husband.

I watch NCIS, CSI, Sterretje gezocht and other bullshit (improving languages and forensic knowledge).

Pretty lot of things,  I have to say.

At least I have shared them with public, so nobody thinks I'm lazy...

08:23, aniafin
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 czerwca 2009
I'm still sleeping
hrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
10:46, aniafin
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 maja 2009
Poprawa widoków

Jeszcze miejsca nie zagrzane, a już dostaliśmy wynochę. Brygada przeprowadzkowa nie życzyła sobie naszej obecności w przestrzeni biurowej, bo podobno kręcimy się i wpadamy pod nogi. Biedni mięśniacy dostają zawałów gdy się im taka czy inna ciemięga pcha pod kółka bądź plącze w okolicach szafek, które trzeba przemodelować. Wczoraj jeden z szefów miał genialny pomysł przeinstalowania półek i wieszaków na hangmapy, zagonił do tego zajęcia biednych i zmęczonych nieróbstwem studentów (choć przekonywałam wiedziona intuicją, że zmiany nie mają sensu), poczym przybyła dziś brygada i skrytykowała techniczne ulepszenia i natychmiast zabrała się do wprowadzania fachowych zmian. Pewnie na koniec wszystko wróci do punktu wyjścia, szkoda czasu i języka nie było co strzępić. Grunt że praca wre, dzielni monterzy chcą nas uchronić przed wypadkami drogowymi lub strzałem ze śrubokrętu w plecy, szefowie kazali sie usunąć z terenu i jedyne miejsce do usunięcia (poza labem i biblioteką, co za bzdury opowiadam) to home sweet home, a raczej gród świeży ogród. Niesamowicie więc zrelaksowana na ogrodowym fotelu z widokiem na staw walczę wewnętrznie między pisaniem arcyciekawego artykułu o ejczłanie a zagłębieniem się w świeżo otrzymaną książkę Jiddu Krishnamuti'ego. Odwieczna walka rozumu z duchem trwa, lepiej zostawię je w spokoju i się zdrzemnę...

14:56, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 13 maja 2009
Widoki na przyszłość

Prawie nam się udało. Przestrzeń robocza została podzielona i wypełniona bałaganem. Biurka przydzielone i wyregulowane za pomocą przygodnych mięśniaków (bo w nauce same cherlaki, a skrócenie biurkowych nóg wymaga samozaparcia). Brakuje nam tylko kompów i tych wszystkich niezbędnych papierów, kto może więc ratuje się prywatnymi laptopami i zasobami pamięci mózgowej, a większość po prostu nie chce (albo i nie może), siedzi tylko lub się snuje i ziewa scenicznie. 

Nasza otwarta przestrzeń jest naprawdę przestrzenna, klaustrofob się nawet nie przyczepi, poza tym jest jeszcze świetlista i jasna. Jasność ta odbija się okrutnie w moim odblaskowym ekranie i świeci mi po oczach od rana, chętniej więc spoglądam za okna (ściany zewnętrzne) i wpadam w zadumę. Bo widoki mamy tu niezłe, pasujące do serca zielonego kampusa w City of Life Sciences, dające poczucie swobody w przestrzeni, a zarazem bycia w centrum wydarzeń. Dobre miejsce do myślenia jak na razie. No chyba, że znudzeni koledzy zakłócają atmosferę samotni na górze za pomocą głośnej wymiany zdań i śmichów-chichów. Od czego jednak nasza otwarta (podobno) kultura, w której zupełnie na miejscu (podobno) jest powiedzenie takiemu jednemu "shut up" i wynocha. Ja na razie obrzuciłam takich jednych kupką inwektyw w myślach i podziałało (nawet bez karcących spojrzeń), poszli sobie w siną dal. Została tutaj jakaś jedna szesnasta. Jedna szesnasta ma zatem dla siebie błogą ciszę i takie oto widoki.

15:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 maja 2009
Veni, vidi, vici...

czyli przybyliśmy, spakowaliśmy i teraz się nudzimy. Jak tu bowiem pracować, skoro narzędzia spakowane. Istnienie podłączonego komputera i prac edytorskich przemilczmy może jeszcze, a nuż się uda trochę zamydlić oczy przełożonym. Kręcimy się więc ochotnie po pustych labach i próbujemy znaleźć sobie bardzo pracochłonne zajęcia w stylu : odkręcania pojemnika na mydło, przenoszenia pojedyńczych butelek z labu do labu i pytania się czy komuś to może jeszcze potrzebne, sprawdzania czy zmywarka już zmyła, ścierania kurzów. Każda fucha jest dobra, ale ciężko będzie w ten sposób przezimować jeszcze całe dwa dni. Najgorsi są studenci, bo oni nie dość, że nie mają co robić (jakoś żaden matoł nie pomyśli o czytaniu pasjonujacych artykułów, albo wkuwaniu do egzaminu), to jeszcze siedzą i marudzą, że się nudzą, albo co najgorsze wyrywają z rąk ostatnie zajęcia na wagę złota. Fuj, pogonić takie towarzystwo na trzy wiatry albo co, ale kurczę pada i żal ich trochę. Zwłaszcza, że większość porządnie skacowana po wczorajszym dniu wolności.

Za kwadransik dam im dobry przykład i zniknę, bo po tak ciężkim dniu muszę się porządnie odstresować, a nie ma jak stara dobra joga i jej karkołomne asany.

Niech moc będzie z wami.

16:00, aniafin
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 maja 2009
Wolność nade wszystko

Dzisiaj zamiast labu mamy labę. Wczoraj około 20:15 skończyłam to całe liczenie wraz z analizą statystyczną i o dziwo, wszystkie moje linie z genem złego robala wyszły mi statycznie różne od kontroli! Toż to cud prawdziwy i to nad Renem. Miła niespodzianka, potwierdzenie hipotezy oraz podpora mojego nowego papieru. Tak też podsumował to szefu "Teraz nadszedł czas, żeby to opisać", mój ostatni eksperyment wygląda naprawdę na ostatni! Wolność!

Laba nasza dzisiejsza wynika z narodowego dnia wyzwolenia. Bevrijdingsdag (w tutejszym dialekcie) jest dla budżetówki i edukacji dniem wolnym. Dla mnie te słowo nabiera dziś całkiem nowego znaczenia, bo oto koniec walki z nicieniami, a w dodatku mąż w delegacji. Hulaj dziewczę, kontroli nie ma, maj zielony, białe kwitną bzy. W wakikiki organizują jak zwykle masę koncertów, nie żebym repertuarem się zachwyciła, ale z ciekawości i poczucia wolności mam ochotę pokręcić się dziś po południu między scenami, rzucić okiem na defiladę, przedeptać piwem płynące uliczki naszej globalnej wioski. I to wszystko w obliczu zagrożenia świńskim wirusem, ale co mi tam, raz się wolność totalną świętuje, dziś idę na całość. Pomacham dziadkom weteranom (czasem trafiają się Polacy), pobujam się z tłumem, wrócę nie za późno, bo jutro znowu kierat i niedola.

13:07, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 maja 2009
Pierdyliony cyst

Dzis to ja mam przechlapane, bo siedzę od rana i liczę robale. W pn wynosimy się na zawsze ze starego budynku i żeby nie targać ze sobą niepotrzebnego tałatajstwa oraz zakończyć eksperymenta szybko i z fasonem, dałam ja sobie dedlajna do końca tygodnia, a po cichu liczyłam, że dziś skończę. Niestety liczę je pod binokularem, co ujemnie wpływa na wzrok cenny i zmuszonam robić sobie przerwy co jakiś czas (dłuższe niż wypada;))

Zajęcie polega na tym, że mam ponad setkę płytek 15x15 z pożywką i rosnącymi na nich ziemniakami. Biedne te roślinki (front wyzwolenia ziemniaka proszę o uwagę) załatwiłam bronią biologiczną czyli wredniastymi robalami typu nicienie mątwiki. Stało sie to jakieś sześć tygodni temu i moi mali obli przyjaciele tak się w swojej stołówce zadomowili, że się natychmiast zaczęli przemieniać w ciężarne baby ( jak im dobrze to zawsze się stają babami), a kilka xxl facetów zostało jedynie użytych rozpustnie i z wyrachowaniem. Ciężarówek jest dużo (ale była zabawa), a ja je muszę dokładnie zliczyć i porównać z kontrolą. Przeciwników GMO powiadomię jeszcze, że ziemniaki też są wredne, bo trans-geniczne (sodoma z gomorą) i mają w sobie geny z robala. Nie pełzają jednak i nie atakują ani rolników, ani  nawet konsumenta, co anty-gmonów trochę rozczaruje. Kiedyś lepiej się postaram, obiecuję. Wtedy ziemniaki będą pełzać po polu w poszukiwaniu optymalnych warunków, a robale zamiast pierdylionów cyst wytwarzać smakowite bulwy. 

Nic to, lepiej lecę liczyć. W środę już pakujemy, w piątek opijamy pakowanie, w poniedziałek zchodzimy z drogi ekipie przeprowadzkowej, a już we wtorek - witamy szkołę "życia", czyli nową siedzibę nauk roślinnych, gdzie płacz i zgrzytanie, albo nowy raj juz na nas czeka.

16:07, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Rano wstań, później letarg.

Powrót do pracy jak zwykle nie jest całkowicie bezbolesny. Jak można się wogóle kiedykolwiek przyzwyczaić do wstawania przed siódmą? Z drugiej strony tak łatwo się jest przyzwyczaić do wstawania po dziesiątej. Ciekawe. I dlatego dzisiaj ziewam dzień cały i obudzić się nie chcę, szczególnie intelektualnie.

A wiosna kusi zapachami i promieniowaniem, termperaturą i śpiewem ptaszyn. Wczoraj jeszcze postanowiliśmy przedłużyć sobie radość istnienia i spędziliśmy dzionek (oczywiście po zwleczeniu się z posłania) w ogrodzie urzadzając staw i trawnik oraz na przechadzkach po Praxis i MediaMarkt.

Święta upłynęły przyjemnie, choć nie bez zmartwień dla całej rodziny. Nasza nowa pociecha rodziny Marysia spędzi swoje pierwsze trzy tygodnie życia w szpitalu, pocięta, pozszywana i na kroplówkach. Jest już o wiele lepiej i mała wyjdzie z tego prawie bez szwanku, ale co sie moja siostra a jej matka nacierpiała to jej. Ciężko jest zakceptować fakt, że po dziewięciu miesiącach bliskości i trudach rodzenia trzeba swój skarb zostawić nagle na pastwę szpitala i nawet odwiedziny są ściśle kontrolowane. Na szczęście mała dochodzi do siebie, ku radości mojej siostry można ją już brać na ręce i przewijać, a może i wkrótce karmić. Co się namartwiliśmy to nasze, choć oczywiście nic nam z tej zgryzoty nie przyszło. Bo ze zgryzoty nigdy nic nie przychodzi (wrzody może), a zamartwianie (słowo dziwnie kojarzy się z zamieraniem, czyli na pewno to nic zdrowego) nie pomaga absolutnie, niespełna rozumu jesteśmy jednak wszyscy i martwimy się pomimo. Wariactwo i koniec świata.

Z  kolei Baśka (siostra Marysi) dostawała rogów (chyba ogólna atmosfera w ten sposób jej się udzieliła) i na przemian dobrze się bawiła. Co do pierwszego to w pierwszy dzień świąt, gdy zniecierpliwieni rodzice próbowali ją poskromić w kościele, dziecko padło w pewnym momencie na kolana i przed połowa kościoła oznajmiło coś w tym rodzaju "Muszę sobie poszukać innego domku, bo moi rodzice już mnie nie kochają". Rodzice się załamali na głos tego wołania i zaczęli zastanawiać gdzie popełnili błąd. Chyba nigdy nie będę wystarczająco świadoma żeby mieć dzieci i hołd składam wszystkim, którzy się na nie decydują.

A najlepsza zabawa przesłodkiej Basi odbywała się w błotnistej kałuży i polegała na skokach tak wysokich, że błoto wlewało się do kaloszek i osadzało na rajstopkach oraz z lekka tylko na nieopodal stojącej ciotce. Tylko ona mogła pozwolić aniołkowi na takie figle i zawrzeć z malcem sztamę, na którą tylko daleko mieszkające ciotki i wujkowie mogą sobie pozwolić. Uwielbiam mieć siostrzenice, chyba je kiedyś do siebie zaproszę (jak juz się wyrzekną starych na dobre;)).

Już za godzinkę koniec zmiany, doczekam jakoś do kolejnej rowerowej przejażdzki, a wieczór spędzę w ogrodzie oraz na dywanie puzlując toskański pejzaż. I może wreszcie wyrwę się z letargu.

15:43, aniafin
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Dzisiaj

No cicho się tu zrobiło ostatnio i nie ukrywam, że to wyłącznie moja odpowiedzialność. Mogę się zasłaniać kupą roboty, ale to tak średnio prawdziwe, bo robota to jest raczej tylko w pracy (a w pracy blogów się nie pisuje). Po pracy mam za to kupę czasu, ale niezmiernie rzadko ostatnio spędzam tę kupę przed komputerem. Po pierwsze wiosna, w ogródku rośnie kwiecie i jeszcze szybciej chwasty, po drugie góra książek i innych materiałów hobbystycznych, po trzecie mąż (odkąd zredukował WoW wymaga dużo uwagi), a na koniec będę winić seriale kryminalne na czele z NCIS, CSI i Bones, od których oboje się uzależniliśmy. 

Ale właśnie mam chwilkę w pracy, bo właśnie dostałam nowego kompa i aktualizuje go z wcześniej uczynionych backupów, co oznacza brak dostępu do wielu danych. No to nie bedę taka i napiszę parę słów o sobie.

Jest dobrze, nie tylko za sprawą wiosny, ale tak wogóle podejście do świata mi się zmienia na lepsze, przy tej samej ilości tzw. problemów i przeszkód  (no cóż nie ma nic bardziej relatywnego;)) oraz roboty (też sobie mozna nawymyślać), udaje mi się nie zwariować i się nie zadręczać, kontrolować stres i frustrację i jeszcze byc w miarę miłą dla ludzi (no to tylko oni mogą ocenić). Rozwiązuje po malutku zawiłości genetyki kartofla, coś tam skrobie w manuskrypcie (jeden papier nam już przyjęli do druku!), robię "ostatnie ekpserymenta" i analizuję duże ilości sekwencji (teraz nawet może większe z takim szybkim kompem).

A wiosna robi swoje i nic jej w tym nie przeszkadza, pąki kasztanowca dostały kopa i rozwijają się  prawie w widocznym gołym okiem tempie, młode owce już nie są takie słodkie, a kosy budzą nas coraz wcześniej upojnym świergoleniem.

W środę udajemy się do ojczyzny i tradycyjną kujawską Wielkanoc spędzimy w Pikutkowie.

Z tej przyczyny ostatni wiosenny singiel mojego poniekąd ulubionego holenderskiego zespołu :

Pozwolę sobie nie przytaczać całego tekstu, tylko refren ( z osobistym tłumaczeniem), ważny w przypadku puenty.

Wat we deden,                                                       Co zrobiliśmy
En wie we zijn geweest,                                            i kim byliśmy
En wie we worden dat zal blijken vroeg of laat,            i kim się staliśmy, okaże się wczesniej czy później
Als je denken wilt aan wat had kunnen zijn,               Jeśli chcesz myśleć o tym co być mogło,                    

dat is oké.                                                              w porządku
Maar denk liever aan vandaag.                                 Ale lepiej myśl o dzisiaj,

Denk liever aan vandaag                                          Myśl o dzisiaj.

No właśnie, nie ważne juz co stało się wczoraj czy tydzień temu, bez sensu gdybać co będzie jutro, wszystko co istnieje to "teraz", i jest dobrze. 

12:00, aniafin
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2009
Praca fizyczna

Ostatnio jest tak, że nie bardzo wiem w co włożyć ręcę (tylko bez głupich skojarzeń), zainwestować cenny czas i energię oraz doprowadzić to do końca. Wszystkim nagle, mam na myśli sytuację czysto zawodową, zaczęło się ostatnio okropnie śpieszyć. W pracy nastał bowiem czas przed-przeprowadzkowy, czyli jak to mówią niektórzy miejscowi panikarze "a time before a BIG MOVE". Wielka przeprowadzka nastąpi około 11 maja. Wtedy to nematologia z całym dobrodziejstwem inwentarza zostanie przeniesiona do brand-nowego budynku o przepięknej nazwie RADIX(-West). Wielki i jedyny dzień, kiedy specjalnie wynajęta ekipa profesjonalistów ma przewieźć wszystkie załadowane uprzednio przez nas robaczki kontenery wraz z lodówkami, zamrażarkami, aparatami pokroju wszelakiego. Wokół tego dnia krążą legendy, o tymże wydarzeniu śnią sny niespokojne nasi wybitni koordynatorzy, o tejże dacie toczą się nieustające dyskusje (zabierające nam czas cenny, potrzebny  na pakowanie) i dywagacje. Wszystkie eksperymenty i analizy można planować tylko do końca kwietnia,a potem? O czasie "po Big Move" , oprócz faktu rozpakowywania kontenerów, nie mówi dziwnie nikt. Czyżby miało go nie być? Ech, pomyślę o tym jutro.

Bo na razie szefostwo z błagalnym uśmiechem zachęca nas, żebyśmy już zaczęli się pakować, sekretarka definitywnie odmawia udzielania urlopów od drugiej połowy kwietnia do połowy maja, nadzorcy naukowi cisną, żeby przeprowadzić ostatnie analizy i eksperymenty, czas cenny upływa na inwentaryzacji, wyrzucaniu, pakowaniu, segregacji, robieniu kopii zapasowych i gadaniu po próżnicy.

Nawet bloga nie ma kiedy pisać, świat się kończy... mam nadzieję, że ten Big Move nie zakończy się Big Boomem, i już w drugiej połowie maja zdam tutaj relację, jak pięknie będzie w naszej nowej open-space w szykownym budynku o szklanych ścianach i po tym, jak wszystko dobrze się skończyło, pojadę na wakacje.

19:41, aniafin
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 lutego 2009
Wbród

Tydzień temu szczęśliwie powróciliśmy z wypadu do Bawarii. Jedno trzeba naturze przyznać: śniegu tam było pod dostatkiem. Powiedziałabym nawet, że w lekkim nadmiarze. Marzyliśmy sobie o tym śniegu juz od dawna, więc grzechem by było narzekać. Kropka.

Jak mówi stare ludowe przysłowie wymyślone chyba przez jednego z naszych pikutkowskich sąsiadów "Czo się chce, to się ma".

A wy, nieszczęśni, właśnie śniegu chcieliście. No to macie.

A jak by wam się marzyło jeszcze trochę, to zawsze możecie liczyć na tzw. wtórne opady, z przydrożnych choinek.

                  

Krótko podsumowując złaziliśmy sobie całą obertsdorfską okolice, brodząc, tarzając się, tonąc, brnąc i taplając we wrzechogarniającym śniegu.

Narty były tylko w planach, a że narciarze z nas niedzielni i po tych pierwszych pieszych wedrówkach w mięśniach i kościach zaczęło dziwnie łamać, w tychże planach też pozostały. Next year maybe.

Adam z drużyną nas zaskoczyli swoją nieobecnością na lotach ( a trzeba było dokładnie w sieci sprawdzić), musięliśmy w zamian kibicować Kazachom, zabawa była przednia, zakrapiana winkiem i szlagierową muzyką. No i Wolfi był tak blisko... Niestety opuszczał skocznie przez wyjście w sektorze dla vipów i w końcu nie zdołałam się tam przedrzeć i zarzucić mu mych ramion na szyję. Next year maybe.

Poza tym pożeraliśmy liczne cuchnące sery, knedle i ziemniaki w kombinacji z licznymi cuchnącymi serami. Resztki tej uczty do tej pory śmierdzą nam przy każdym otwarciu lodówki. Zapach wspomnień.

Kontakt z naturą zawsze działa na mnie budująco, choć dobrych parę dni zajęło mi uwolnienie się od terkotania umysłu i rozważania sytuacji ejczłana (niektórzy wiedzą o co chodzi, więc się nie będe rozpisywać).

Pomogły mi takie o to wrażenia wzrokowe:

Wprawiły w niemy zachwyt i postawiły w stan obecności.

Oglądam je teraz sobie na okrągło, bo szaruga przedwiosenna zaczyna trochę mnie już nużyć. Chociaż przyznaję, że przyrastający dzień i wynurzające się z gruntu przebiśniegi (ciekawe przez co się mają biedaki przebijać) obiecują nadejście zmian.

Byle do marca. Czuj śnieg!

 

12:20, aniafin
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Na spotkanie Adamowi

Nie kwapi się śnieg do człowieka, pokwapić się człowiek sam musi do śniegu. Dlatego postanowiliśmy: jedziemy w góry, piękne, bawarskie, z metrami śniegu i przyzwoitym mrozem.

Decyzja nasza spontaniczna została spowodowana doświadczeniami roku poprzedniego, kiedy to, z góry planowane i wyczekane wakacje "narciarskie" w Karpaczu okazały się śniegową i pogodową klapą. Bawiliśmy się w końcu i tak nieźle, chodząc po oblodzonych szlakach i wcinając kluski śląskie i gofry, no ale narciarstwa to tam za dużo nie było. Dlatego w tym roku inne podejście. Kiedy robi się luźniej w pracy (a przy tym podobno w nema ogrzewanie się popsuło, tak słyszałam), sprawdzamy stan stoków europejskich w kombinacji z pogodą i jedziemy gdzie nas internet zaprowadzi.

Internet zaś przepowiada optymalną kombinacje warunków właśnie w Bawarii i tym kierowani późnym wczorajszym wieczorem znaleźliśmy przytulny apartament w pięknym, mam nadzieję, Oberstdorfie i go sobie wirtualnie zajęliśmy.

Przypadkiem zaś się dowiadujemy, że w tymże samym Oberstdorfie ma się w nadchodzący weekend odbywać nic innego jak tylko konkurs skoków! Czyli Adam leć! Czyli Flying Moustache! I już wyobrażam sobie te niezliczone okazje, by na ulicach i w pubach Oberstdorfu natknąć się przypadkiem na Wolfganga, Mattiego, czy innego Gregora, ach, ach chyba będę na wszelki wypadek R. zostawiać w domu.

Najpierw jednak trzeba się spakować i tam dojechać (około 7 godzin nas dzieli), więc do roboty!

Jak dobrze pójdzie wracamy w Walentynki. Napiszę jak było.

Z narciarskim pozdrowieniem...

10:36, aniafin
Link Komentarze (4) »
czwartek, 05 lutego 2009
No, nie myśl już.

Myślenie abstrakcyjne męczy. Myślenie abstrakcyjne i porozumiewanie się z drugim człowiekiem w tym samym czasie wykańcza. Najbardziej odczuwam to w chwilach takich jak ta, gdy po mózgowo-burzliwej sesji z dwiema szefowymi nad zawiłościami biologii roślinnej, którą usiłujemy uprościć do modeli i reguł, wracam do własnego biurka, opadam na krzesło i próbuję coś konstruktywnego zrobić. Cokolwiek co angażuje myślenie. Nie wiem jak by próbować, nie da rady. Mózg popada w letarg i wydaje się spuchnięty i powolny. Dosłownie tak jakby zaraz głowa miała mi pęknąć.Typowy objaw przedawkowania umysłowego.

Czy jest to wogóle możliwe, żeby za dużo myśleć? Czy jest możliwe, żeby niepotrzebnie myśleć? Czy wbrew dobremu, staremu Kartezjuszowi, który zapewne wpadł na to gdzieś w Holandii, gdy siedział sobie w piekarniku po południu (bo lubił długo spać), możemy istnieć a nie myśleć?

Niektóre źródła podają, że my, ludzie współcześni cierpimy na nadczynność umysłu, że w efekcie tej patologii, to już nie my myślimy, ale jesteśmy niejako we władzy naszych myśli, nie potrafimy się od nich uwolnić, a co najpoważneijsze i nieuniknione, bardzo łatwo nam przychodzi się z nimi identyfikować. Nie umiemy, według tych źródeł, oddzielić bycia od myślenia, i tu robimy błąd. Błąd nieustannego życia w iluzji naszego rozumu, który wychodzi na światło dzienne z targającymi nami emocjami, gdy coś między tą iluzją a rzeczywistością zgrzyta.

 Piszą o tym całe psychologiczne tomy, odnaleźć to można w wielkich religiach i filozofiach tego świata, szczególnie zaś w pismach mistyków i oświeconych. Fascynujące odkrycie istnienia poza rozumem, istnienia niewytłumaczalnego rozumem, osiągalnego już teraz.

Warunek: przestać myśleć, nauczyć się obserwować - bez myślenia, słuchać - bez myślenia, czuć - bez myślenia, być - bez myślenia. Zaczynam się przekonywać na własnej skórze, że tak się po prostu da. Spróbujcie sami. Na początku tylko na chwilę - popatrzcie na drzewo, dziecko lub niebo tak jakbyście widzieli je po raz pierwszy i spróbujcie nie używać przy tym myśli, nie formułować opinii, nie używać wiedzy, tylko patrzeć. Proste, lecz nie łatwe, ale się można nauczyć.

Nadchodzi moment, gdy mogę wreszcie przestać myśleć kiedy chcę i odkryć w swej głębi pokój i radość. Co więcej, mogę przyglądać się własnym myślom i zamiast walczyć z tą czy tamtą, po prostu dać im spokój, przychodzą i odchodzą. Zostaję ja, niezależna obecność i szczęście nie uzależnione od rzeczy zewnętrznych, myśli, opinii innych, oraz pokój który zawsze we mnie był, ale siedział gdzieś tam przywalony myślami.

Nie myślę, więc jestem.

16:30, aniafin
Link Komentarze (3) »
środa, 28 stycznia 2009
Oświadczenie

No i kto by pomyślał, że deszczowe rozważania w kontekście przygód Profesora (ach jakże bliski każdemu naukowcowi i przez niego pożądany to tytuł) Gąbki przyciągną w te strony najlepszych katolików. Zwłaszcza tych, którzy IISW uważają za herezję i szczycą się sztywnym przylgnięciem do tradycji, przeciwników postępu i ewolucji. Niegodnam doprawdy ich tutaj gościć. No i pewnie już nigdy do mnie nie zajrzą, dla własnego dobra.

Jestem bowiem tzw. reprezentantem postępowej nauki, za którą życia w żadnym razie nie oddam oraz zwolennikiem życia duchowego odartego z wszystkiego co nieistotne, co zamyka nas w regułach, obrazach, zajmuje i daje pokarm umysłowi, tak, że zapominamy, że mamy duszę. To nie dla mnie, po trzydziestu latach takiej obrazkowej i przegadanej wiary, nie chcę marnować czasu, który mi został, na bezpłodne dyskusje.

Niechaj najlepsi katolicy głoszą sobie co tam chcą i wykłócają (jeśli sprawia im to przyjemność), który sobór ma rację, ja sądzę, że to nie ma żadnego znaczenia i radzę im,  żeby zamiast myśleć i dyskutować o wieczności i Bogu, po prostu spróbowali tej wieczności i Boga doświadczyć. I życzę im z całego serca, żeby się udało.

12:15, aniafin
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 stycznia 2009
Kraina deszczowców.
Karramba! - jakby to powiedział tajemniczy Don Pedro (na zdjęciu z lewej)- znowu się rozpadało.



Czarne chmury  - że tak powiem, parafrazując półkownika Dowgirda, - nad naszą monarchią. A z tych chmur wydobywa się juz od jakiejś doby, a to  mżawka, a to znów ulewa, czasem nieśmiałe pokapywanie,a zaraz potem rzęsisty prysznic. Na równiusieńkich przecież drogach tworzą się kałuże-gigantki, a ścieżki rowerowe, gdyby były swoimi własnym negatywami, zamieniły by się w rwące potoki.
 Po tych niedoszłych potokach, szczelnie zamknięta w portkach przeciwdeszczowych z Action'a (tutejszej kopalni skarbów), kurtce narciarskiej i górskich buciorach przypedałowałam do pracy ja, niezmordowany człowiek nauki.
Tak zabezpieczona jednostka nie boi się bowiem niczego. Powiem więcej, dziecinną wprost radość czerpie z wjeżdżania w najgłębsze kałuże i rozbryzgiwania ich na wszystkie strony, a szczególnie na młodzież szkolną, jadącą całą szerokością ścieżki z przeciwka.
Deszcz jest piękny jeśli się da mu szansę, las w deszczu z oparami mgły wygląda wprost magicznie. To prawda w środku szarego miasta to naturalne zjawisko traci trochę na urodzie, ale co mi tam, i tak będę je lubić, bo dziś pośrodku szarugi zimowej postanawiam sobie: kończę z wszelkim narzekaniem i negatywami.
Każda chwila ma w sobie o wiele więcej niż zwykliśmy zauważać, jeśli tylko zdecydujemy się być w niej obecni, całym ciałem i duszą, myślenie o przeszłości i przyszłości ograniczając do minimum, bo obie już, albo jeszcze nie istnieją.
 Wszystko, co mam, jest teraz. Wszystko, co jest teraz, jest dobre.

11:43, aniafin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Człowieku, nie dołuj się!

No i czego się to dzisiaj my poniekąd naukowcy dowiadujemy? A tego, że jakiś nasz kolega po fachu (Cliff Arnall mianowicie, brytyjski gentleman zapewne) obliczył, że to właśnie na dziś przypada "Najbardziej Dołujący Dzień w Roku". Acha! Jakaż to ulga, nie uważacie?

 Wreszcie wszelki pojawiający się zły humor, zniechęcenie końcem weekendu i perspektywą pięciodniowego kieratu na ugorze możemy sobie po prostu wytłumaczyć naukowo! I nie obwiniać za to nikogo, a zwłaszcza siebie. Jedynie matematykę (bo jest na to wzór) i statystykę i jednego takiego kolegę niejako po fachu.

Ciekawam, ile ludzi na całym świecie uwierzyło w tę magiczną formułę, a raczej jej wynik i jak dodatnie wpłynie to dzisiaj na całą światową ekonomię przemysłu rozrywkowego, cukierniczego i może nawet tfu erotycznego, W czasach depresyjnej zarazy należy się bowiem do upadłego wprost ... pocieszać i w żadnym przypadku nie zadręczać obowiązkami, stresami, niedokończonymi doktoratami, upadkiem rynku pracy.

Pocieszajmy się bracia. Dzień wielkiej depresji nadszedł ( w kraju wiatraków poglębiany ukształtowaniem geologicznym), nie może być już gorzej. Wolność, radość i braterstwo w depresji. Tego nam dziś potrzeba.

Zapalcie wszystkie źródła światła, do łapy wsadźcie kubek z gorącym kakałkiem, na uszy słuchawki z kubańską muzyką, do paszczęki wetknijcie kawał wedlowskiej czekolady, mózgowi dajcie wolne, wejdźcie w kontakt z wewnętrznym istnieniem, które nie wie co to problemy i po prostu żyjcie, wbrew depresji.

A obiecuję wam, że zgodnie z formułą: O + (N xS) + Cpm/T + He , doczekacie "Najszczęśliwszego Dnia w Roku", który jest już w czerwcu, ale to jeszcze niespodzianka...

10:05, aniafin
Link Komentarze (11) »
piątek, 16 stycznia 2009
W praco-pracy

Ostatnio moja kariera zostaje podzielona, między praco-pracę a domo-pracę.

W praco-pracy zwykle dłubie coś w labie (za pomocą enzymów i polimeraz), czasem jakieś analizy sekwencji sobie na kompie robię (bo na tym jeszcze udaje mi się tam skupić) i oczywiście piję kawę w ciekawym towarzystwie. Zwykle jem też lunch'e w tymże samym ciekawym towarzystwie.

Nasze rozmowy toczą się wokół różnic kulturowych i językowych, ciekawostek kulinarnych, wyznań wiary (np. Flying Spagetti Monster) i remontów mieszkaniowych. Czasem wokół nauki, ale nie jest to najgorętszy temat, wierzcie mi. Zwykle na takich kawach/lunchach schodzi nam dłużej niż na pracy i nagle zrywamy się w popłochu ( i z głębokim poczuciem winy, przynajmniej z mojej strony), żeby w przyśpieszonym tempie zadbać o nasze projekty/doktoraty/magisterki, a rozmowy kończą się i tak, tyle że między trawieniem a PCR lub między transformacją a westernem (bardzo błędo-generująca atmosfera) i przy dźwiękach alternatywnych stacji radiowych. Czyli jest cool, ale za dużo to tam nie pracujemy.

Przynajmniej na mój gust. Może się mylę i pracujemy wystarczająco, a stres i spełnienie ambicji to po prostu kolejny neurotyczny wymysł cywilizacji?

11:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
Hej ho, hej ho...w domo-pracy
Siedzimy w domu ja i ciężki zamiar pisania. Zamiar fajny jest, ale trudno z nim współpracować. Manuskrypt z poprawkami otwarty leży już od rana. Jego autorka za to odbyła półgodzinny spacer do praktyki lekarskiej (żeby się dać zapisać), następnie otworzyła i poczytała wszystkie interesujące blogi i inne strony,potem zaś zagłębiła się w lekturze dzieła Eckhart'a Tolle "The Power of Now", poćwiczyła jogę i medytację, wstawiła pranie, skomentowała znajomy blog i znalazła gdzieś cytat:
"Regret for wasted time is more wasted time".
Niczego więc ona nie żałuję, rozdział do doktoratu napisze bowiem już wkrótce mimochodem i bez bólu.
 
11:35, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 14 stycznia 2009
Taka sobie codzienność

Zima odeszła jak cudowny i zaraz potem niewierny kochanek. Pojawi się, w głowie zamąci, na tydzień napełni achami i wzniosłymi przeżyciami, a następnie zniknie jak gdyby nigdy go tutaj nie było, ten wstrętny zim. Od miłości zatem do pogardy. Przez szarą słotę, którą to nazywają typową holenderską pogodą do nikłej obietnicy wiosny, która przyjdzie na jakiś tydzień i to pewnie w maju. Wszystkie nasze rozmowy toczą sie wokół tej katastrofy.

A przecież wszystko przemija, niczego nie można zatrzymać, a my ludzie czepiamy się jak rzepy tego co (w naszych oczach) atrakcyjne i miłe. A zaraz potem zaczynamy się bać, że to stracimy. A jak stracimy, to wzdychamy ze smutkiem, za tym co odeszło. Jesteśmy strasznymi neurotykami. Nieszczęśliwymi wariatami w zamkniętym oddziale naszych uwarunkowań.

Na wszystko mamy definicje i określenia, pojęcia, które karmią ego, ale zabijają wrażliwość i radość.

Jest we mnie niesamowita tęsknota za świadomością, za brakiem tego wymądrzającego się ego, za tu i teraz, za widzeniem bez okularów, za prawdą i obecnością.

Byle tylko odpadło w końcu to co nie potrzebne i taka sobie codzienność wystarczyła.

12:23, aniafin
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 stycznia 2009
Huhu ha zima zła:) - z łyżwami za pan brat

Odkąd sięgam pamięcią tak zimno jeszcze tutaj nie było!

Najstarsi tubylcy też sięgają do wspomnień przechowywanych w mózgowych działach i twierdzą, że ostatnio tak zmroziło ich z 10 lat temu. Tak dawno temu mogli sobie pojeździć na łyżwach na naturalnie zamarzniętych zbiornikach i kanałach, względem czego sentyment tutaj ogromny. Kraj tulipanów jest zagłębiem rekreacyjnego (i nie tylko) łyżwiarstwa. W końcu wody tu mnóstwo, a górek mało, wymarzone warunki. Ale tylko gdy temperatura spadnie na parę dni grubo poniżej zera. Fenomen niespotykany, a jakże przez wszystkich pożądany.

Jeszcze starsi tubylcy płaczą za tzw. Elfstedentocht czyli Wyścigiem Jedenastu Miast. Pierwszy taki wyścig odbył się za panowania królowej Wilhelminy (1909) a ostatni całe 12 lat temu (czyli już za Beatrix). Zabawa polega na jak najszybszym pokonaniu 200 kilometrowego kanałowego dystansu między 11 miastamy Fryzji począwszy od Leeuwarden i tam skończywszy (czyli taka większa pętla). Udział biorą profesjonaliści i laicy, duzi i mali, twardziele i twardziele. Zabawa na całego. Co poniektórzy sobie to i owo odmrażają, wielu błądzi w ciemnościach. Ale duch w narodzie nie ginie.

 A tu co? Ocieplenie klimatu! I przez 12 lat tylko lekkie mrozy i zero szans na 15 cm taflę lodu. Dramat, łzy, sentymenty i marzenia.

I wreszcie jest, wyśniony i wymarzony, od lat wyczekiwany Mróz. Naturalne lodowiska wyrastają jak sople po słonecznym i mroźnym dniu. Elfsteden-maniacy zacierają błogo zmarznięte dłonie i ostrzą sprzęta. Ale będzie jazda!

W takich chwilach żałuję trochę, że nigdy nie nauczyłam się pożądnie jeździć na łyżwach (oraz pływać, bo to też czasem pomaga). Raz tylko namówiona przez paczkę od Dominikanów udałam się na Torwar z mocnym postanowieniem poprawy. Z derminacją, obijając się od bandy do bandy, tłukąc niemiłosiernie tyłek, biodra, kolana i łokcie, przez 1,5 godziny opanowałam podstawy i w momencie gdy moi znajomi wywijali piruety i jeździli tyłem, ja z dumą dokonywałam prawie całych okrążeń...eh Leczyłam potem te stłuczenia tygodniami, bolało ciało, radowała się dusza...

Drugi raz zaliczyłam jakieś sztuczne ustrojstwo w Nijmegen ku zaskoczeniu zauważając, że nabyte umiejętności (także do tłuczenia tyłka) jakoś tak mi zostały. No ale wstęp na naturalne lodowisko, bez band i podpór to krok poważny i wymagający przemyślenia albo nagłej i spontanicznej decyzji.

Kto wie jak tak dłużej nam pomrozi (tej nocy -15 było !), to kupuję łyżwy i raz kozie śmierć. W końcu muszę się integrować z tymi jak im tam allochtonami...

08:13, aniafin
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Zjesz pieroga, a potem będzie jeszcze lepiej!

Basia jest w siódmym niebie. Przyjechała ciotka z zagranicy. Towar ;) nowy, wypoczęty i niewyeksploatowany, zawsze chętny do gonitwy wokół domu, nieodmawiający zabawy (no bo widzą się zaledwie pare razy w roku) i zakochany w małym aniołku.

Słowem despotyzm dwulatka czas zacząć!

"Ciocia, idziemy się pobawić!" 

Plac zabaw znajduje się u babci w pokoju, oprócz babcinego łóżka, jestsię tam podłoga wysłana kocami i dywanami, stos pluszowo-gumowo-papierowo-plastikowy, stos poduszkowy, biurko z cudami techniki (teren zakazany i nieodmiennie pożądany) oraz chałupa. Chałupa to kolorowy płócienny domek typu namiot rozpięty na plastikowej konstrukcji, popularny do zabaw w domu i ogrodzie, odziedziczony po ciotkach. Ma piękny czerwony dach (z dachówkami), żółte ściany, firankowe okna i zielone drzwi.

"Ciocia, teraz będziemy się chować w chałupie!"

Bardzo chcąc (nie chcąc) stara ciotka ładuje swój tyłeczek do chatki i czeka na dalsze wytyczne"

"A teraz stawiamy chałupę na łóżku!"

"Basiu, ale jak to, chałupę na łóżku? Przecież to łóżko babci!"

"Ale moja chałupa!"

W związku z powyższym targa Ciotka  rozpadającą się chałupę na łóżko swej własnej matuli i dokonuje niezbędnych napraw.

"A teraz chowamy się w chałupie!"

To już przerabialiśmy, idzie jak z płatka.

"Ciociu, a teraz ty tu się będziesz chować, a ja idę do babci i przyniosę nam lody"

"Ależ Basiu...."

Scena w kuchni. Babci nie ma, ale za to ciocia pilnuje domowego ogniska.

"Ciocia, są lody?"

"Nie Basiu, nie ma lodów, zresztą zima teraz i ..."

"Lodów nie ma, ale przecież jest serek!" - oblicze pociechy rozjaśnia się nawet bardziej i za chwilę w plasterkiem serka topionego firmy Hochland udaje się na plac uciech.

" Ciocia, lodów nie było, ale był serek! To ty teraz zjesz serek, a ja ci przyniosę pieroga!"

W głowie ciotki w połowie zajętej przeżuwaniem serka topionego pojawia się straszna wizja pieroga. Miękkiego, ociekające tłuszczem, skapującego na dywany, koce, poduszeczki, śliczną różową sukieneczkę małej księżniczki a zaraz potem za własną świąteczną śnieżnobiałą bluzeczkę...

"Ależ Basiu, proszę, nie przynoś mi pieroga, nie lubię pierogów, a poza tym się pobrudzisz i dopiero nam tata (jedyny autorytet w rodzinie) da ..."

" Ależ ciociu, no co ty?, nie bądź taka!, zjesz pieroga, a później będzie jeszcze lepiej!"

I oddala się do kuchni, gdzie na stole pysznią się zabójcze pierogi z kapustą i grzybami, a ciotka jak w horrorze hiczkoka wyobraża sobie to "lepiej" i modli, żeby raczej zostało po staremu;)

"Sama radość - zapiszczał Mikołaj kończąc służbę" (parafraza cytatu z basinej bajki).

13:38, aniafin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 grudnia 2008
Komu w drogę, temu...

To ja się będę żegnać. Pora wyruszyć w przedświąteczną podróż do zniecierpliwonej od dni kilku rodziny. "Dlaczego tak późno? Wyjechaliście już? Dlaczego na tak krótko? A nie możecie tym razem posiedzieć dwa tygodnie? "  To słyszę i to będzie mi dane wkrótce usłyszeć z ust mych najbliższych, dla których radość i satysfakcja rozumieją się same przez się, tak że nie trzeba ich wyrażać...;) Werbalizacji wymagają zaś niespełnione oczekiwania, obawy na przyszłość i wieczne niezaspokojenie;). Tak się już zachowują i tyle. Czy tacy są, to inna sprawa, pewnie gdzieś w głębi siedzi to, czego nie wypada wyrażać, bo tak już nas nauczono. Dowodem - początek tego wpisu, do pozytywnych nie należy...

A my się ociągamy, R. jeszcze ostatkiem sił osiąga level 75, ja krzątam się by pusta chałupa mogła chociaż świecić porządkiem, ciągle śledzimy sytuacje na niemieckich drogach, wysypiamy się po ciężkim tygodniu, nadrabiamy zaległości w przedzimowym ogródku...

 Dwunastogodzinna jazda, ryzykowanie życia między agresywnymi (ciekawe że zwykle polskimi i innymi wschodnimi) tirami, przejazd od Świecka do autostrady - kolejna kaskaderska akcja, w której osobowe (ciekawe że zwykle z brytyjskimi bądź irlandzkimi tablicami) wyprzedzają na piątego.. I w dodatku wszystko to na głowę jednego kierowcy, którego baba przestała prowadzić zaraz po zdaniu egzaminu.

To wszystko jeszcze przed nami, nie należy się dziwić, że nam się nie chce...

O pozytywnych stronach nie wspomnę, tego mnie nie nauczono ( a czytało się Pollyannę, bez rezultatu).

Z pozytywnych stron będą życzenia:

Radości płynącej z prostego doświadczania rzeczywistości,

otwartego serca, które nie stawia wymagań i nie krytykuje (nawet siebie),

życzliwości dla każdego, bo szczęście należy się mu tak jak nam,

pokoju i wolności ducha, który już żyje w wieczności.

Aby te Święta były inne, wolne od komerchy i sentymentalizmu,

pełne odkryć i przebudzonej miłości.

Jezus urodził się by zacząć wszystko od nowa,

my też możemy.

Sensownych Świąt!

To życzyłam ja.

11:52, aniafin
Link Komentarze (2) »
środa, 17 grudnia 2008
Poczdam i papier toaletowy

Otóż wybraliśmy się ostatnio do Berlina, miasta, które zawsze jest po drodze, ale nigdy jakoś się nam nie zwiedziło. Leży nam ono dokładnie w połowie tunelu czasowego między Wakikiki i Pikutkowem, w momencie kiedy jesteśmy już zwykle rozpedzęni. 6 godzin od home sweet home i 6 od kiełbaska (rozumowanie R.).

Trafiła się nam się oto gratka, R. musiał w delegację do maxa planka,  czyli szef płaci za niektóre atrakcje. Na jeden dzień się zresztą nie opłacało tak daleko, a sprawy w maxie trzeba było obgadać. W efekcie została mi podarowana połowa pięknego dnia piątkowej wolności.

Wolność tę wykorzystałam w pełni na wizytę w Poczdamie. A ponieważ instytut tudzież nasz pierwszy hotel leży raczej na obrzeżach, zachciało mi się tam podreptać na odnóżach własnych. Przez świeżo pośnieżony park. Na mapie wyglądało na niedaleko, an butach okazało się całkiem daleko.

Dzielnie  wczesnym rankiem i z nanoipodkiem na uszach pokonywałam dzielące nas kilometry (mnie i poczdamskie atrakcje), podziwiając przyśnieżone okolice. I tu pojawił się pierwszy problem. Ośnieżonych okolic nikt nie odśnieżał. Świeży śnieżek zaczął mi się pod nogami topić. Dzień wcześniej zdecydowałam, że kurcze Berlin to w końcu stolyca, miasto eleganckie, sklepy Prady itd. to przecież w górskich butach nie wypada, kozaki w przedbiegach odpadły (obcasy) z racji dłuższych przejść, zostały ulubione niemieckie zresztą trzewiki, szczyt wygody i do miasta wprost idealne.

Zdecydowanie gorsze na przedmieściach. Po półgodzinie zaczęły nabierać wody i jej nie oddawać. Zanim przebyłam Aleje Lipową prowadzącą do imponującego parku z dwoma szlossami, które był świadkami wielu szczęśliwych lat pruskich rządów, a teraz widują tylko turystów i studentów, buty moje nadawały się na wypchanie gazetami i całonocne suszenie obok kaloryfera (bardzo niezdrowe dla skóry). A miały mi jeszcze służyć przed jakieś trzy dni.

 I tu pojawił się pomysł jak u Dobromira. Szybko wcielony w życie, bo oto na horyzoncie zamajaczyła pierwsza turystyczna toaleta w Neues Palais. Toaleta równa się nieograniczonym ilościom (niemieckie panie klozetowe nie wydzielają nikomu) papieru toaletowego i jeszcze lepszych (bo trwalszych) papierowyh ręczników. Papier chłonie jak złoto (albo nawet lepiej), wkrótce zaczęło mi się robić w tych butach ciepło i przytulnie.

I tak przebyłam piękny Poczdam (jakieś zdjęcia wkrótce zarzucę) od toalety do toalety, od Starbucka do McDonalda, po drodze racząc swojego ducha (skoro ciało już nie narzekało) uroczymi widokami Chińskiego Domku Herbacianego, Wiatraka, Weinachtsmarktu (z polskimi straganami), Dzielnicy Holenderskiej (z oszukanymi fasadami) i się wcale ale to wcale nie rozchorowałam!

07:56, aniafin
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 grudnia 2008
As wywiadu

I widzicie, nie trzeba byc wcale żadną Andżeliną Żelek, żeby jakaś gazeta poprosiła was o wywiad. Zdarzyło mi się to właśnie w tym tygodniu. Niestety nie zapłacili mi też wcale 7 milionów dolarów. Hieny.

Wywiad był we wtorek, sesja zdjęciowa na rynku, a w czwartek ukazał się artykuł na caluśką stronę uniwerkowej gazety.  Nawet zdjęcie dodali, niestety z tego gorszego profilu, no ale pierwszemu darowanemu wywiadowi nie zagląda się jeszcze w paszczękę, przy drugim już będę nieustępliwa.

Zapytacie czym się tak wykazałam, że wywiadu to godne się zrobiło. Mianowicie nauczyłam się tubylczego języka czyli grrgrrrszszwttghghhhhhrryyyyyyyyy dość płynnie i potwierdziłam to papierkiem. A ponieważ na uniwerku naszym bardzo międzynarodowym opinie co do potrzeby uczenia się języka tubylców (który do najłatwiejszych nie należy) są mocno podzielone, gazetce zachciało się poznać opinię tzw. allochtonów, ich motywację albo jej brak. Wybór padł na mnie i na irlandzkiego nauczyciela akademickiego. Porównanie wyszło naprawdę ciekawie.

Artykuł jest ze zrozumiałych względów po angielsku, ale nie chwaląc się wcale, wywiadu udzielałam w języku tubylczym i wymyśliłam tam parę mądrych komunałów. Teraz jestem sławna w całym Wakikiki. Przez tydzień jakiś. 

Dla naprawdę zainteresowanych link do wersji elektronicznej, niestety bez zdjęć:

http://www.resource-online.nl/  

tam trzeba sobie kliknąć na INTERNATIONAL i po lewej z boku znaleźć:

Czyli zadanie dla wytrwałych.
Autografomanów udzielam w soboty od 10 do 10:30 ;)
No i jakby co to szukajcie mnie w gazetach...
Życie na gorąco.

 

12:45, aniafin
Link Komentarze (5) »
środa, 26 listopada 2008
Zima zaskoczyła naukowców

Kraj wiatraków śniegiem przykryty. Dawno nam się coś takiego nie zdarzało, choć popadywało owszem co roku, to jednak śnieg nie utrzymywał się dłużej niż pół dnia, a tymczasem tutaj trzyma od soboty. Ku uciesze dzieciaków wyposażonych w sanki nieużywane od czasów niepamiętnych (no jak ktoś ma dwa latka to na pewno nic takiego nie pamięta) a także romantycznych osobników, którzy lubią po obudzeniu wyjrzeć za okno i zobaczyć porządną śnieżyce, jaka zdarza się normalnie tylko w Harry Potterze.

Gorszy okazał się lód (tak lód też tu mieliśmy!), bo potłukł tyłki wielu rowerzystów i zderzaki paru aut. Sama leżałam wczoraj dwa razy z rzędu pod własnym rowerem (nie przywykłam jakoś do jazdy po lodzie;) i dziś mogę sobie pooglądać zdrowe sińce tu i ówdzie. Grunt że kości całe. Wielu nie miało takiego szczęścia, karetki miały wczoraj koła pełne roboty.

Ciężka zima jest kuszącym pretekstem do zostania w domu i zajęcia się naukowymi artykułami. Tutaj przynajmniej nie mogę uciec do labu w celu zrobienia kilkudziesięciu PCRów, tutaj nie ściga mnie tabun młodszych kolegów z milionem pytań (na które jakoś zawsze znam odpowiedź, bo po tylu latach wiem gdzie wszystko leży i jak działa), tutaj przechodzący współpracownik nie wyciąga mnie na kawę, lunch, herbatę, tutaj jest ciepło i miło, bez przeciągów i z fajną muzyką. 

Ale dom śpiącego naukowca wyposażony jest też szkaradne zasadzki. Na kompie czyha na niego niezwykle wciągająca nowa gra strategiczna, na stoliku przy kanapie czają się pasjonujące książki o medytacji, w koszu z bielizną zebrała się już cała banda spragniona proszku Ariel, no i ten nowy przepis na chleb brzmi jak niezły eksperyment... Co tu robić, żeby pasja pisania o nowej rodzinie genów odporności na nicienie zwyciężyła inne pokusy?  Przeczytanie czegoś mądrego czasem pomaga, więc licząc na wielką inspiracje zagłębiam się w amerykańskiej przeglądówce "Recent insights into R gene evolution" ....hmm....interesujące....

10:14, aniafin
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5